29 sty 2015

Zaświaty, ezoteryka, czyli piekielnie inteligentna fantastyka ("Czas żniw")



Antyutopie dzielę na dwie grupy. Te mające szeroko rozbudowany świat i te, w których dystopia to tylko tło pod dobry romans. Te precyzyjnie stworzone, pod każdym względem przemyślane i te mniej ambitne, gdzie na głównym planie jest namiętnie jak w paranormalu. Antyutopie to książki, które przede wszystkim powinny napawać grozą. I wątpliwościami. Czas żniw dał mi właśnie to. To i sto razy więcej momentów, które wzbudziły lęk, zakołowały w głowie i dostarczyły porządnego kopa adrenaliny.

Paige jest dziewiętnastoletnią Irlandką, która wskutek buntów i niebezpiecznych rebelii jako mała dziewczynka  musiała wraz z ojcem uciec do Anglii. Pod pewnym względem przypomina mi Katniss Everdeen z Igrzysk Śmierci. Ta sama waleczna postawa, chęć niesienia pomocy potrzebującym i nienawiść do świata, w którym przystało jej żyć. Ale to nie gra roli, ponieważ obie różnią się diametralnie. Zacznijmy od tego, że Paige Mahoney nie jest człowiekiem. Jest śniącym wędrowcem i w świecie, w którym żyje, zdradą jest już sam fakt, że oddycha. Ale nie tylko ona jest inna. Odmieńcy są wśród nas: Wróżbici, Media, Sensorzy, Augurzy, Stróże, Narwańcy i Skoczki. Każdy z nich posiada inne umiejętności, każdy posiada też odmienny kolor aury, a oprócz tego mają różny dostęp do zaświatów.  Paige jest skarbem bezcennym – jako śniący wędrowiec jest zdolna do rzeczy niewyobrażalnych. Od trzech lat pracuje włamując się do cudzych umysłów i w ten sposób się utrzymuje, żyje z dnia na dzień. Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze. Wskutek fatalnego splotu okoliczności zostaje przetransportowana do kolonii karnej Szeol I, gdzie władze sprawuje rasa Refaitów, nieśmiertelnych istot, których pochodzenie owiane jest tajemnicą. Czy podda się ich władzy i zacznie z nimi współpracować? Do czego to doprowadzi?

Pierwsze słowo, które pomyślałam, bo zamknięciu książki? Mocna. Świetna, naprawdę dojrzała dystopia, wymagająca i niesamowicie inteligentna lektura z pomysłem. No tak, pomysł. To najpiękniejsza cecha w tej książce. Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo mnie zaskoczyła. Kartkując ją, za każdym razem myślałam, że to będzie kolejna historia paczki kumpli uciekających przed złym rządem, kumulujących siły, żeby mu się przeciwstawić. Ale nie. To książka napisana z rozmachem, do której autorka czerpała nazwy z języka arabskiego, hebrajskiego, serbskiego, francuskiego, oraz z dziewiętnastowiecznej angielszczyzny, gdzie nie ma czasu na oddech. Ta staranna konstrukcja świata imponuje zadbaniem o najmniejsze detale, wzbudza niepokój i sprawia, że intryguje z każdą kolejną stroną. Czyli całkiem nieźle zważywszy, że to pięćset stronicowa cegła.

A najlepszym akcentem w tej książce jest fakt, że nie ma tu wyraźnie zarysowanego wątku miłosnego. Czekałam na niego wytrwale, bo oceny z tyłu okładki dały mi do zrozumienia, że jest, ale tak naprawdę go nie było. Do pewnego momentu. Cała powieść balansowała na delikatnych promykach wspomnień pierwszej miłości, które były tak zgrabnie ujęte, że całkowicie nie odczuwałam braku „prawdziwej” miłosnej treści. No, ale kiedy już się pojawiła wybuchła prawdziwa bomba atomowa. Totalnie mnie rozbiła, zupełnie się jej nie spodziewałam. To było tak nagłe, że oczy wyszły mi na wierzch, serce wykonało podwójne salto, a sam fragment do tej pory przeczytałam z sześć razy.


"– Jak się czujesz? – zapytał.– Pieprz się.Jego oczy zapłonęły.– Widzę, że lepiej." (s. 279)

Poziom powieści Samanthy Shannon zbił mnie z nóg. Nie uwierzyłabym, gdyby powiedzieli mi, że to debiut. Autorka już na początku wrzuca nas na głęboką wodę i od pierwszych stron trzeba się nieźle „wczytać”, żeby zrozumieć o co tutaj w ogóle chodzi. Z odsieczą przychodzi jednak plan ukazujący siedem kategorii jasnowidzenia, mapka Szeolu I, słowniczek, i absolutnie genialna Eteryczna playlista!

Jestem pod ogromnym wrażeniem. Biję pokłony, zasłużone pokłony. Książka Samanthy Shannon to antyutopia przez duże „A”. Jest niesamowicie inteligentna, precyzyjnie ujęta, a jej poziom jest doprawdy naprawdę wysoki. 27 stycznia nastąpiła amerykańska i brytyjska premiera tomu drugiego, z siedmiu zapowiedzianych – „Zakon Mimów”, którego fragment wydawnictwo Sine Qua Non już przetłumaczyło i udostępniło w sieci. Łapcie!

Z niecierpliwością również czekam na ekranizację książki, do którego projektu został zaangażowany dwukrotnie nominowany do Oscara scenarzysta, jednak na razie nie zostało ujawnione jego nazwisko. Sama zaś autorka, będzie pełnić rolę konsultanta merytorycznego: "Nie chciałabym przejmować kontroli, ale dobrze wiedzieć, że będę mogła dopilnować, że wszystko będzie tak jak powinno być." I mam taką nadzieję. Wierzę w to, że wszystko będzie tak, jak powinno być i w podskokach pobiegnę do kina. A Wam zalecam do księgarni, jeśli ta historia jest Wam jeszcze obca. Bo premiera kolejnego tomu w pierwszym kwartale tego roku, więc  radzę zaopatrzyć się z Czas żniw już dziś!

Czas Żniw | Zakon Mimów
Czytaj dalej

25 sty 2015

Będziemy walczyć i zwyciężymy! ("Zagrożeni")



Chodzicie do szkoły. Bądź chodziliście. Przywołując wspomnienia i te sprzed laty, i te sprzed paru dni dochodzimy do wniosku, że mimo wszystko są to dobre czasy. Że szkoła to miejsce przynależności a ludzie będący tam z nami są jak rodzina i nawet w najtrudniejszych momentach są w stanie wyciągnąć nas w psychicznego dołka.

I choć Allie, główna bohaterka serii książek C.J. Daugherty odnalazła godnych zaufania przyjaciół w nowej szkole Cimmerii, już nie czuje się tam bezpiecznie. Grupa ludzi powiązana z jej rodziną próbuje przejąć organizację, z którą współpracuje szkoła, by móc sprawować rządy nad angielskim parlamentem a potem… światem. I to właśnie Allie jest osobą, która jest im potrzebna i którą za wszelką cenę zdobyć muszą. Dodatkowo nadal nie wiedzą kim jest szpieg grasujący w szkole i kiedy zaatakuje. Paranoja nie tylko udziela się uczniom. Strach i niepokój ogarnia całą Cimmerię.

Co czułam podczas jej czytania? Nie jestem pewna. Za pierwszym razem połknęłam ją w parę godzin czekając w szpitalnej kolejce i z tego, co pamiętam już wtedy uznałam ją za najsłabszą. To dziwne, bo nie zauważyłam jak różna jest od pierwszej części, jak dojrzalsi są bohaterowie i sama autorka. Teraz, po przeanalizowaniu tego, co czytałam powoli, spijając każde słowo, wiem, że głupio osądziłam tę książkę i wcale taka słaba nie jest. Jest świetna.

Zagrożeni to już trzecia część Nocnej Szkoły i spoglądając przez pryzmat czasu – ta lepsza. Tradycyjnie już C.J. Daugherty na pierwszych stronach ma ochotę przyprawić nas o zawał serca i posuwa Allie do najgorszego czynu w jej życiu. Potem akcja traci na wartości, zaczynają się bowiem wyjaśnienia, oskarżenia i kary co pozostawia na sobie niezły odcisk nudy. Jedyne, co towarzyszy nam bez przerwy to atmosfera. Piekielnie trzymająca napięciu, przygaszona, pełna intryg i wyczekiwania na najgorsze. Nic nie jest jak przedtem. Uczniowie nie rozmawiają jak normalne dzieciaki, nie mówią o lekcjach, sprawdzaniach, a o śmierci, walce i wątpliwym jutrze. Mimo, że użyli słowa „wojna”, doskonale wiedzą, że zbliża się ona wielkimi krokami i tylko oni mogą jej zapobiec.

Ta część niewątpliwie odpowiada na wiele pytań. W sumie, wystarczyło tylko przebrnąć przez połowę, by przeczytać całą historię konfliktu Nathaniela z Isabelle. Dokładnie objaśnioną, momentami zawiłą i niezrozumiałą. Wprawia w podziw wobec organizacji i jej dyscyplinarnego działania członków rozsypanych na całym świecie. Ale istnieją również te pytania, na które odpowiedzi trzeba czekać, i to boli najbardziej.

W całym chaosie walki, podejrzeń i potajemnych spotkań autorka jakby zapomniała o wątku miłosnym i odsunęła  go na boczny plan. Sądzę, że to był powód, dla którego za pierwszym razem ta część wywołała u mnie mieszane uczucia. Byłam młodszym, mniej wymagającym czytelnikiem i odczuwałam brak właśnie tej historii, historii do której tak bardzo przyzwyczaiła nas C.J w poprzednich częściach, opierając wręcz fabułę na trójkącie. Teraz cieszę się, że nie jest tak słodko jak w Wybranych i Dziedzictwie. Allie postanawia dać sobie spokój z miłosnymi perypetiami i odgradza się, swoją uwagę skupiając tylko i wyłącznie na zemście.

Właśnie, Allie! Wreszcie wróciła ta dawna Allie z pierwszej części, ta z włosami malowanymi henną i martensach do kolan. Ta, która przejmuje inicjatywę i lideruje w grupie, która swoim zachowaniem zaskauje nie tylko czytelników, ale i siebie. Lubię taką Aliie. Zdecydowaną. Mam nadzieję, że w Zbuntowanych nie przestanie być mniej zbuntowana, niż jest teraz.

Podsumowując. Zagrożeni to jedna z tych książek, która poważnie zagraża naszemu sercu. Silna wola, taktyczny umysł, nieugaszona współpraca i ogromna chęć bycia ponad to, bycia tym, który niesie pomoc wszystkim – to cechy charakterystyczne zaledwie szesnastoletnich uczniów Cimmeri. Imponują nam wszystkim i imponuje również autorka, która na papier przelała świat jaki jest. Brutalny i bezwzględny. Seria C.J. Daugherty to książki nade wszystko autentyczne. Z lupą tu szukać istot paranormalnych. I mimo, że skierowana jest głównie do młodzieży, jestem pewna że przypadnie do gustu wszystkim, którzy wewnątrz siebie czują się dziećmi.



Wybrani | Dziedzictwo | Zagrożeni | Zbuntowani | Niezłomni

Czytaj dalej

20 sty 2015

Czy miłość można zamknąć w ramy czasowe? ("Burza")



Chcąc kupić książkę nie kieruję się zbytnio tym, co z tyłu okładki jest napisane. Jest to dla mnie za duży spojler, więc gdy dopadłam książkę Julie Cross od niechcenia musnęłam wzrokiem jej tył i zaczęłam grzebać w książkowej szufladzie w moim mózgu, zwanej potocznie „Recenzjami”. Podczas gdy wylewałam siódme poty, by sobie o Burzy coś dobrego (bądź nie) przypomnieć, doszłam do wniosku, że to jedna z tych książek-zagadek, o których nikt nigdy nie słyszał, których nikt nigdy nie widział. Kierowana bardzo dziwnym impulsem, wrzuciłam ją do koszyka, choć z pozoru wyglądała jak jakaś tania miłosna historia tancerzy przeniesiona na papier, stricte Step Up, czy coś w tym rodzaju.

Ta „miłosna historia tancerzy” okazała się dobrym, ba! bardzo dobrym kawałkiem literatury dla młodzieży i nie tylko. I wcale nie o tańcu. O magii czasu i o zdolnościach jego władania. Jest piękna.

Jackson Meyer już od jakiegoś czasu wie, że niektóre rzeczy w jego życiu nie są takie, jakie być powinny. Już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że podróżuje on w czasie. To nie spojler. Okładka jest wręcz naładowana odnośnikami temu zjawiskowi dotyczącymi. Jego życie, mimo „talentu”, jaki posiada, układa się bardzo dobrze. Ukończona szkoła, piękna dziewczyna, najlepszy kumpel, bogaty ojciec. Lecz co zrobić, gdy w pewnym momencie do Twojego domu wpadają podejrzani faceci w garniturach i odbierają, ci osobą, którą kochasz najbardziej? Czy byłbyś gotowy walczyć w imię miłości? Jackson cofa się w czasie, by móc to naprawić, a na swojej drodze odkrywa tajemnice, o którym nie śniło się żadnemu z nas.

Po pierwsze: Główny bohater.
Postać w literaturze młodzieżowej, niebędąca dziewczyną i niebędąca szesnasto-, siedemnastoletnią dziewczyną to nie lada gratka! To ciekawe przeżycie, spoglądać na świat oczami chłopaka, który pierwsze kroki i świecie dorosłości już postawił, i który nie jest postacią  „papierową”, a zawierającą pełną gamę charakterów. Kreacja w krwi i kości, która w przeciwieństwie do swoich rówieśników wśród bohaterów powieści dla młodzieży nie określi sytuacji słowem: „jejku”, a tym bardziej dosadnym i nieprzyzwoitym.

Po drugie: Pomysł.
A raczej pomysł i jego brak. Jeśli ktoś czytał trylogię Kerstin Gier wie, że podróże w czasie to nie jest temat jedyny w swoim rodzaju. Jednak powieść ta, w porównaniu do tej wspomnianej przed chwilą wyróżnia się dorosłością. W tej książce ze sto razy pojawi się słowo CIA, agent, tajna misja, spisek i inne tajemnicze zagadnienia, równie tajemniczej organizacji. Fabuła jest niesamowicie szeroko pojętym światem, który ma  swoją głęboko zakorzenioną historię, nieco skomplikowaną, ale występującą. Określone reguły, wytyczne i systemy postepowań. To wszystko sprawia, że władza, z która się spotykamy, staje się coraz bardziej niesamowita, a zarazem niepodległa, usamodzielniona i dojrzała.

Po trzecie: Język.
Książki dla młodzieży cechują się tym, że język jest prosty, lecz nie zanadto, łatwy w odbiorze, lecz tak, by czytelnika nie odmóżdżył. Autorka zmierzyć się musiała z słownikiem slangu, który pojawia się tutaj i jest, co najważniejsze, wiarygodny. Paleta sprzecznych słów na temat emocji: frustracji, podniecenia i lęku ujęta w jak najbardziej młodzieńczy, jak najbardziej pospolity i autentyczny język dziewiętnastolatków.

Po czwarte: Relacje.
Piękne ukazanie miłości. Tej rodzicielskiej ale i niekoniecznie. Braterskiej, ponieważ Jackson przepełniony jest tęsknotą do siostry, która odeszła. Która z burzą rudej czupryny była najbardziej niewinną ofiarą, najmłodszą, a najbardziej uwielbianą i wysoko cenioną. To piękne więzy, te między rodzeństwem. Relacja Jacksona i jego dziewczyny oraz ich miłości wystawionej na próbę, wrzuconej w wir spisków, wir krwawej wojny. Relacja ojca z synem, ponieważ „rodzicielstwo to nie tylko więzy krwi”*, a prawdziwe uczucie, zaufanie i wzajemny szacunek są fundamentem relacji.

Fantastycznym dodatkiem jest możliwość zeskanowania kodu z tyłu okładki i przeniesienia się na stronę wydawnictwa, by przeczytać opowiadanie o poznaniu się Jacksona i jego dziewczyny. Martwi mnie zaś fakt, że wydawnictwo Bukowy Las nie wyda kontynuacji Burzy, bo zakończenie to aż się o nią prosi.

I w zasadzie nie ma rzeczy, do której (o dziwo) mogłabym się przyczepić. Debiut Julie Cross to bez wątpienia taki debiut, jaki pozazdrościłby jej każdy początkujący pisarz. Fabuła ma wszystko, co dla czytelnika najważniejsze:  pozornie normalanego bohatera, świat, który stanął do góry nogami, walkę dobra za złem, złamane serce, młodzieńcze troski i rodzinne tragedie. Zakończenie mogłoby przysporzyć Wam palpitacji serca, tak jak mnie. Mogłoby Was robić emocjonalnie, lub całkowicie nie poruszyć. Moglibyście wylać podczas tej książki hektolitry łez, lub uznać ją za średnią. Jedno jest pewne: nie przekonacie się, dopóki nie spróbujecie. W moim odczuciu, warto było pokierować się intuicją i przeczytać coś, na co zupełnie nie byłam przygotowana. 


Trailer Burzy Julie Cross.



_____________
* Cassandra Clare Miasto Popiołów; s.51.
Czytaj dalej

17 sty 2015

Book TMI Tag, czyli czytelnicze ja w pigułce



Wszelkie nominacje to chyba najmilszy prezent, jaki dostać można od innego blogera. Tym razem za taką szansę dziękuję Dominice M. i po wielu dniach wreszcie zamieszczam opracowane przeze mnie odpowiedzi na sporą liczbę pytań.  

Która fikcyjna postać ma najlepszy styl?
Jestem pod ogromnym wrażeniem ujęcia osobowości Margaery Tyrell w serialu Gra o Tron w jej fryzurach i kreacjach. Są to stroje które podkreślają nie tylko jej urodę, ale także oryginalność, swobodę jaką posiada i władzę, do której dąży. To dziewczyna, która nie chce być kontrolowana przez nikogo, chce być tą, która owija sobie ludzi wokół palca. Robi to co jej się podoba, ubiera się tak jak lubi. Z pozoru suknie delikatnego kroju o pastelowych krojach, a jednak obdarzone – jak na różę przystało – drobnymi, acz drapieżnymi kolcami, które ukazują jej drugie, groźne oblicze. Kawał dobrej roboty.




Twoje fikcyjne zauroczenie?
Zauroczenia takowego to ja nie mam. Ja posiadam jedynie całkowicie absurdalne uczucia do Jace’a z Darów Anioła, które nazwałabym rujnującymi psychikę marzeniami i wyidealizowanymi urojeniami. Ale to nic takiego.

Czy kochałaś kiedyś postać, a potem zaczęłaś ją nienawidzić?
Czy kochałam? Raczej nie. Są bohaterowie, których po prostu darzę pewną sympatią, która z tomu na tom, lub kartki na kartkę gaśnie niczym światło z uciekającego życia rośliny. Przykładem jest Adam z trylogii Dotyk Julii. Kiedyś był świetną osobą, zdolną do poświęceń. A kim się stał potem pozostawiam więc Wam.

 Książkowa para, której kibicujesz?
Niezależnie od tego, czy tę serię skończyłam, czy nie, zawsze kibicować będę: Tessie i Jemowi z Diabelskich Maszyn oraz Rose i Adrianowi z Akademii Wampirów. Aha, i oczywiście Katniss i Gale z Igrzysk.

Ulubiona seria książek? 

Jaką książkę polubiłaś tak bardzo, że chciałabyś, aby była kontynuowana?
Intruz Stephanie Meyer oraz Ostatnia Piosenka Nicholasa Sparksa.

 Ulubiona powieść jednotomowa?
Portret Doriana Graya!


Od kiedy czytasz?
Dawno, dawno temu odkryłam taki zakurzony i niezbyt lubiany kącik w naszej szkole, zwany biblioteką. Zbadawszy wzrokiem wszystkie te tomiszcza w brązowawych okładkach, wzięłam pierwszą lepszą książkę (z wyróżniającą się, kolorową okładką) pod pachę i dumnym krokiem wymaszerowałam stamtąd. W domu okazało się, że to Harry Potter i Kamień Filozoficzny, tak to się zaczęło. A potem przepadłam.  


W którym domu Hogwartu jesteś?
Za każdym razem, gdy robię te testy przydzielają mnie do Gryffindoru. Za każdym.

 Czego szukasz w książce?
Pomysłu! Nie lubię schematów, zresztą kto lubi? Szukam odważnej kreacji bohaterów, kogoś z pazurem, ciętym językiem i humorem. Szukam akcji i romansu.

Akcja vs romans?
No tak. Cenię obie te cechy i bardzo się cieszę, gdy autor/ka uraczy mnie takim oto duetem. Ale gdybym miała wybrać, padłoby na akcję. Bo w szale zmagań automatycznie zapomina się o miłości, a z drugiej strony, co to za wątek romantyczny bez akcji? Akcja jest najważniejsza.

Ulubiony cytat? 
Mam naprawdę duży zeszyt z cytatami, które w jakiś sposób na mnie działają, inspirują. „Może coś panom podać? Kieliszeczek cyjanku?” – przykład Zofonówej ironii, po prostu kocham.

Ulubiona okładka?

Chyba mam słabość do odcieni błękitu. 

Gdzie idziesz kiedy w książce są smutne momenty?
Nigdzie. Okładam książkę, odchylam głowę i zamykam oczy. Dopiero potem uświadamiam sobie, że to karygodne zachowanie i wracam, by towarzyszyć Przyjaciołom w tych trudnych chwilach. Żeby przy nich być, wspierać.

Ile zajmuje ci przeczytanie jednej książki?
Od paru godzin, do paru tygodni. (Eragon [*])

 Ile trwa twój "kac książkowy"?
Jeśli chodzi o Dary Anioła to już parę lat, zważywszy na moją Cassandro-manię. Resztę przyjmuję całkiem dobrze, zazwyczaj tylko parę tygodni, miesięcy…

   Co cię zachęca do polubienia postaci?
Bycie Jace’em.

Co cię odrzuca w postaci?
Nie bycie Jace’em.

Straszna książka?
Nie wiem. Akademia Pana Kleksa była swego czasu dla mnie niezłym horrorem (I klasa podstawówki; wątek wilko-żołnieży). King mnie nie straszy, coś ze mną nie tak? Rzućcie jakimś tytułem, chętnie poczytam coś i w tym gatunku.

Kiedy ostatnio płakałaś przy książce?
Taki niewyobrażalny lament to przy Mrocznych Umysłach. Delikatne zamglenie oczu towarzyszy mi przy każdej książce, jaką ostatnio czytam. Ostatnio łatwo mnie wzruszyć.

Bohater książkowy, z którym chciałabyś pogadać?
Z Hagridem, Sherlockiem, Jemem Carstairs, z Jo z Wybranych, której nazwiska nie pamiętam. Z Jubilatką, Z Davidem Martinem, z Małym Księciem, z Rose Hathaway, z Jay’em Gatsbym, Jamesem Freyem, Romeem, Renem z Cienia Nocy, z Harrym Wottonem, z Bilbo, z Jonem,  Aryą i Tyrionem. A, i z Panem Tumnusem! 

   Ulubione jedzenie do czytania?
Gorzka czekolada rządzi!

 Kiedy ostatnio powąchałaś książkę?
Czy JA wyglądam na osobę wąchającą książki?! No dobra, może czasem, kiedy nikt nie widzi, kiedy ja nie widzę nikogo. Kiedy jestem z papierowymi Przyjaciółmi, a oni ze mną. Kiedy jestem w stanie zawieszenia, kiedy dryfuję pomiędzy fantazją a realizmem. W sumie, nie było takie momentu, w sumie więc zawsze. Zawsze wącham, a ostatni raz był przed sekundą. I przed dwoma, przed trzema…

 Czy tworzysz jakieś własne teksty?
Nie i nie myślę o tym. I nie nadaję się do tego. „Zbyt chętnie czytam książki, by je pisać”. O, idealnie. 

Nazwij piosenkę, którą łączysz z jakąś książką.
Blue Foundation – „Eyes On Fire”Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet;
Colbie Caillat – „When The Darkness Comes”Miasto Kości;
Thriving Ivory – „Where We Belong”Harry Potter;
A Great Big World & Christina Aguilera – „Say Something”Zostań, jeśli kochasz;

Znasz coś fajnego do nauki gry na gitarze dla zupełnie początkującej osoby? 
Na gitarze nie gram, więc nie doradzę, ale moja kuzynka była (i jest) totalnym samoukiem i zaczynała od tego, co lubi. Żeby się nie zrazić, może dlatego. Żeby grać to co się lubi i nie zaczynać „poziomami” przykładowych piosenek, których uczą w szkole śpiewać dzieci.

Myślę o wprowadzeniu jakiegoś cyklu na bloga, ale nie wiem co to by mogło być. Co by Was zainteresowało?
Czasami wydaje mi się, że każdy pomysł na jaki wpadnę, zostaje odkryty i wykorzystany przez kogoś innego. Dlatego nie wiem. Choć chętnie poczytałabym o serialach, bo ferie mi się zaczynają, a nie mam co oglądać :D

Kogo tagujesz?
Nie tagauję nikogo, by nie wzbudzać w kimś obowiązku, który odbiera przyjemność publikowania tego (choć ja takie zabawy lubię). Nie stoję nad Wami z nożem przy gardle, lecz byłoby mi strasznie miło, co jest rzeczą oczywistą, gdybyście podzieli się ze światem czytelników kawałkiem swojej duszy. Jeśli chcecie, wybierzcie parę pytań z tych powyżej i odpowiedzcie na nie. Parę chwil rodzi takie wspaniałe i interesujące odpowiedzi. 
Czytaj dalej

14 sty 2015

Święta nigdy się nie kończą ("W śnieżną noc")


Jeszcze parę dni temu była cudowna, zimowa pogoda - przynajmniej u mnie. Niegruba warstwa śniegu, mrozy sięgające do około dziesięciu stopni na minusie, delikatny i spokojny wiatr. Dzisiaj tych rzeczy już nie ma, a słońce razi tylko nasze nieprzyzwyczajone do światła oczy. Wystarczyło zaledwie trzy dni, by pogoda przybrała diametralnego obrotu, z tej typowo zimowej, do tej wiosennej.


To zmienne tło towarzyszyło mi typowo zimowej i mroźnej książce duetu trzech amerykańskich autorów – Maureen Johnson, Johna Greena oraz Lauren Myracle, a mimo to nie popsuło nastroju i klimatu jaki oddaje W śnieżną noc. Książka ta to zbór trzech niedługich świątecznych opowiadań, opowiedzianych z perspektywy całkiem innej osoby, jednak znajdującej się w tym samych miejscu, czasie, której wątki przeplatają się z innymi.


Mam słabość to takich książek. Uważam, że napisanie opowiadania nie jest proste, wymaga dokładnego rozplanowania i trzymania się określonych ram. Po pierwsze, ogranicza Cię liczba stron. Nie możesz przedłużać opowiadania w nieskończoność, bo nie będzie już opowiadaniem. A skoro musi być krótkie, powinno mieć jasny i czytelny oraz w miarę szybko oddany przekaz. W śnieżną noc jest naprawdę dobrą książką, naprawdę dobrego duetu, lecz przysłowie „co trzy głowy, to nie jedna” czasami okazuje się zwodnicze i można odszukać się tu paru błędów i niedociągnięć.


 ~Podróż Wigilijna~
Spośród tych trzech to ta historia zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu. Główna bohaterka Jubilatka jest w dosyć trudnej sytuacji, jednak zaimponowała mi swoją nieustępliwością, przez co polubiłam ją najbardziej. Jest szczera, a czasem bezpośrednia. Muszę przyznać, że jej perypetie nieźle mnie ubawiły, bo nigdy nie spotkałam się z osobą, mającą takiego pecha. To opowiadanie jest chyba najkrótsze i bardzo tego żałuję, bo jest zdecydowanie najlepsze. Najlepsze, najpiękniejsze i najbardziej wzruszające. Maureen Johnson stworzyła niesamowite ciepło między bohaterami. Ich pomoc i życzliwość była wyjątkowa i rzadko spotykana. Całkowicie nieprzewidywalna historia, z zakończeniem wprost idealnym. Zakończenie opowiadania było nadzwyczajne, a ono samo zręcznie poprowadzone. Chcę kontynuację!


 ~Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy~
Tak, tak. W blogosferze huczy na temat Greena i jego dosyć niegreenowskiego opowiadania, ponoć słabego, ponoć zaskakująco nudnego i rozwleczonego. A ja sobie myślę, że było "okay". Owszem, zgadzam się, że mogło być lepiej, ale nie rzucało mi się to w oczy, nie utrudniało czytania. Poprzednie opowiadanie emanowało spokojem, złamanym sercem i smutkiem. To opowiadanie zradza zaraźliwy uśmieszek na twarzy i jest naprawdę jednym z najbardziej pozytywnych tekstów, jakie znam. Gwarantuję Wam wyjątkowo oryginalne hasła gaszące wszystkie ironiczne spostrzeżenia Waszych przyjaciół, takie jak: „Zamknij się, upośladku” i wiele innych. Jest w czym wybierać! Czasami tępo akcji przymierało, na tym też traci ta historia w moich oczach. Ponadto zakończenie wydawało mi się pisane w pośpiechu, tak by zbyt go nie przedłużać. 
Słowem podsumowania: Źle nie było, jednak po Greenie spodziewalibyśmy się więcej.


 ~Święta Patronka Świnek~
Całkiem odmienne opowiadanie od tych poprzednich. Przede wszystkim treścią, ale też tym, że właśnie tej historii przypadło zwieńczenie dzieła, łącząc wątki i stawiając bohaterów na własnych drogach, tak by mogli tę śnieżną noc przeżyć wspólnie. I mimo, że bohaterka momentami irytowała, dało się zrozumieć jej zachowanie, z łatwością mogliśmy też wniknąć w motywy, które nią kierowały. Podobały mi się retrospekcje tam zawarte, bo z pewnością, gdyby ich nie było początek fabuły wyglądałaby dość ubogo i nudnie. Z biegiem czasu akcja staje się ciekawsza, mogę was zapewnić, a w momentach szczytu śmieszna i ciekawo poprowadzona. I to zakończenie, o którym wspomniałam wcześniej. Bardzo dobrze przemyślane, idealnie skonstruowane. Całość też wyglądała bardzo dobrze. 

"Chwila, maleńka. Jestem jeszcze w bieliźnie. Rozmiaru venti. Nie dlatego, że jestem gruby, ale dlatego, że jestem – śmieszna, wymowna pauza – venti."

Nie jest to typowo świąteczna książka. Zapewniam, że czytać ją można wszędzie i o każdej porze roku, ponieważ zima, święta to tylko tło, tylko otoczka i przeszkoda, którą napotykają bohaterowie, a chcąc ją ominąć – wpadają w ramiona największej miłości. A wtedy już zapominamy o śnieżycach, o zaspach i zasypanych drogach. Poleciłabym wszystkim, którzy naprawdę mają ochotę czas spędzić w towarzystwie książki lekkiej, rozbawiającej do łez, momentami smutnej, lecz prawdziwej. Jestem pewna, że jeszcze po nią kiedyś sięgnę, niekoniecznie w święta. Bo jak przypomina nam poniższy cytat: "Święta to stan umysłu." 

"Och, nie, święta nigdy się nie kończą, jeśli nie chcesz. Święta to stan umysłu."
Czytaj dalej

11 sty 2015

Warto iść naprzód ("Przez 10 minut")



Dziesięć minut. Niewiele, prawda? To zaledwie kawałek dłużącej się lekcji, kropla w morzu chwil naszego życia, zaledwie mały ułamek tego, co było i jest przed nami. Tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, a może nie wierzymy, że przez dziesięć minut mogłoby odrodzić się nasze życie, zmienić na lepsze. Chiara, bohaterka książki Przez dziesięć minut, a zarazem jej autorka świeci dla nas ogromnym przykładem. Bo uwierzyła, że mimo przeciwności losu, parę chwil spędzonych na czymś wyjątkowym może odmienić jej życie. Nasze życie.

Odkąd tylko przeprowadziła się z mężem z małej wsi do Rzymu, wiele spraw się pokomplikowało. Chiara straciła swoją rubryczkę w gazecie, wylądowała w centrum miasta, którego nienawidzi, a wrażliwość, z której dotychczas słynęła według jej męża - wyparowała. I pewnego dnia odbiera telefon. Telefon, którego nikt z nas nie mógłby odebrać pozytywnie, będąc na miejscu bohaterki. Wystarczyło jedno słowo, by Chiara wylała hektolitry łez, zapisała się do terapeuty i napisała ten dziennik, pełen uczuć, szczerości i motywacji. Wystarczyło jedno „Odchodzę”, by świat kobiety stanął do góry nogami.

Gra w dziesięć minut. Bo to o to chodzi w tej książce. Chiara zgodnie z zaleceniem terapeutki skrupulatnie, każdego dnia wykonuje to, czego nigdy w życiu nie robiła. Chodzenie do tyłu, wpatrywanie się w obraz Jana Vermeera, haftowanie. Czy dzięki tym małym i niepozornym rzeczom Chiara odnajdzie szczęście?

To wspaniała książka, do której nie mam zastrzeżeń. Prowadzona w formie notatek z dziennika – krótkich, ale pełnych przemyśleń. Język autorki momentami przypomina autorkę Tahereh Mafi. Może nie cechują ją melodyjne porównania, ale ta lekkość. Delikatność i prostota. Język zdecydowanie genialny.

"To strasznie trudne nie być do dyspozycji osoby, którą kochamy, Chiaro. Ale czasami trzeba. Ta bezwzględna dyspozycyjność nie pomaga ani nam, ani jej." 

Nie spodziewajmy się zawrotów akcji, to dziennik nie dreszczowiec. To też przyjemna lektura na szare dni, którą czyta się wspaniale, której słowa spija się bez wytchnienia oraz nerwowo zaznacza mądre cytaty i refleksje. Takie książki powinno się czytać wolno, mimo tego jak wciągająca jest lektura. Żeby zrozumieć przede wszystkim sens powstania tego pamiętnika, żeby zrozumieć ból i zastanowić się, czy aby przypadkiem i my nie mieszkamy w Egolandzie, wytworze wyobraźni bohaterki Przez 10 minut.


Przyjaźń jako najmocniejsza z relacji i przyjaciele jako najbardziej czuli towarzysze Chiary pomagają jej wypełniać codzienne wyzwania. Ale wspierają ją również, uświadamiając jej że nie jest sama, i mimo że się tak czuła, nigdy nie była. To nie jest książka wysokich lotów, ale wzruszyła mnie, wywołała śmiech i uświadomiła, jak los może poplątać ścieżki życia.

To książka o rozstaniu, o walce i o sile przyjaźni. O pierwszej miłości, i o tej drugiej. O niegasnącej wierze i nadziei we własne możliwości. Nadziei w to, że my decydujemy jak potoczy się nasze życie, i w momentach słabości wystarczy trochę wsparcia ze strony bliskich, by znów stanąć na nogi i oddychać pełnią życia. Powiem szczerze. Po przeczytaniu tej książki sama zastanawiałam się nad tym, żeby codziennie robić coś, czego nigdy nie próbowałam. 

"Trzeba brać wszystko, co dobre, prawda?" 
Czytaj dalej

7 sty 2015

Wspomnienia ostre jak kawałek szkła ("Nigdy nie gasną")



Ci, którzy Igrzyska Śmierci przeczytali wiedzą czego od prawdziwej powieści postapokaliptycznej, utopijnej czy antyutopijnej wymagać. Ci, którzy tę diabelsko dobrą trylogię mają jeszcze przed sobą też wiedzą i lubią, gdy książka jest wyszlifowana jak diament rodem z kopalni w RPA. Pierwszy tom Alexandry Bracken, czyli Mroczne Umysły [recenzja] miał wszystko, co taka literatura mieć powinna. Od dobrego konceptu, po wyśmienite przeniesienie go na papier. Miał brudną politykę, motyw eksterminacji, miał obozy koncentracyjne przeznaczone dla dzieci, wątek miłosny i zawrotne tępo. Czy nie o takich rzeczach lubimy czytać? Niewytłumaczalnie brutalnych, ale ciekawych. Przyprawiających o dreszcze, ale trzymających w napięciu. I mimo, że Igrzyska to całkiem niepodobna historia do tej ukazanej przez Alexandrę Bracken wierzę, że w przyszłości i ta mogłaby zawojować nie tylko księgarniami, ale i kinem.

Główna bohaterka Ruby jeszcze w końcówce pierwszego tomu, całkowicie rozdarta i zrozpaczona (z powodu, którego zdradzić Wam nie mogę) wciska przycisk podarowany jej przez Cate, kobietę która pomogła jej odzyskać życie, zacząć je na nowo. Wkrótce Liga Dzieci przygarnia Ruby pod swoje skrzydła a ona całkowicie oddana morderczym treningom zapomina o całym świecie, w głębi duszy wiedząc, że to co robi nie jest do końca właściwe. Pobyt tam cały czas kształtuje jej zdolności, przypominając najokrutniejszą prawdę, o tym kim jest. A jest jedną z ostatnich Pomarańczowych.

"Życie nie jest sprawiedliwe. Zajęło mi trochę czasu, zanim to zrozumiałam, ale okazuje się, że los zawsze znajdzie sposób, żeby cię rozczarować. Możesz snuć plany, a życie i tak pchnie cię w przeciwnym kierunku. [...] Nie doszukuj się w tym sensu i nie próbuj tego zmieniać. Musisz pogodzić się z rzeczami, na które nie masz wpływu, i postarać się przeżyć."

Pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl po skończeniu książki? „Wow” – lakoniczne i krótkie, ale uzasadnione i trafne. Dlaczego? Ponieważ autorka poprzeczkę postawiła sobie bardzo wysoko i podołała wyzwaniu, choć wypatrzyłam się minusów, a właściwie to dwóch małych.

„Na początku był chaos.” – mówi najsłynniejszy mit grecki o stworzeniu pierwszych bóstw, Uranosa i Gai. Ten sam chaos w Nigdy nie gasną rodzi nam Ruby: w dosłownym centrum wydarzeń, które dla mnie były niejasne. Na pierwszych stronach nie miałam pojęcia kim jest Alban, Vida, Rob czy Więzień 27, bo skąd? Przez co musiałam czytać w ogromnym skupieniu, żeby ten nawał nowych imion zapamiętać i potem odpowiednio skojarzyć. Nowe zasady tam obowiązujące, żandarmskie określenia. Czułam się jak chomik, uciekający przed stopami ludzi podrygujących w rytm muzyki na domówce. Niewątpliwie autorka chciała stworzyć widowiskowe i zapadające w pamięć rozpoczęcie, ale tym samym powstał rząd zawiłej i niezrozumiałej dla czytelnika akcji. Albo po prostu jestem głupia.

Mnie, osobie która wątkiem romantycznym nie pogardzi, trochę go brakowało. Po prostu nie było tego ciepła między bohaterami. Gdy nie odstępujemy żadnej z  narad, przesłuchań i strategii, zapominamy, że rzeczą, która zawsze towarzyszyć nam powinna jest miłość. Na szczęście potem było tylko lepiej.

W tym miejscu kończą się uwagi, które i tak na tle plusów wypadają blado i z pewnością o nich zapomnicie po spożyciu tej mieszanki wybuchowej (pamiętaj, żeby przed skonsumowaniem skontaktować się z lekarzem lub farmaceutą).

Więc czym ta powieść wyróżnia się na tle Mrocznych Umysłów?


Najważniejszy jest fakt, że autorka widocznie dojrzała i być może nabrała na tyle doświadczenia, że napisanie tej książki nie było aż tak trudne. Bo ta część jest lepsza nie tyle pod względem akcji, a języka. Niby całkiem prosty, ale też wystarczalnie malowniczy, by nakreślić obraz antyutopijnego świata. Nie przypominam sobie momentu, w którym jakiś dialog doprowadziłby mnie do śmiechu, tak jak w pierwszym tomie. Ta część wydaje się poważniejsza i jakby napisana „na serio”, przez co rozmowy między bohaterami nie są tak frywolne, są raczej pełne dystansu i zastrzeżeń, o być może wątpliwym istnieniu dnia jutrzejszego, tak jak w każdej antyutopii powinno być. Tak jak na każdej wojnie powinno być.

Bo polityka to też swego rodzaju wojna. Przynajmniej ja tak uważam i przynajmniej w świecie wykreowanym w tej książce. W recenzji poprzedniego tomu ubolewałam nad znikomą treścią odnoszącą się do świata działaczy rządowych. Nie było w niej dużo powiedziane nawet o historii choroby OMNI, tak naprawdę nie wiedzieliśmy o nie nic, poza tym, że była. Teraz Alexandra Bracken miała idealną szansę na zrehabilitowanie się i zrobiła to. Zrobiła to tak, że przewyższyło to moje najśmielsze oczekiwania.Momentami aż przesadzała, ale mnie to nie przeszkadzało. Spijałam wszelkie spiski i konflikty z ironicznym uśmieszkiem prezydenta Snowa – jak już wspominamy o Igrzyskach.

"- Która jest godzina? - zapytałam.Vida wzruszyła ramionami. - Wpół do cholera wie której. Śpij dalej."
Oczywiście nie obyło się bez nowych postaci, którym początkowo miałam ochotę wydrapać oczy pazurami, ale to taki niuans. :) Vida była przesiąknięta samolubstwem i arogancją do szpiku kości, aż do momentu, gdy być może przejrzała na oczy? Prawdziwa bohaterka stuprocentowo zbudowana od podstaw, ze straszną historią która wpływ na jej zachowanie miała przeważający. Słodko i beztrosko było zaś w towarzystwie Jude’a, piętnastolatka o bujnej, rudej czuprynie, który swoim pozytywizmem zarażał na kilometr. Zadziwiający obraz uśmiechniętego dziecka, które chyba nie zdawało sobie sprawy z powagi sytuacji, jakby świat wykreowany przez Bracken nie był jego światem.  

Słowem zakończenia, Nigdy nie gasną to książka jeszcze bardziej wplątana w polityczne machlojki i momenty, w których serce wykonuje piruety i obroty, niczym primabalerina. To książka mocniejsza od poprzedniczki, ale równie spektakularna i niebezpieczna. To książka – jak celnie wskazuje cytat na okładce – wbijająca w fotel. Momentami może aż zbyt przerażająca, ale takie są prawa świata dystopijnego. Czy ktoś wspominał o sielance? Polecam jak nigdy w życiu.


Mroczne Umysły | Nigdy Nie gasną | Po Zmierzchu
Czytaj dalej

5 sty 2015

Rzućcie nadzieję wy, co tu wchodzicie!...* ("Miasto Popiołów")



Miasto Kości | Miasto Popiołów | Miasto Szkła | Miasto Upadłych Aniołów |


Wyobraźcie sobie to, że ludzie nie są jedyną rasą zamieszkującą Ziemię. Istnieje świat Podziemnych – wilkołaki, wampiry, wróżki… Ale to tylko namiastka, malutki procent tego, co egzystuje na świecie.  Tysiące lat temu Anioł Razjel wiedział co robił, mieszając krew ludzką z własną. Stworzył rasę Nefilim, armię pół-aniołów, zdolnych do zabijania demonów przybywających na Ziemię z innego wymiaru, które niszczą wszystko, napotkane na swojej drodze, żywiąc się ludzką energią. Nocni Łowcy, bo tak się nazywają, przestrzegają praw zawartych w Szarej Księdze, oraz rozkazów organu politycznego, Clave, ale ich priorytetem jest przede wszystkim ochrona. Ich obowiązkiem jest utrzymanie pokoju między mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi nam jako wyżej wymienione wampiry, wilkołaki, czarodzieje czy wróżki. Nocni Łowcy w skrócie to wyniośli strażnicy ładu na świecie.

Clary Fray jest jedną z nich. Choć jej historia jest bardziej skompilowana niżby mogło się wydawać. Żyła ukrywana za kurtyną, w wielkiej bańce, którą stworzyła jej matka Joceyln. I miała ku temu powody. Chciała chronić córkę przed złem skorumpowanych Nefilim, przed niebezpieczeństwem, przed śmiercią. Ponieważ Nocnym Łowcom śmierć codziennie zagląda w oczy… albo oni jej.

Lecz brutalna rzeczywistość Nefilim przyszła zmierzyć się z Clary wcześniej, niżby sobie tego życzyła. Jej matkę porwał ojciec nastolatki, o którym dotychczas nie miała pojęcia. Dziewczyna odzyskuje zatuszowane w dzieciństwie wspomnienia i coś jeszcze… brata, których łączy nić czegoś więcej niż miłości rodzeństwa.

"Czyjaś dziewczyna, czyjaś siostra, czyjaś córka. Do niedawna nie miałam o tym wszystkim pojęcia i nadal nie wiem tak naprawdę, kim jestem" s.89

Trudno pisać o ulubionych książkach, ponieważ każde kolejne z nią spotkanie wywołuje odmienne uczucia. Nie odczuwam już tego samego napięcia, ponieważ znam fabułę kolejnych tomów i wiem, co się wydarzy. Więc by dokładnie oddać całą gamę uczuć muszę cofnąć się kilka lat wstecz.

Pierwsze, od czego chciałabym zacząć to wyjątkowość tej serii. Nigdy nie spotkałam się z podobnymi książkami spod pióra innego autora niż Cassandra Clare. Wymyśliła świat sięgający zarania dziejów, mający ogromne korzenie, kulturę i prawa, który fascynuje i zabiera nas w jego otchłań. Można totalnie przepaść, bo takiego czegoś jeszcze nigdy nie było.
Mimo, że pierwszy tom był niesamowity, drugi jeśli chodzi o język autorki jest znacznie lepszy. Uwielbiam styl, jaki posługuje się Cassie – prosty, lecz bardzo obrazowy. Widać, że autorce zależy, by dokładnie przedstawić piękno magicznego świata i robi to bezbłędnie. Główna bohaterka czasami przyłapuje się na tym, że podziwia rysy twarzy czyjejś osoby okiem artystki. Tak, autorka też jest artystką. Nie tylko świetnie operuje słowami, ale i potrafi barwnie oblec i odtworzyć oblicze czy krajobraz.


Nie wszyscy bohaterowie zasługują na obdarzenie ich uczuciem. Mimo bardzo dobrego wykreowania ich wizerunku i charakteru, są ci źli jak i ci dobrzy. Podoba mi się fakt, że nie mają płytkiej osobowości, nie są „przezroczyści”. Nie. Są dobrze zarysowani, wiedzą czego chcą i do czego dążą. Ale potrafią też irytować, potrafią obudzić w czytelniku chęć przelania krwi, mają cięte języki, czasem zachowują się jak idioci i popełniają błędy. Świetnie. Autorka potrafi w pełni ukazać całą istotę człowieka.

Fabuła nabiera brutalności, a akcja dynamiki. Wiecie o co chodzi? Inkwizytorka Imogen Herondale. Ona dodaje tej książce pazura. Sama nigdy nie spotkałam się w książkach Clare z bardziej nienawistną członkinią Clave. Gdyby tę funkcję przejęłaby inna osoba, cierpliwa i wyrozumiała, cała książka straciłaby w moich oczach bardzo wiele. 

"Człowiek dojrzewa wtedy, gdy spogląda wstecz i chce zmienić różne rzeczy" s. 210

Dodatkowo powieść tę uwielbiam za całkowicie przygaszony i mroczny klimat sentencji łacińskich oraz starych przysłów, które tutaj spotykamy niewątpliwie bardzo często. Nie raz można zabłysnąć znajomością Eneidy, czy Raju Utraconego. Podzielenie książki na części i nazwanie każdej z osoba cytatem sławnych dzieł jest i zawsze będzie dobrym pomysłem.

Wiele się dzieje. Oprócz Inkwizytorki do grona bohaterów dochodzi Maia, poznajemy również państwa Lightwoodów i Simona z zupełnie innej strony… Nieco mroczniejszej. Co prawda najważniejsze pytania zostaną wyjaśnione w kolejnym tomie, ale ta i ta część zasługuje na oklaski. Bo w Świecie Cieni można zatracić się bez reszty. Bo takiego wątku romantycznego jeszcze nie było. Bo zakończenie wgniata w fotel i nie pozwala zapomnieć nam o fenomenie tej serii. Tym, którzy jeszcze nie sięgnęli: Na co Wy czekacie, na co?

"Nie chcę być mężczyzną  oświadczył Jace. – Chcę być gniewnym nastolatkiem, który nie umie poradzić sobie z wewnętrznymi demonami i dlatego wyżywa się werbalnie na innych" s.51

__________
*Dante "Boska komedia" (przekład: Adam Asnyk)
Czytaj dalej

2 sty 2015

Reset mózgu, czyli podsumowanie grudnia '14, roku oraz noworoczne Dzień Dobry

Przyznaj sam - to był fantastyczny rok!

Wszechobecne „Happy” wykradające się z głośników radia, pobijające rekordy w internecie, goszczące nie tylko w telewizji, ale i na ulicach. Nieco bardziej bliższe naszemu literackiemu sercu ekranizacje ulubionych książek: „Kosogłos cz. 1”, „Niezgodna”, „Gwiazd Naszych Wina”, „Złodziejka Książek” czy aktualny jeszcze „Hobbit. Bitwa Pięciu Armii”. Pojawiły się również same książkowe premiery, na które – nie ukrywajmy – czekaliśmy z zapartym tchem, skrupulatnie odliczając dni. 


Gdyby nie rok 2014, nie miałabym w ogóle okazji napisania tego postu. Nie miałabym tej przyjemności intensywnego dzielenia się z Wami moimi skromnymi przemyśleniami dotyczącymi książek, nie mogłabym wylewać moich uczuć na elektroniczny papier i puszczać to w sieć. Jestem tu zaledwie dwa miesiące (niecałe!), ale gdyby ktoś zapytał mnie, czy żałuję, odpowiedziałabym bez wahania, że ani trochę. Ta strona, to wisienka na moim życiu, które jest tortem i dziękuję Ci za to czytelniku, że jesteś częścią tej strony.

Ten rok był zdecydowanie bardziej obfitujący w moje książkowe rozterki. Poświęcałam im aż nazbyt czasu, ale nie czuję się z tego powodu źle, to wspaniałe! 

Sam grudzień jak się tego spodziewałam, był dobrym i dość zasobnym w lektury miesiącem. Przeczytałam w nim 8 książek. 



  1. Martwa Strefa – Stephen King [recenzja]
  2. Świętoszek – Molier (jako lekturę)
  3. Miasto Kości – Cassandra Clare (trzecie spotkanie) [recenzja]
  4. Miley Cyrus. Dobra/Zła – Chloé Govan [recenzja]
  5. Gra w kłamstwa – Sara Shepard [recenzja]
  6. Klątwa Tygrysa – Colleen Houck [recenzja]
  7. Tunele. Finał – Roderick Gordon, Brian Williams
  8. Dziedzictwo – C.J. Daugherty (drugie spotkanie) [recenzja]


Najlepsza książka: "Gra w Kłamstwa"
Największe rozczarowanie: "Klątwa Tygrysa"

~*~

Rok 2014 przyniósł ze sobą 88 nowo poznanych książek (cała lista dostępna na LC) Jednak, nie chciałabym zamęczać Wasze oczy, wypisując je wszystkie, więc podam 10 tych, które miały znaczny wpływ na moje życie. Kolejność całkowicie przypadkowa.

 ”Nawałnica Mieczy” George R.R. Martin
Ta książka (a raczej książki: Stal i śnieg, Krew i złoto) utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że Martin jest niekwestionowanym mistrzem fantastyki. Ta część w porównaniu z poprzednimi, które okazały się równie dobre, całkowicie mnie zniszczyła. Nie zapomnę łez wylanych podczas tej lektury do końca życia.


 "Igrzyska Śmierci" Suzanne Collins (trylogia)
Poczułam obowiązek poznania bestsellera Suzanne Collins i całkowicie przepadłam. Chyba nie muszę mówić o fenomenie tej trylogii? 


 ”Mechaniczna Księżniczka” Cassandra Clare
To jedna z najpiękniejszych książek jakie czytałam. Lektura sprawia, że jesteś zdruzgotany, potem jednak odnajdujesz dobre strony i jesteś szczęśliwy, uśmiech pojawia się spod kurtyny włosów i fali łez. Zakończenie chwyta za serce, brutalnie wyrywa z piersi, rzuca nim o ścianę, potem wraca na swoje miejsce całkiem nowe, pełne nadziei. To był słodko-gorzki koniec, a jednocześnie taki bajkowy, magiczny, z nutą smutku jak i radości…To piękna historia, piękni bohaterowie i piękna miłość.


 ”Portret Doriana Greya” Oscar Wilde
Chyba jedna z tych najlepszych książek, jakie nie tylko miałam przyjemność przeczytać w ubiegłym roku, ale i w całym życiu. Powieść ta nie należy do najłatwiejszych, ale nakłania do przemyśleń. Niejednokrotnie zadajemy sobie pytanie: Czym jest wieczna młodość? Ano, kto tej książki nie przeczyta, nigdy się nie dowie z jakimi konsekwencjami może się ona wiązać. Piękny, wyniosły język czyni tę książkę bogatą w mądre cytaty lekturą, którą przeczytam jeszcze nie raz.


 ”Milion Małych Kawałków” James Frey
Chwyciła mnie za serce. Jest niesamowicie piękna, a jednocześnie straszna i przyprawiająca o dreszcze. Chciałabym do niej wrócić. Chciałabym jeszcze raz poobserwować historię Jamesa Freya. Bo to o nim jest ta książka. Historia o alkoholizmie i o wielkiej walce, o miłości i stracie.  


 ”Ostatnia Piosenka” Nicholas Sparks
„Nic nie trwa wiecznie – o tym mówi ta książka. Życie przemija a my, nie zastanawiamy się nad tym i zabiegani codziennością pędzimy dalej, przed siebie. Ta książka wiele wnosi. Uświadamia, jak silna może być rodzina i ile może przetrwać. Ale zrobi to tylko wtedy, gdy będzie w pełni zjednoczona.” [Moja recenzja]


 ”Wielki Gatsby” Francis Scott Fitzgerald
Nie wiedziałam w co się pakuję. Słyszałam tylko drobne przechwałki, a po genialnym „Portrecie…” Oscara Wilde’a miałam ochotę na klasykę. To co dostałam, było całkowicie odmienne. Blichtr, nielegalny alkohol, brokat, huczne imprezy, ogromne wille. Ta książka uświadomiła mi, jak potężny wpływ na człowieka może mieć pieniądz, jak zepsuć go może do szpiku kości, nie pozostawiając miejsca na drobne uczucia, jakimi jest miłość.


 ”Akademia Wampirów” Richelle Mead (cała seria)
Cykl Richelle Mead ku mojemu zadziwieniu okazał się bardzo dobrą lekturą, a kolejne tomy stawały się coraz bardziej niesamowite, niebezpieczne i fascynujące. Nie potrafię wyjaśnić tego, że po skończeniu jednego z tomów byłam całkowicie rozbita, ogromnie sfrustrowana, zmartwiona oraz, co najważniejsze żądna zemsty i przelania krwi. Podczas pochłaniania książki nienawiść buzowała w moich żyłach, a jednocześnie miałam ochotę wykrzyczeć wszystkie wiersze miłosne pod adresem pewnego bohatera. Euforia szalała we mnie, ponieważ dawno nie spotkałam tak wyjątkowej powieści.


 ”Gra Anioła” Carlos Ruiz Zafón
Jak na mój gust, o niebo lepsza od "Cienia wiatru". Więcej czarnego humoru, takie smutnego, przygaszonego tła barcelońskich ulic, więcej intryg i książek. A główny bohater jest zdecydowanie bardziej interesującą postacią, od bohatera pierwszego tomu. Trochę brakowało mi Fermina, ale nie można mieć wszystkiego. 


”Mroczne Umysły” Alexandra Bracken
"Ta książka wepchnęła mnie w mentalną przepaść. Gdy o 2 w nocy zmusiłam się do jej przerwania to przez dobre półtorej godziny nie mogłam dojść do siebie. Nie potrafiłam uspokoić szaleńczego tempa bicia mojego serca, nie licząc zimnego potu na karku i dreszczy. Pragnienie wznowienia czytania przyćmione zostało jedynie dokładną analizą, jak bardzo pochłania i wręcz niszczy mnie ta książka od wewnątrz. A końcówka? Jedno z najbardziej zaskakujących zakończeń, jakie miałam okazję w tym roku przeczytać. Złamało mi serce." [Moja recenzja]

Miało być 10, ale moje najnowsze odkrycie jest tak przegenialne, że nie mogę się powstrzymać.

 ”Gra w Kłamstwa” Sara Shepard
"Polecam wszystkim tę zwariowaną książkę, dzięki której wreszcie poczułam porządny dreszczyk emocji, a na moim czole pojawił się cień frustracji, zawodu i niemocy. Autorka genialne poprowadziła fabułę, tak, abyśmy nie chcieli uwierzyć kto jest przestępcą, mimo, że cały czas bierzemy go pod uwagę i mamy na oku. Jeśli szukacie dobrej odskoczni od problemów, jesteście na miejscu. To nie jest kolejna lekka młodzieżówka, widoczne wstawki dreszczowca spodobają się każdemu, niezależnie od wieku. Ja otworzyłam Grę w Kłamstwa na chwilę, na jeden momencik. Skończyłam o północy z aroganckim uśmieszkiem i silnym uczuciem bezradności, ponieważ nie posiadam drugiego tomu." [Moja recenzja] 


~*~

I to by było na tyle! Mam nadzieję, że nie przytłoczyłam Was nawałem tekstu, ale naprawdę nie chciałam tego rozbijać na osobne posty, bo i tak jest ich ogromna liczba w blogosferze.

Macie jakieś wyzwania książkowe na 2015 rok? Ja osobiście za takowymi nie przepadam, wolę czytać to, na co akurat mam ochotę. Ale jestem ciekawa, jak to z Wami? :)


Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć Wam spokojnego i caaaałkowicie zaczytanego nowego 2015 roku. Pobijcie wszystkie możliwe rekordy czytelnicze i  nie pozwólcie by pobliskie księgarnie i antykwariaty zbankrutowały! 
Dbajcie o oczy, nie gryźcie zakładek. Wszelkie niedogodności losu przeskakujcie jak Legolas, bo i nam czasem zdarza się chodzić po kamieniach kłodach.
Chwytajmy dzień i korzystajmy z chwili. Życzę Wam, by spełniły się Wasze wszystkie marzenia - te najbardziej prawdopodobne i te z czasów dzieciństwa. Aby zdrowie Wam pozwoliło na wszystkie akcje i przedsięwzięcia. Aby ten rok był lepszy.

 Szczęśliwego roku, po prostu!
Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.