28 lut 2015

Winę zwalam na Nietoperza


Myśli mi uciekają, nie potrafię ich zebrać w skrajnie logiczną całość. To jedno słowo chciałabym potraktować miodem i sprawić, że brzmiałoby choć trochę przyzwoicie. Ale wiem, że to niemożliwe. Staram się, by posty publikowane były tutaj co 3-4 dni. Ostatnio miałam dłuższą przerwę, to wina szkoły, nauki, sprawdzianów? Możliwe. W tym czasie jednak miałam (wątpliwą?) przyjemność czytania debiutu norweskiego pisarza, myślę, że znanego nam wszystkim, choćby ze słyszenia – Jo Nesbø, kojarzycie? Jego Człowiek Nietoperz, wydany w 1997, został nagrodzony Nagrodą Szklanego Klucza rok później, za najlepszą powieść kryminalną roku. I w tym momencie mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Bo to a) ta książka zwyczajnie na to nie zasługuje, b) to przeklęte coś odebrało mi możliwość tygodniowej publikacji na blogu.

Powiem wprost, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. To najbardziej przeciętna książka z wszystkich możliwych przeciętnych książek. Ten tom akurat, przedstawia nam historię norweskiego policjanta Harry’ego Hole’a, który za sprawą tajemniczego morderstwa swojej rodaczki, Inger Holter, przybywa do Sydney w poszukiwaniu seryjnego mordercy. Jednak zrozumienie i poskładanie poszczególnych elementów układanki przychodzi zbyt późno, a Harry za wyeliminowanie psychopatycznego zabójcy zapłaci wysoką cenę…

"Narahdarn. Aborygeński symbol śmierci. Człowiek-nietoperz"
Zacznę od tego, co lubię najbardziej, czyli dlaczego warto tej książki się wystrzegać. Sam pomysł wydaje się ambitny, ale zdecydowanie niewykorzystany. Autor podsuwa nam masę wskazówek, które, z biegiem czasu przytłaczają czytelnika i zapadają w pamięć, gdzieś głęboko, i na tyle głęboko, by zniechęcić do dalszego czytania, bo przeszkadzają i rozpraszają. Ku własnej uldze coraz częściej odkładałam tę książkę na bok, mając ochotę przeczytać coś innego, coś lepszego, bo flaki z olejem, które znajdują się na stronach ¾ objętości tej książki mówiły same za siebie.

Mnie kryminały szokują. Co najmniej. Podczas ich czytania jestem niesamowicie pobudzona, mózg pracuje na najwyższych obrotach, chcąc wszystko zauważyć, poukładać, odgadnąć. Tutaj tego nie było. Czasami zapominałam, że jest to kryminał. Autor wplatał wątki odnoszące się do głównego bohatera, prywatne monologi, pierwsze miłości, momenty zwątpienia, przez co książka stała się bardziej psychologiczną niż kryminalną. Za dużo szczegółów, za mało akcji. Jedynie końcówka była dynamiczna, ale byłam już na tyle zmęczona tą książką, że ze znudzeniem muskałam wzrokiem niektóre akapity. Język jakim operuje autor już na początku nie przypadł mi do gustu, jest ciężki, monotonny, ale przede wszystkim nudny.

Australia to ciekawy kontynent. Cieszę się, że autor poświęcił czas Aborygenom, ich wierzeniom, dawnym opowieściom. Gdzieś w internecie natknęłam się na słowa: Człowiek Nietoperz to jest książka o Australii, tylko w tle dzieje się kryminał”. Dokładnie, książka pod względem ciekawostek tego kraju wydawała się świetna, szkoda, że to tylko tyle.

"Mamy tu kolejkę trupów i wszyscy marudzą, że każdy ma być pierwszy. To znaczy, nie trupy marudzą, a śledczy. Ale każdy musi grzecznie czekać na swoją kolej."
Wiele dobrego słyszałam o Jo Nesbø, dlatego widząc Człowieka Nietoperza na księgarnianej półce, w dodatku z napisem „1 tom bestsellerowy cykl” – przepadłam. Teraz zabraniam czytać Wam tę książkę na początku znajomości z tym autorem. Poszukajcie czegoś innego. (Osobiście słyszałam, że kolejność Pierwszy Śnieg->Pancerne Serce->Upiory->Policja jest najodpowiedniejsza). Bo dopiero po zakupie dotarło do mnie wiele opinii, że Człowiek Nietoperz to powieść strasznie zniechęcająca i potrafiąca obrzydzić całą serię o Harrym Hole. Nic dodać, nic ująć. Mogłabym napisać, że jest to tragiczny kryminał, a dobry przewodnik po Sydney. Ale po co? Po prostu nie polecam, bo szkoda czasu, uwagi i nerwów. Bardzo daleko mu do doskonałego kryminału.



Człowiek Nietoperz | Karaluchy | Czerwone Gardło | Trzeci Klucz | Pentagram | Wybawiciel | Pierwszy Śnieg | Pancerne Serce | Upiory | Policja 
Czytaj dalej

20 lut 2015

Wdzięczność



Umiłowani moi. Powoli krystalizuje mi się w głowie, jak mogłabym zacząć ten tekst, ale dzieje się to zbyt kompulsywnie, wszystko wiruje zbyt szybko i za szybko, abym mogła to wyłapać w magiczny słoik, zmielić pod względem stylistyki i składni. Abym mogła utworzyć skrajnie logiczny układ liter, chmurę zlepków liter, nową melodię rutynowego pukania w klawiaturę. Ale próbuję. Mimo, że jestem fizycznie obolała i mentalnie też mi się wszystko kotłuje. I w takich momentach, w dokładnie takich, które de facto mają zaszczyt upiększać moje życie coraz częściej, cenię sobie wszelkie nominacje.

Nie mogę powiedzieć, że nie lubię nominacji. Czy tych zwykłych, czy wyróżnień Liebser Blog Award. Tym razem trafiło mi się to drugie i jest mi strasznie miło za każdym razem, gdy ktoś sprawia mi taką przyjemność. Tym razem były to Whiteand Black Books i Lexiss, za co szczerze dziękuję! Dzisiaj więc skazani jesteście na typowy post-zapychacz, który jest dla mnie ostoją duchową, kiedy przez książkę do recenzji nie da się przebrnąć, a na blogu wieje pustkami. Nie muszę lektury wtedy połykać, a czytać sobie spokojnie, ze świadomością, że mam wolne i obijać mogę się do bólu. 

Takie okoliczności aż wymagają częstszego nominowania. Zadbajcie o to. 

Pytania od White and Black Books:

Pierwsza książka jaką pamiętasz?
Pierwsza? Rany, nie mam pojęcia. Książki, które najwcześniej pojawiły się w moim życiu to te cieniusieńkie bajki rymowane ze szkolnej biblioteki (na takie wówczas była wielka moda, dzieci brały je garściami, wymieniały się, kolorowały malowanki w środku, uzupełniały rebusy, krzyżówki etc.) Pamiętam też dokładnie dwie książki, które zawojowały moim światem czytelniczym w wieku sześciu lat. „Mała syrenka” i „Pinokio” nadal dumnie stoją na półce pośród książek tych bardziej ambitnych i przede wszystkim, grubszych.

Pierwsza książka przeczytana samodzielnie?
Nie mam pewności, ale zapewne coś z wyżej wspomnianych. Albo z lektur, wszystkie czytałam.

Jak jest twoim zdaniem najlepsza ekranizacja?
W zeszłym roku po przeczytaniu "Wielkiego Gatsby’ego" obejrzałam od razu film. A potem obejrzałam go jeszcze trzy razy. Wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że zarówno książka, jak jej adaptacja zgadzają się pod każdym względem. Uważnie śledziłam dialogi w książce porównując je do filmu, i śmiem twierdzić, że pokrywały się ze zaskakującą zgodnością. Nie wiem czy jestem jakimś kamieniem, ale to film mnie wzruszył bardziej niż książka. O ile w ogóle można to nazwać wzruszeniem, ot taka chwila zaszklenia oczu. Ale ten film to geniusz świata, warto obejrzeć.


Częściej kupujesz książki czy wypożyczasz?
Mój okres stałego bywalca w bibliotekach minął jakoś w wakacje, gdy uświadomiłam sobie napływającą do mojej biblioteczki zewsząd górę książek: konkursy, prezenty, własne zachcianki. Od tamtego czasu czytam wszystko z biblioteczki własnej, ale wrócę tam, do biblioteki, ponieważ nie wyobrażam sobie życia bez niej. Kiedyś to biblioteka  była moim jedynym źródłem książek, i mam teraz o niej tak zapomnieć? Po tym, co dla mnie zrobiła? Nigdy!

Jaką książkę chcesz przeczytać w tym momencie?
Umrę i zacznę łazić z rękoma wyciągniętymi przed siebie nocą, jak nie dostanę "Feed". Chciałabym też "Więźnia Labiryntu" i odświeżyć sobie "Portret Doriana Graya".

Co daje ci motywację?
Raczej: co mi motywacji nie daje? Taki żarcik. Motywację daje mi myśl, że miło będzie, gdy ktoś doceni mój wkład w dany projekt, zauważy, wynagrodzi, skomplementuje. To, że w pewien sposób wpłynie to na moje doświadczenie… sorry, głupio gadam. Motywację daje mi myśl, że w nagrodę kupię sobie nowiuśką książeczkę, nieśmiganą, pachnącą, dobrą.

Książka, której wolałabyś nie przeczytać, po to żeby móc przeczytać ją jeszcze raz po raz pierwszy i poczuć emocje, które ci towarzyszyły w trakcie czytania. 

"W szponach mrozu", drugi tom Akademii Wampirów jest taką kakofonią akcji, że może serce nie wyrobić. Serio. Ta książka mnie całkowicie rozbiła, sfrustrowała i zmartwiła. A potem mnie powiesiła za ręce tak, że byłam jej workiem treningowym, a ona wcale nie początkującym bokserem. Krew tak mi buzowała w żyłach, że oddałabym wszystkie (no, prawie :p) książki świata, za to, żeby móc przeczytać ją ponownie, móc zakochać się w niej, znienawidzić, rzucić o ziemię i rozbryzgać krwią mojego złamanego serca i łzami spuchniętych oczu. Teraz niech ona cierpi.

Wolałabyś przeczytać wszystkie książki twojego ulubionego autora, ale nigdy go nie spotkać czy móc przeczytać tylko jedną jego książkę, ale spotkać się z nim i porozmawiać?
Jasne, że to to drugie. Na spotkaniu mogłabym poznać i jego, i motywy, które kierowały nim podczas pisania, kreowania pomysłu. Jak na niego w ogóle wpadł, i dlaczego fabułę poprowadził w danym kierunku. Takie smaczki sprawiłby, że jeszcze bardziej zapałałabym do niego miłością, a któż wie, czy jego inne książki nie są czasami największymi gniotami?

Jakie książki najbardziej lubisz czytać?
Wszystkie :D Przyznam, że najwięcej na półce mam książek dystopijnych i young adult, bo to tematy na czasie, ogólnodostępne. Ale lubię w międzyczasie poczytać sobie kryminały, klasykę, romanse, obyczajówki, chociaż w głębi duszy wiem, że nic na świecie nie przebije mojej najdroższej fantastyki.

Najgorsza książka, którą przeczytałaś? 
"Eragon" to największy gniot na świecie. Błagam, oszczędźcie mi tego bólu i nie kupujcie tej książki, bo to tak nudna, odmóżdżająca i tragicznie napisana powieść, że równie dobrze możecie wyrzucić portfel w kosz, albo mi go oddać. Preferuję to drugie, bo jeśli będzie w koszu, zawsze potem możecie się wrócić, portfel odszukać i skoczyć po "Achajkę", Andrzeja Ziemiańskiego (recenzja), po czym zabić mnie powtórnie. "Achaja" to zło, "Eragon" to zło. Strzeżcie się ich, póki życie Wam miłe, albo dosięgnie Was klątwa i spotka mój gniew.

Książka, którą mogłabyś czytać do końca życia i nie czytać innych.
Zważywszy na to, że "Miasto Szkła" czytałam już 5 razy, a w tym miesiącu czeka nas 6 randez-vous, można uznać, że to tę książkę z chęcią czytałabym do końca życia, bo jest tak mistrzowska, że nie można ją przeczytać tylko jeden raz. A poza nią, to hm... Biblia? Niezastąpione źródło wiedzy, masa stron, ciekawe rzeczy. Możliwe podtrzymanie na duchu, nic tylko czytać. 

Lexiss pyta mnie o:

W jakim książkowym świecie chciałabyś żyć? Dlaczego?
Już kiedyś odpowiadałam na podobne pytanie, ale odpowiedź powielę, ponieważ pod tym względem swojej decyzji już raczej nie zmienię. Chciałabym żyć w świecie Nocnych Łowców, być jedną z nich, jeśli już. Dlaczego? Enigmatyczna historia powstania Nefilim, ich obyczaje, walki!, łacina wałkowana od małego, Idris no i, W Czerni Wyglądają Lepiej Niż Wdowy Naszych Wrogów Od 1234.

Kto jest Twoim (fikcyjnym) rycerzem na białym koniu?
Ale dlaczego od razu fikcyjnym? Jace Herondale wcale, ani trochę, ani odrobinę nie jest fikcyjny. Wiedziałabym, tak? Tyle lat po ślubie…

Książka czy ludzie.
Teoretycznie jeszcze wczoraj wybrałabym książkę. Ale każdej minuty, każdej godziny, dnia i miesiąca spotykają mnie takie niesamowite chwile, że w praktyce ludzie zawsze wychodzą na pierwszy plan. Powiedzmy sobie szczerze: życie bez książki istnieje. Przecież gdy byliśmy dziećmi, nie czytaliśmy, bo nas nie nauczono. Większość społeczeństwa żyje bez książki. Ale życie bez ludzi? Fakt, potrafią nieźle wkurzyć, potrafią być, a raczej bywają najbardziej nienawistnymi i przesiąkniętymi do krwi zazdrością, dwulicowością i obłudą istotami. Ale to przecież tak bardzo ludzkie, tak bardzo nam bliskie i dzięki nim, nawet jeśli nie zdawali sobie z tego sprawy, nauczyliśmy się tak wiele o życiu. W książkach ta wiedza jest bardziej podręcznikowa, tego nie można traktować na równi, to trzeba doświadczyć.

Ulubiona potrawa.
Właśnie zjadłam super dietetyczną kolację (czyt. jabłko) i najchętniej wolałabym unikać takich pytań, bo nagła myśli o schabowych wybija mnie z dobrej passy. W ogóle to staram się jeść wszystko i jakoś specjalnie nie faworyzuję dań. Chyba, że chodzi o barszcz czerwony...

Gdybyś miała trzy życzenia – jakbyś je wykorzystała?
Po pierwsze, pozwoliłabym losowi na wybranie mi dobrych studiów (bo sama nie mam pomyślunku), abym w przyszłości mogła jako tako funkcjonować. Żyć. Po drugie, i ach! Już czuję ekscytację we krwi. Chciałabym pozwiedzać świat. Pekin, Moskwa, Dubaj, Grecja, Barcelona!, Nowy Orlean, Chile, Egipt. Wszystko co się da, wszystko gdzie się da. I po trzecie, chciałabym żyć życiem, czerpać z niego jak najwięcej, póki jestem młoda, a konsekwencje nie podcinają mi skrzydeł, bo mimo wszystko w tym wieku odpycha się je gdzieś na bok. Chciałabym być na bezustannym głodzie poznawania rzeczy nowych, nie bać się ryzyka, nie stosować się do tego, co „wypada”, szukać nowych wyzwań. Chciałabym nie myśleć o konsumpcji, gromadzeniu i pracowaniu. To przykre przecież na starość uświadomić sobie, że to, co było najważniejsze umknęło bezpowrotnie. Że kosztem życia oszczędziłam życie.

Jaka książka najbardziej zapadła ci w pamięć? Dlaczego?
"Milion małych kawałków", Jamesa Freya. Chwyciła mnie za serce. Jest piękna, a jednocześnie straszna i przyprawiająca o dreszcze. Zero w niej koloryzowania, język cudowny, obrazowy, a jednocześnie tą swoją szczerością i bezpośredniością odrzucający. Chciałabym do niej wrócić. Chciałabym jeszcze raz poobserwować historię autora. Bo to o nim jest ta książka. Historia o alkoholizmie i o wielkiej walce, o miłości i stracie. 

Ulubiona książkowa para? Dlaczego?
Tessa i Jem z Diabelskich Maszyn. Oni z resztą zajęli pierwsze, honorowe miejsce w moim rankingu najlepszych – według mnie – książkowych par, i to tam wybór ten objaśniłam.

Twoja największa pasja?
Eh, czytanie książek się liczy? Bo oprócz tego, pasji mam niewiele. Chociaż nie, jedną z ważniejszych pasji w moim życiu jest sport. Czynnie uprawiam piłkę nożną i stale kibicuję FC Barcelonie.

Jak widzisz siebie za 10 lat?
Staram się nie myśleć o przyszłości. Bo świadomość jej istnienia siłą ściąga mnie w dół, gdzie marzenia są tylko naiwną iskierką, a liczy się tylko ciężka praca i sumienność. Chciałabym widzieć się szczęśliwą. Z przekonaniem, że cały świat jeszcze przede mną, że mogę go mieć, wystarczy tylko idealny moment na wyciągnięcie ręki. Ale wystarczy również jeden moment by go stracić, upuścić i roztrzaskać. Dlatego chciałabym widzieć się na wpół zdystansowaną, rozważną, mądrą. Tak, przede wszystkim mądrą, ale nie pod względem zdobytej wiedzy, a zdobytych doświadczeń. To taka mądrość jest prawdziwym skarbem.

Gdybyś mogła zdecydować o swoim wyglądzie to: zostałabyś  taka jaka jesteś, czy zupełnie byś się zmieniła?
W stu procentach zostałabym sobą. Lubię się. Nie jestem idealna, to fakt, ale wszystkie kompleksy da się w pewnym stopniu zniwelować. Wystarczy odrobina chęci. 


Jeśli udało Ci się dobrnąć do końca, czuj się nominowany. Ale mam też taką jedenastkę (wątpliwych?) szczęśliwców, którzy oczywiście wziąć udział mogą, ale z nożem przy gardle nie zmuszam. 
Z racji tego, że zdecydowanie bardziej zadawać wolę pytania, niż na nie odpowiadać, macie coś specjalnego.

1. Możesz zmienić zakończenie jednej książki. Którą wybierasz i dlaczego właśnie ją?

2. Co najbardziej lubisz w czytaniu?
3. Gdyby przyszło czytać Ci jedną książkę do końca życia, na którą padłby wybór?
4. Gdybyś miała trzy życzenia - jakbyś je wykorzystała?
5. Jak spędzasz wolny czas, nie licząc czytania i blogowania?
6. Jak widzisz siebie na 10, a nawet 20 lat?
7. Kto jest twoim autorytetem? Jeśli go nie masz, kogo najbardziej podziwiasz?
8. Jak myślisz, dlaczego ludzie nie sięgają po literaturę?
9. Jaka książka zmieniła Twoje poglądy, sprawiła, że na świat patrzysz inaczej?
10. Największy książkowy gniot, jaki miałaś okazję przeczytać?
11. Jakie 3 filmy każdy powinien obejrzeć, i 3 książki, które trzeba przeczytać?


Standardowo zachęcam do wzięcia udziału, ale po raz kolejny wtrącę, że nic na siłę. Osobiście lubię dowiadywać się różnych, ciekawych rzeczy o Was, a właśnie LBA jest idealnym powodem, by zrezygnować z anonimowości i poczuć się stabilniej. Lepiej. Jestem ciekawa jak sobie poradzicie z pytaniami, wprost nie mogę się doczekać!

Czytaj dalej
Etykiety:

17 lut 2015

Przyszłość w rękach miniaturek ("Miniaturzystka")


Miniaturzystka to słynny debiut, którego, jak mi się wydaje, przedstawiać wcale nie muszę. Ale watro jeszcze raz podkreślić, że książka ta tuż po premierze jednogłośnie została okrzyknięta jako dzieło „wyjątkowe, niezwykle sugestywne i hipnotyzujące”, które urzekło czytelników na świecie swoją prostotą, a zarazem kunsztem i intrygancką fabułą. Sprawdziłam na sobie i wiem, czy to prawda, czy najgorsze kłamstwo.

Zaledwie osiemnastoletnia Nella Oortman, od niedawna Brandt, puka do amsterdamskich drzwi, aby zacząć nowe życie jako żona znanego kupca Johannesa Brandta. Dziewczynę dręczą wszelakie pytania dotyczące miasta, życia w nim, małżeństwa i przyszłości. Lecz zanim będzie mogła sobie na nie odpowiedzieć, dostaje prezent od nowo poślubionego męża. Bogato zdobioną replikę domu, w którym mieszkają. Dziewczyna postanawia go umeblować, a na pomoc w tym przychodzi jej tajemnicza miniaturzystka, która poprzez swoje wyroby, uświadamia wszystkim o wszechobecnych sekretach, nierozwiązanych zagadkach kumulujących się w powietrzu pytaniach i niebezpieczeństwie, które czyha na nich wszystkich. Czyżby miniaturzystka poprzez figurki chciałaby przepowiedzieć ich nieunikniony upadek? A może zapowiada czas dobrobytu i udanych żniw?

Wiecie, nigdy, przenigdy nie czytałam książki takiej jak ta. Zaczynając od rzeczy błahych, tak jak narracja, a kończąc na ogólnym zarysie fabuły i kreacji bohaterów. Miniaturzystka to nie tylko debiut autorki, ale debiut także i mój, ponieważ po raz pierwszy zmierzyłam się z taką tematyką, która, rzecz jasna, całkowicie mnie porwała. Dlaczego?


"Wszyscy przez lata tkwimy w niewidzialnych klatkach, których pręty zrobione są ze zbrodniczej obłudy."
Ano dlatego, że nie trzeba w niej szukać polotu, on wręcz wylewa się spomiędzy kartek. Sama idea to przemyślane schematy. Ta książka przypomina koła zębate i ich zębatki, które nie bez przyczyny zbliżają się ku sobie, łączą się. Wyznaczają bowiem jeden tryb, z którego de facto niełatwo się wybić, a który tak splata pojedyncze wątki, że nawet po lekturze, główkujemy i zastanawiamy się nad tym, co mogliśmy przeoczyć. Przykład? Pierwszy rozdział – prolog, można by rzec. No ale nie zupełnie, ponieważ jest obsadzony w realiach dwa dni po rozdziale ostatnim. W takim razie epilog, ale epilog na początku książki. Bardzo ciekawy zabieg, dodający nutkę enigmatyczności, i który, co najważniejsze, całego sensu nabiera dopiero potem, dopiero po przeczytaniu ostatniego słowa, ostatniego rozdziału. Ale takich smaczków jest o wiele więcej!

Muszę przyznać, że z Amsterdamem w literaturze miałam okazję zmierzyć się czytając tylko Gwiazd Naszych Wina, ale to przecież nic porównując do miasta z 1686 roku. I mimo, iż wydawać się może, że to dawne dzieje, fabuła na pewno jakaś przymulona, a język archaiczny i niezrozumiały, tak nie jest. Fabuła wcale nie jest przymulona, ale w te ramy czasowe, w tę historię trzeba się wbić, cierpliwie, trzeba ją poczuć całym sobą, inaczej nici z podróży do Amsterdamu, teleportacja tylko w połowie się uda. A wtedy nie będzie już to samo.

A język? Mistrzostwo świata. Jessie Burton ma niesamowity garaż, spośród którego dwa, może trzy wyrazy wydały mi się niezrozumiałe. Nieźle jak na 1686, nie? I właśnie o to chodzi. Tę książkę, pomimo realiów czyta się szybko i przyjemnie, spijając litery, które rześko, niczym świeża woda wpływają do naszego wnętrza i tam już zostają. Nieraz zatrzymywałam się, by pomyśleć, w jaki sposób autorka przekazała to, co chciała przekazać? Dlaczego ja nie potrafię tak celnie oddawać uczuć? Zwykłe skonsternowanie albo radość przemienić w majstersztyk, w sztukę, w obraz. Piękne.

Miniaturzystka porusza przede wszystkim problemy XVII-wiecznego społeczeństwa. Ich walkę o byt, częste zaślepienie pieniędzmi i wszelkim dobrem materialnym. Ukazuje oblicze ludzi bogatych, ale przygląda się tez tym nieco biedniejszym. Tematyka homoseksualna tutaj wspomniana, nie jest przez autorkę traktowana jako temat tabu. Burton zgrabnie opowiada o tym, że i wtedy homoseksualizm był, ale traktowano go zupełnie inaczej. Jak? Tego dowiesz się już czytając książkę. 

Co rzuciło mi się w oczy i przykuło swoją odmiennością – narracja. 3 osobowa, stara i sprawdzona, można by rzec, niby żaden szok, ale rzecz w tym, że rozgrywa się w czasie teraźniejszym. Czyli nie ma tutaj mowy o żadnych wspomnieniach, pamiętniku i historii; to się dzieje teraz, w tej chwili. Taki niuans dodał tej historii parę niespodzianek, porywając i szykując ucztę niegasnącego suspensu.

"Problem w tym, panowie i panie, że ci, którzy nie mają horyzontów, pragną zniszczyć nasze."
Co mogę dodać na zakończenie? Co nieco o zakończeniu, czyli takim pół-otwartym zawieszeniu akcji, które jest dobre, ale jest też złe, a co! Dobre, ponieważ zgrabnie kończy całą powieść, nie z jakąś wygórowaną emfazą, raczej spokojnie, acz… niesamowicie źle, ponieważ książka jakby się urywa, pozostawiając za sobą szereg nadszarpniętych nici, których pochodzenia nie znamy, i którego raczej nigdy się nie dowiemy. Pozostaje nam tylko snucie przypuszczeń i kreowanie własnej wizji dalszego życia bohaterów.

Miało być kilkanaście zdań - wyszło jak zawsze. Ja po prostu recenzując tak dobrą książkę staram się zrobić to dokładnie, wszystko przeanalizować, przemyśleć, odnaleźć głębszy sens. A każdy element tej książki, nawet ten drobny, prawie niezauważalny, pod każdym względem jest dopracowany. Wszystko, od pomysłu, po bohaterów, wszystko jest idealne, zaciekawiające swoją odmiennością i do cna porywające. Ze względu treści gdzieniegdzie poruszone, ta książka może nie być należycie odebrana poprzez młodszych czytelników, ale zachęcam ich, żeby swoje odczekali, bo warto. A ci, którzy odczekiwać nie muszą, niech pędzą do księgarni lub wpisują stronę internetową z której książki zwykli zamawiać, ponieważ Burton już czeka z otwartymi rękoma.
Czytaj dalej

14 lut 2015

TOP5. Ulubione pary literackie! ♥


Jedni Walentynki świętują, drudzy traktują jako dzień normalny, a jeszcze inni drwią i rzucają obelgi. Dzisiejsze święto zakochanych to też idealna okazja na przybliżenie sobie tych miłosnych ideałów. Na dziś przygotowałam zestaw moich ulubionych par literackich! :D

Duety po przejściach, namiętne, mroczne czy zbuntowane. Wszystkie, które uwielbiam! Te które śledzę, lub śledziłam z równie zapartym tchem i zapamiętaniem.



5. Allie&Sylvain (Wybrani)
Za co ich lubię? Przede wszystkim za to, że mimo przykrych incydentów nadal się wspierają i gdy nie są razem, traktują się jak najlepsi przyjaciele. To Allie jest tą mieszanką wybuchową, która działa zbyt impulsywnie i pakuje się w największe kłopoty, a Sylvain jest raczej rozsądny, opiekuńczy, zawsze w nią wierzy i pomaga. A w dodatku jest FRANCUZEM! :D




4. Rose&Dymitr (Akademia Wampirów)
Kolejne idealnie przeciwieństwo! Sama Rose jest jedną z moich ulubionych bohaterek. Cięty język, niesamowita odwaga, impulsywność i skłonność do robienia, a potem zastanawiania się nad związanymi konsekwencjami. Za to Dymitr… starszy od niej o parę lat, bardziej doświadczony przez życie, zdecydowanie spokojniejszy, kierujący się rozsądkiem. On sprowadza ją na ziemię, gdy porywają ją prądy szaleństwa i walki. Idealne połączenie, wiele można się od nich nauczyć. 




3. Clary&Jace (Dary Anioła)
Czy ja muszę to jakkolwiek komentować? :D Jedna z najlepszych, najbardziej skomplikowanych par, a jednocześnie najbardziej przeze mnie lubianych. Mimo wszystkich przeciwności losu, oni nigdy nie stracili w wiary w związek. Zakazany owoc smakuje najlepiej a ich miłość… taka właśnie była.




2. Julia&Warner (Dotyk Julii)
Psychopata i dziewczyna, której dotyk zabija. Czy to nie idealne połączenie? :D Warner od początku wydawał mi się postacią o niebo ciekawszą od potulnego Adama, i właśnie to jemu i Julii kibicowałam czytając trylogię Mafi. Bezwzględny lider selektora 45, mający chorobliwą obsesję na punkcie władzy, a do tego bezlitosny i porywczy. To obecność Julii sprawia, że czuje się „ludzki”; zdolny do długich rozmów, śmiechu. Ona zaś, czuje się przy nim akceptowana, czuje się potrzebna i dostrzega swoje piękno.  




1. Tessa&Jem (Diabelskie Maszyny)
Mój zdecydowany number one. Sama wzmianka o nich sprawia, że chce mi się płakać. Kocham tę parę i kibicowałam im od samego początku, choć przełamywałam się też na stronę Willa. I choć tę trylogię czytałam dość dawno w mojej pamięci pozostał obraz Jema, chorego i słabego, który zawsze był uprzejmy i kulturalny. Który nie zważał na swoje dobro, a troszczył się o innych wokół. Wiedział co go czeka, starał się więc korzystać chwili, chwytać dnie i spędzać je z Tessą. W dodatku gra na skrzypcach, a każde fragmenty poświęcone jemu i dziewczynie przepełnione są takim smutkiem, melancholią, romantyzmem i świadomością najgorszego. Kocham ich, no! :(


Jakie Wy pary książkowe lubicie najbardziej? ;) Ktoś stąd, czy niekoniecznie?

Czytaj dalej

13 lut 2015

Litery na ekran: "Złodziej Pioruna" Przykład najgorszej ekranizacji?


Oglądanie ekranizacji książek stało się dla mnie rutyną. Siadam przed komputerem i oglądam, w między czasie przewracając kartki wybranej powieści i porównując oba te gatunki do siebie. I szczerze? Złodziej Pioruna Chrisa Columbusa nijak ma się do książkowego pierwowzoru. Ale mimo tych wszystkich zmian, niedociągnięć i ubarwień… podobał mi się. Dlaczego? Przyznam, że sama nie wiem. 

OBSADA
Trudno jest dobrać idealnych do roli aktorów, a jeszcze trudniej, gdy chodzi o tych odgrywających postacie książkowe. To wybieranie pod presją, no bo weź wybierz takich aktorów, żeby tysiące fanów z własnymi wyobrażeniami było zadowolonych. To prawie niemożliwe. A tutaj czekało mnie miłe zaskoczenie, bo wybór aktorów był naprawdę bardzo dobry. Idealny wręcz. Logan Lerman, czyli tytułowy Percy Jackson to strzał w dziesiątkę. Nie dość, że faktycznie wygląda na dwunastolatka, to jeszcze idealnie odtworzył rolę swojego półboskiego bohatera. Grover (Brandon T. Jackson) nie budził moich zastrzeżeń, był zabawny, błyskotliwy i posiadał niezwykły talent pakowania się w kłopoty. Filmowy Grover przerósł książkowego, można by rzec. A Annabeth… tu było gorzej. Nie blondynka, tylko szatynka i do tego wygląda na piętnastolatkę, a nie dwunastoletnią dziewczynę. W dodatku niczym nie przypomina tej małej mentorki Percy’ego. Po prostu jest. Najdalej odbiegając od moich wyobrażeń.


ODDANIE TREŚCI KSIĄŻKI
To całe „oddanie” najchętniej skwitowałabym głośnym parsknięciem. Film nawiązuje do fabuły na tyle luźno, że ci, którzy książki nie czytali - powinni przeczytać. Będą równie zaskoczeni. Ja czułam się, jakby była to inna książka. Jakbym pomyliła filmy. Naliczyłam się dziesięć odmienności, ale zgaduję, że jest ich o wiele więcej. Co rzuca się w oczy: wersja książkowa była prosta. Bohaterowie ruszali z punktu A do punktu B, czyli do Hadesu. Ci książkowi zapewne nie widzieli sensu w tak banalnej wyprawie, dlatego postanowili sobie wędrówkę trochę ubarwić i zamiast perły dostać, musieli je odszukać. Dostali jakąś mistyczną mapkę od gościa (Jake Abel), który w Obozie Herosów za ważniaka się uznaje i pośród starożytnego budownictwa Obozu ma plazmy, komputery i gra w CS’a. Ciekawe. Jeśli miałabym po krótce wymieniać rzeczy, których w książce nie było, to: Co tam robi Persefona? Przecież jest lato. WTF?! Grover wcale nie powinien zostać w Hadesie, matki wcale nie zatrzymywała jakaś bariera i nie spotkali jej w Hadesie, bohaterowie wcale nie uciekali na wyprawę potajemnie, a piorun… Nie było żadnej bitwy o piorun przed Olimpem, tak? Nie było.

Czarne charaktery to poważny problem filmu Columbusa. Nie ma Aresa, nie ma Kronosa, nie ma Clarisse; pozostaje tylko niezbyt inteligentny Hades (który w książce bynajmniej nie jest czarnym charakterem!) i właśnie Luke, syn Hermesa. Niestety w filmie postać syna Hermesa została uproszczona do granic możliwości, ponieważ Jake Abel jako Luke od razu wygląda podejrzanie. A żeby jeszcze bardziej podkreślić, że nie jest on wart zaufania, kamera wyraźnie go nie lubi: przy każdym jego pojawieniu się następuje chwilowe zawieszenie akcji, pozwalające widzowi domyślić się, że coś jest nie tak. Niby sympatyczny, ale nie ma wątpliwości, że chłopak coś knuje.

FILM A KSIĄŻKA
No właśnie. Moje odczucia dotyczące książki były całkiem w porządku. Nie porwała mnie jakoś, ale była przyjemna. Akcja niepotrzebnie się dłużyła i czasem brakowało jej nagłych zwrotów akcji. A film? Właśnie on miał wszystko, co najlepsze. Brak dłużyzn, wątek bitwy, konflikt między bohaterami, więcej Posejdona, więcej Zeusa. Czasami mam wrażenie, że film wypadł lepiej od książki. Oczywiście, był okrojony. Ale reżyser nie musi sztywno trzymać się pierwowzoru, a sam film, jako odrębna historia została dobrze poprowadzona.



PODSUMOWUJĄC
Ogólnie po obejrzeniu towarzyszyły mi uczucia mieszane, z lekką przewagą pozytywizmu. Podobało mi się tło, efekty na najgorszym poziomie nie były, a aktorzy świetni (z pewnymi wyjątkami). Wersja Columbusa była na tyle ciekawa, że powinna zaskoczyć tych, którzy książkę tę czytali i nie. Uwadze nie umknie niestety zmieniona fabuła, ominięcie pewnych wątków i dodanie jeszcze innych. Fanów zapewne to nie zadowoli, ale mnie się podobało. Nie jest to może przykład idealnej ekranizacji, ale czy słowa da przenieść się na ekran? Mnie efekt końcowy zadowolił i nie wierzę, że to powiem… ale gdyby Riordanowi podczas pisania Złodzieja Pioruna zaproponowali pewne fragmenty występujące w filmie, książka okazałaby się znacznie lepsza. Szkoda, że autor nie pomyślał o bitwie o piorun z Lukiem, zamiast wsadzać mu go magiczną siłą do plecaka. Tak byłoby ciekawiej. 

Złodzieja Pioruna jako ekranizację uważam za totalną pomyłkę i błąd niewybaczalny. Jeśli zaś, miałabym na treść książki przymrużyć oko, całość prezentowałaby się całkiem w porządku i byłaby jak najbardziej godna obejrzenia. 
Czytaj dalej

10 lut 2015

Jak to jest być dzieckiem greckiego boga? ("Złodziej Pioruna")



Zwykle nie czytam pod presją trendów. Zwykle. Bo są też takie pozycje, którymi zachwycają się miliony, na podstawie których powstają też adaptacje filmowe, fandomy a nawet zloty.
Percy’ego Jacksona zaliczam właśnie do moich słabości. Wszyscy znają i kochają, a u mnie nadal sterczy w czołowej piątce must have. A raczej sterczał. Przez te dwa lata polowań na pakiet książek Riordana w swojej głowie na podstawie miliarda opinii, poprzeczkę zdążyłam postawić  bardzo wysoko, może nawet za wysoko. Z błogim wyrazem na twarzy zdążyłam też wykreować pożądane przeze mnie podobieństwa do fenomenu książek Rowling i ogólnie dużo, dużo sobie o Persiaku myślałam.

I serio, nienawidzę tego uczucia, gdy autor moje książkowe plany spycha na boczny plan, dając jedynie nędzną karykaturę tego, co oczekiwałam. Bo oczekiwałam więcej. 

HEROSI SĄ WŚRÓD NAS
Spotkaliście kiedyś dziecko z zespołem nadpobudliwości ADHD? Jeśli tak, to jesteście szczęściarzami. Prawdopodobnie jest to heros – dziecko półkrwi, potomek greckiego boga i śmiertelnika. Prawdopodobnie przyciąga same kłopoty. Dosłownie. Boska aura od niego bijąca wabi potwory, o którym się filozofom nie śniło. Z Hadesu. Prawdopodobnie też, parokrotnie zmieniał szkołę, powszechnie uznawany za chuligana zdolnego tylko do wszczynania walk i bójek. A tak naprawdę urodzonego by posługiwać się mieczem i opracowywać strategie to bitew takich jak Termopile czy ta pod Maratonem.

Aha, i jeszcze jedno. Wśród nich znajduje się dwunastoletni Percy Jackson.  

BÓG WOJNY JEŹDZI MOTOREM

Jeśli chodzi o tło, jako pomysł do napisania książki fanatsy połączonej z wierzeniami starożytnych Greków, bomba! Jako osoba, która pośród tysiąca innych przedmiotów szkolnych historię stawia na piedestale, i jako osoba, która takowy przedmiot lubi bardziej od zajęć z polskiego, zostałam przez Riordana całkowicie kupiona. Bo kto śmiałby wątpić w to, że góra Olimp wraz z pocztem największych greckich bogów wędruje sobie po kontynentach, skoro autor mówi o tym z takim przekonaniem? O tym, że nawet Zeus jest zdolny do spłodzenia dziecka z ludzką kobietą, a bóg wojny – Ares bywa zadziornym harleyowcem flirtującym i chodzącym na randki do wesołego miasteczka? To w tej książce jest najlepsze. To, że autor nie podaje nam suchej historii, nudnych faktów, a przekształca ją tak, że to się wydaje fajne. Tak, może nie jest to zbyt ambitne słowo, ale trafne jak najbardziej. Znam osoby, które greckimi mitami gardzili. Bo to wymóg, bo to nudne, z lupą tam szukać polotu i wiarygodności. A potem sięgnęli po tę książkę i do głowy zaczęły im masowo wpływać ważne wydarzenia, imiona i mity. Wiedza. Czy to nie najsilniejszy plus tej książki? Że uczymy się, nie zdając sobie z tego sprawy? Że uczymy się czerpiąc z tego przyjemność?

OSTRZEŻENIE
Okej, okej, pochwały pochwałami, ale na początku wspomniałam, że oczekiwałam więcej, że się zawiodłam itd., itd. Początki książek zazwyczaj bywają nudne, a początki książek otwierających serię nudne bywają jeszcze częściej. Ale warto. Warto przebrnąć, przez tę setkę stron, żeby odpłynąć i dać się porwać, autentycznie. I raczej nie mam się do czego przyczepić. Nie ma tu schematów, postacie też nie są jakoś najbardziej papierowe pod słońcem. Nie mogliśmy poznać ich z bardzo bliska, bo narratorem jest Percy, który jest nowy w tym świecie, zagubiony i zdezorientowany dzieciak. Z pewnością dalsze tomy zbliżą bohaterów jeszcze bardziej i wtedy połączą nas prawdziwe, książkowe więzi.

HUMOR MILE WIDZIANY
Nie byłaby to książka dla dzieci i  młodzieży, gdyby autor nie zadbał o jeden, malutki drobiazg. O humor. W momencie, gdy fabuła wlokła się niemiłosiernie, wystarczyło, by ktoś (zazwyczaj Percy) rzucił jakimś zasadniczo mało zabawnym żartem, który okazał się trafny i ironiczny, i który jak zimny prysznic obudził przytępiałego czytelnika i wywołał na jego twarzy szeroki uśmiech. To ważne, bo to przecież seria dla dzieci od lat mniej więcej dziesięciu, a taki czytelnik nie może usychać z nudów, a gdy autorowi zdarzy się słabiej napisany fragment. Czasem wydaje mi się, że to te zabawne spostrzeżenia, żarciki i ironia wznoszą tę książę na wyższe poziomy.

"CZYTAĆ, CZY NIE CZYTAĆ?" OTO JEST PYTANIE.
Pierwszy tom w moim odczuciu był całkiem niezły. W odczuciu młodszych czytelników okazałby się zapewne niesamowity i zaskakujący. Zaskakujący na pewno, z tym mogę się zgodzić. A czy niesamowity? Wielu ludzi porównuje go do Harry’ego Pottera. Ja osobiście uważam, że Percy nie dorasta mu do pięt, ale nie dlatego, że jestem fanką HP i się na nim wychowałam, ale dlatego, że Riordan stworzył świat niezwykle ciekawy, ale mniej…. przestrzenny. Rowling zaczynała od zera, Riordan polubił historię i na jej postawie oparł swoją powieść. Powieść ambitną, oczywiście. Ale osobiście brakowało mi w niej takiego polotu i pomysłu na to, by fabuła była bardziej zwarta i żywsza. Mogłabym polecić ją wszystkim, ale pojęcia nie mam jak obiorą ją czytelnicy starsi ode mnie, ci więcej wymagający. Bo o młodszych nie wspominam, dla nich jest to lektura obowiązkowa.


"Bardzo chciałbym móc powiedzieć, że w drodze na dół nachodziły mnie głębokie przemyślenia i doznawałem nagłych objawień, że pogodziłem się z własną śmiercią, śmiałem się śmierci w twarz itd. A tak naprawdę to jak było? Naprawdę myślałem po prostu „Aaaaaaauuuuuuaaaaaaa!."

Złodziej Pioruna | Morze Potworów | Bitwa w Labiryncie | Ostatni Olimpijczyk
Czytaj dalej

7 lut 2015

Kiedy miłość stanie się chorobą ("Delirium")



"Miłość - najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija cię wtedy, gdy cię spotka, jak i wtedy, kiedy się omija." (s. 322)

Wiecie, uległam. Naprawdę. Broniłam się przed tym rękami i nogami, ale kupiłam, żeby spróbować, żeby zobaczyć i przekonać się na własnej skórze, jak to z tą Oliver jest, i z czym jeść powinno się Delirium, słynną trylogię jej autorstwa. Więc z czym?


Po lekturze nurtuje mnie jedno pytanie, jedno rozpowszechnione i czytelnikom dobrze znane. Dlaczego pomysłem na książki Amerykańskich pisarzy dla młodzieży jest jego brak? Dlaczego lubią one/oni powielać schematy, i robić coś, co jest trendy, na topie – czyli w tym przypadku dystopie i antyutopie. Wzorujmy się, owszem, ale czy nie warto tę fabułę, to ciasto zgnieść tak, by powstało coś specjalnego, coś dla nas? Pomysł Lauren Oliver wydał mi się znany, ale nie skopiowany. Zupełnie jakby autorka zastosowała się do rady i wraz z rzędem innych mniej lub bardziej udanych dystopii, zmłóciła to ciasto tak, że powstało coś z efektem „wow”. I już na wstępie pisarka zgarnia wielkiego plusa, bo świat, jaki wykreowała, świat bez miłości to zdecydowanie historia intrygująca i oryginalna. Ale czy warta poznania?

COŚ NIE TAK

Efektem „wow” na pewno zaś nie była główna bohaterka. Jeśli lubisz czytać o dzielnych i niezłomnych wojowniczkach, koniecznie z ciętym językiem i cynicznym spojrzeniem na świat – odpuść sobie. Lena jest taka jaka jest. Mimozowata, uległa, zamknięta w sobie, która najchętniej przytakiwałaby swojej ciotce, niezależnie do czego ta by ja poprosiła. Typ bohaterki z sercem przepełnionym gasnącą już nadzieją, nadzieją dzieciaka bez rodziców, wierzącą, że miłość faktycznie jest złem wcielonym. Później, dopiero pod koniec widać, serio widać, że jest ona osiemnastolatką (!), i że jej osobowość przybrała choć odrobinę buntowniczej i bohaterskiej barwy.

Jest tu najlepsza przyjaciółka, zbuntowana blondynka, idealna pod każdym względem, pełna dzikiej enigmatyczności, i jak to zauważyła główna bohaterka: której zwykły kucyk wydał się pełen tanecznej gracji. Mamy ciotkę-jędzę, wujka-samoluba, kuzynki wścibiające nos w nie swoje sprawy. W skrócie: sielanką bym tego nie nazwała. Jest też chłopak. To niespodzianka! Typowy bad-boy, który tak naprawdę bad-boyem nie jest, ale który dość osobliwą przeszłość ma i ją strzeże, chowa w tajemnicy, dopóki nie poznaje jej.

"DELIRIUM TO NIEPOKOJĄCY THRILLER". CZY NA PEWNO?

W oczy rzuca się przede wszystkim fakt, że ta książka Igrzyskom Śmierci nie dorównuje i chyba nigdy dorównywać nie będzie. Lena życie w świecie, w którym choroba uznawana jest za przebiegłą i śmiertelnie niebezpieczną chorobę. Każdy człowiek w wieku osiemnastu lat zostaje poddawany zabiegowi, który albo ma wyleczyć, albo zapobiec zachorowaniu. Brudna sprawa, ogólnie dużo kabli, rozcinanie za uchem, czasami na żywca, czasami ze znieczuleniem. I to jakby tyle. Autorka zdradza szczegóły, ale nie postanawia nas uraczyć czymś więcej. Wiemy, że dawniej ludzie chorowali nie Amor deliria nervosa – miłość, i to w jej imię skłonni byli nawet do zabójstwa. Wiemy, że niektórzy z nich nadal gdzieś są, ukrywają się. Wiemy ze jest lekarstwo, że Ameryka standardowo, jak w każdej dystopii zamyka granice, et cetera, et cetera. Ale ja wymagam głębszego zapoznania się z motywami rządu, polityką, bo dystopie kocham wielką Amor deliria nervosa, a lekarstwa nie chcę. Chcę tylko lepszą konstrukcję świata, więcej szczegółów, troszkę chociaż.

MAGIA SŁOWA

Największym i chyba jednym z niewielu tych naj, naj, naj, był język jakim dysponuje autorka. Szok! Te obrazy, te smutne ulice Portland i te intrygujące retrospekcje – wszystko opisane jest tak barwnym, tak bogatym, ilustrującym językiem, że aż można go spijać z kartki. Magia. Język autorki tak idealnie odtworzył klimat, ten mroczny i melancholijny, ale też radosny i beztroski, że bez niego książka ta byłaby pusta i niewiele warta. Rzeczy pozornie zwyczajne, tak niezwyczajnie w słowa ubrane, że robią wrażenie i zmuszają do pytań typu: „Dlaczego ja tego tak sobie nie wyobrażam”, „Dlaczego ja nie patrzę na świat w ten sposób”, aż po te nieco poważniejsze: „Dlaczego ja nie potrafię tak pisać?!”.


Na każdym rozdziale czekają nas niespodzianki. Cytaty maści wszelakiej. Od fragmentów utworów Szekspira, którego de facto, Romeo i Julia uznana jest za przerażającą historię z morałem, po fragmenty Księgi SZZZdrowia, Szczęścia i Zadowolenia, która jako lektura obowiązkowa, jeszcze bardziej przybliża świat, w którym miłość jest chorobą.

CZY WARTO?

Niezmiernie ciężko było mi wykrzesać z siebie iskierkę motywacji do napisania tych paru akapitów o Delirium, bo to książka pełna kontrastów. Dosyć przeciętna, ale zadowoli nastolatki i osoby, które chcą przy książce odpocząć. Jednakże jeśli nie musisz – nie sięgaj, bo po co? Mimo, że fabuła pełna jest miłosnych wzlotów i upadków, nie wznieciła we mnie ciekawości takiej, że ciężko byłoby mi się od książki oderwać. Ba! Ze znudzenia sama ją odkładałam. W momentach gdzie wzruszać powinna, mnie nie wzruszała, a najbardziej zachwycającym atutem, był jedynie plastyczny język autorki, jej talent do zgrabnego ubierania obrazów w słowa i pomysł. Trochę ta książka infatylna i naiwna, ale przyjemnie spędziłam z nią czas. To pierwszy tom, więc wybaczam autorce i czekam na prawdziwy wybuch w Pandemonium. I polecam ją przede wszystkim osobom, którzy takich książek szukają. Przyjemnych. Przede wszystkim przyjemnych, łatwych, niewymagających.

"Kocham cię. Pamiętaj. Tego nam nie odbiorą." (s. 357)

Delirium | Pandemonium | Requiem

Czytaj dalej

4 lut 2015

Książkowa Spowiedź Styczniowa



Wiecie co? Wreszcie u mnie sypnęło śniegiem. I zgaduję, że nie tylko u mnie, zgaduję, że całą Polskę pokrył ten cudowny puch! Lubię śnieg choćby z samej aury jaką tworzy. Pięknie wyglądające lasy zimą, na które popatrzeć można z błogim spokojem, popijając gorącą herbatę podczas czytania książki. I tak właśnie spędziłam styczeń. Nie czułam presji szkoły, domowych obowiązków, więc jedyne co robiłam w wolnych chwilach, i co przyniosło najwięcej radości, to rzecz jasna, czytanie. I to widać, bo styczniowe wyniki poszły znacznie w górę, porównując do tych z poprzednich miesięcy. Styczeń to dobry czytelniczy miesiąc! Za sobą mam aż 9 naprawdę dobrych pozycji!


6.     Kamienie na szaniec – Aleksander Kamiński
Najlepsza książka: "Czas żniw"
Największe rozczarowanie: ""Zagrożeni"
Największe pozytywne zaskoczenie: "Czas żniw", "Burza"
Łączna szerokość grzbietów: 22,8 cm.


Ach, uwielbiam styczniowe książki! Nie potrafiłabym wybrać najgorszej, wszystkie mają w sobie to "coś", przez to każdą darzę wielkim uczuciem i uznaniem. Serio! Trafił mi się najbardziej udany miesiąc, a w nim same perełki. I to x9.

I w lutym życzę wszystkim (oraz sobie) jak najwięcej książkowych przyjemności!
A jak pierwszy miesiąc wyglądał u Was?
Czytaj dalej

1 lut 2015

Bezpieczeństwo to iluzja, to kłamstwo ("Zbuntowani")



Absolutnie uwielbiam serię o Nocnej Szkole. Mam słabość do jej uczniów, uwielbiam styl autorki i przerażająco dobre zakończenia rozdziałów. To między innymi dlatego tak długo wypatrywałam Zbuntowanych, czwartego tomu książek C.J. Daugherty, autorki która skradła moje serce.

Akcja tego tomu rozpoczęła się dokładnie na tym, gdzie Zagrożeni się zakończyli. Allie ucieka by znaleźć schronienie z dala od groźnego Nathaniela. Ale nie oszukujmy się, przecież to mistrz w sztuce manipulacji, przeróżnych strategii i szpiegostwa. Gdzie tym razem zaprowadzi ją los i jakiego obrotu przybierze konflikt z Nathanielem?


"Wojna to sztuka wprowadzania w błąd. [...] Atakuj, kiedy on nie jest na to przygotowany. Pojwiaj się tam, gdzie on się ciebie nie spodziewa." (s.135)

C.J. Daugherty zaskakuje już na początku. Ale nie strzelaniną, nie pościgiem, ani ucieczką, jak to bywało do tej pory. Książka zaczyna się w sposób o 180 stopni odwrócony, w sposób beztroski, kojący i niemal romantyczny. To mnie wybiło z równowagi, i w momencie, w którym zdałam sobie z tego sprawę, wybuchło prawdziwe piekło. Poczciwa C.J. wróciła i znowu namieszała.

Jednak nie wszystko poszło idealnie. Nie jestem zwolennikiem wątków romantycznych, które w powieści odgrywają tak istotną rolę jak tutaj, przyćmiewając inne ważne problemy. Do pierwszych dwóch części problem ten traktowałam pobieżnie, z przymknięciem oka, ale teraz, gdy czytam czwartą część i uświadamiam sobie, że bohaterka nadal coś czuje do tego drugiego, mam ochotę nią potrząsnąć. Co najmniej. Rozumiem, że ma skomplikowane życie towarzyskie, ale ciągnięcie tego samego do czwartej części i wałkowanie tych samych rozterek staje się irytujące. Oczywiście nie wszystko było złe. Bohaterka ostatecznie podjęła decyzję – według mnie słuszną, – choć mam przeczucie, że może się ona jeszcze zmienić.  


"Miłość i nienawiść pod wieloma względami są do siebie bardzo podobne." (s. 364)

Przynajmniej jedną sprawę autorce rozstrzygnąć się udało. Szpieg grasujący w szkole, będący źródłem wszelkich napadów i kluczem do sukcesu Nathaniela rozstał złapany. Byłam zaskoczona, nie ukrywam. Jednak spodziewałam się wielkiego „bum”, ponieważ okazało się, że owemu szpiegowi autorka niewiele poświęciła czasu w poprzednich tomach, więc z czytelnikiem jakoś wyjątkowo związany nie był. Gdyby była to osoba nam bliska, decyzja autorki wywołałaby moje wzburzenie, natomiast dostałam porcję zobojętniałych uczuć i lekkiej konsternacji.

Pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie wątek Christophera, brata Allie. Zaintrygował mnie swoimi motywami i zachowaniem. Wyjawił też własne opinie na różne tematy, co jeszcze bardziej przyciągnęło moją uwagę i zaniepokoiło. "Co on wyprawia?".  Pokazał się z zupełnie innej strony, z dobrej strony. Ale czy to było tylko przyciągnięcie uwagi Allie, czy jego faktyczna metamorfoza?

W ten oto sposób dobrnęliśmy do punktu kulminacyjnego. Do zakończenia, które wbiło mnie w fotel. Które znowu mną potrząsnęło, chcąc oznajmić: „Halo! To przecież Daugherty, tu nie ma spania!”. Ostatnie kartki są na naprawdę na wysokim poziomie. Trzymają w napięciu, nie pozwalają o sobie zapomnieć, budują wybuchową, wręcz naładowaną niebezpieczeństwem sytuację. I co najlepsze – dramatyczną nie tylko dla bohaterów. „I co dalej?!”, nasuwa się na myśl. I w momencie, gdy przewracam kartkę z nadzieją na wyjaśnienia, widzę tylko Podziękowania.

C.J. Daugherty znowu nas nie zawiodła, ponieważ Zbuntowani to książka lepsza od Zagrożonych, lecz też taka, która nigdy nie dorówna Dziedzictwie, czy nawet Wybranym. Całość wydaje się lekko wyprana emocji, jednak to końcówka rekompensuje wszystko i zasługuje na ogromne owacje. Właśnie to wyrachowane zakończenie sprawia, że pomimo towarzyszących mi uczuć mieszanych, marzę by Endgame wpadło w moje ręce już teraz.  



Wybrani Dziedzictwo Zagrożeni | Zbuntowani | Niezłomni
Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.