31 mar 2015

Dlaczego kochamy baśnie?



Urodziłam się piętnaście lat temu, i dziwnie się czuję z myślą, że to był jeszcze wiek XX. Wiek XX jako liczba i technologia. I choć ciężko byłoby mi teraz żyć bez Internetu, życie dawniej uważam za pasmo rzeczy przyjemnych, chwil beztroskich i innych. Zdecydowanie innych. Bajkowych.

Naszym atrybutem dzieciństwa była baśń. Budowaliśmy razem kolorową otoczkę, odgradzającą od czynności normalnych, rutynowych i żyło nam się lepiej. Żyliśmy w społeczności, tak jak żyjemy teraz, tyle że nie internetowej, a społeczności baśniowej. Zamykaliśmy się w wyimaginowanej bańce mydlanej, braliśmy książkę do ręki i zatracaliśmy się w słodkich, podkoloryzowanych zakończeniach, wielkich królewskich ślubach. Dlaczego by nie robić tego i teraz?

Dlaczego kochamy baśnie?, jest według mnie pytaniem ponadczasowym, właśnie dzięki ponadczasowości czytanych przez nas baśni. Powodów do ich czytania mogłabym wymieniać w nieskończoność. W nawet najgorszy, najbardziej pechowy dzień, w piątek, albo nawet w poniedziałek taka baśń potrafi nieźle postawić na nogi. W każdej postaci, czy to filmowej, animowanej, czy też papierowej. Najgorsze właśnie jest codzienne zabieganie, i to właśnie ta forma posiada wyjątkową różdżkę i zupełnie jak Harry Potter, przywraca kolory naszemu życiu. Czy jest autentyczna? Nie. W prawdziwym życiu nie wszystko zawsze idzie tak, żeby wygrało dobro, nie zawsze ono okazuje się potężniejsze od zła. Nie każda kobieta odnajdzie swojego księcia na białym koniu, a jeśli tak, to pewnie w jakiejś Mazdzie czy Volkswagenie. Życie nie jest idealne, ale baśnie takie są i to napawa niezwykłą wiarą. W najprostszy na świecie sposób uczy by nie zejść na złą drogę, nie poddać się wpływowi niewłaściwych ludzi. Każda baśń ma niepowtarzalny morał i to dlatego je kochamy. Po prostu. Bo lubimy pomarzyć, bo fantastyki nie da się nie lubić. Bo kreują postacie niezwykle wyraziste i jednoznaczne. Bo fajnie jest odpłynąć na tę parę chwil i poddać się myślom beztroskim, o pałacach, balach i niekończących się przygodach.

Wszystkie piękne motywy baśni pojawiają się w „Akademii Dobra i Zła”, nadając jej klimat bajkowy, ale ponury także. Zachwycająca jest możliwość oparcia książki dla młodzieży na podstawach naszego dzieciństwa. To przez ten aspekt ta książka od pierwszych chwil wydaje się niesamowicie bliska naszemu sercu, naszym wymaganiom, spełniając warunek bajkowości, na którą mamy i zawsze mieliśmy ochotę czytać. Nie wiem czy zakończy się happy endem, to dopiero pierwszy tom, ale jednocześnie to książka wyjątkowo samodzielna i odbiegająca od tradycji, przed co nadal trzyma w napięciu i wyróżnia się swoją innością.

Podoba mi się pomysł książek, pomysł gier, seriali i filmów na postawie baśni. Cieszy mnie to, że szerzą się w zastraszającym tempie, przyciągając młodych, pełnych magicznej wyobraźni widzów i czytelników, oraz tych starszych, napawając masą pięknych wspomnień i nostalgią. Za sobą, jeśli chodzi o kino, mamy „Czarownicę”, mamy opowieść o Śnieżce w wykonaniu zarówno Lily Collins, jak i Kristen Stewart. Niedawno ukazała się premiera „Kopciuszka” – rewelacyjna i bardzo, bardzo bajkowa!, a wkrótce podziwiać będziemy Emmę Watson jako Bellę u boku Bestii.

Unowocześnianie baśni to piękna rzecz, piękna inicjatywa. Ponieważ przykro jest po prostu o nich zapomnieć, nie wypada nie znać historii „Jasia i Małgosi”, „Roszpunki” czy „Czerwonego Kapturka”. Czasami odbiegają one od znanego nam oryginału, ale sens i morał na zawsze pozostanie ten sam.
Warto zachwycać się baśniami, nawet jeśli są inne. I niech to będzie zachwyt przez wielkie Z, ponieważ zwyczajnie w świecie na to zasługują. 

Co sądzicie o pomysłach inspirowanych baśniami? I w ogóle, czy czytaliście, a może podczytujecie nadal - sobie, rodzeństwu i dzieciom, te najpopularniejsze i te mniej popularne baśnie?

Czytaj dalej

24 mar 2015

CSI: Kryminalne Zagadki Tucson


Życie bywa skomplikowane. Albo inaczej. Życie jest skomplikowane. Jeśli o tym nie wiesz, to znaczy, że albo nie wychodzisz z domu, albo nie oglądasz programów paradokumentalnych pokroju „Dlaczego ja?”, „Ukryta Prawda”, „Szkoła” i miliardy tysięcy innych badziewi, które sprawiają, że kanał telewizyjny czuje się lubiany, oglądany, na topie. Ku radości twórców i ku radości (części) widzów – seriale te się mnożą, ale w gruncie rzeczy i tak utkną kiedyś w naszej nieposegregowanej szufladce pamięci i nie będą przestroga żadną. To, co uważamy za „Boże! Jakie to okropne, następnym razem muszę uważać” uleci w nicość, a jedynym co pozostawi to ponura przestrzeń wypełniona przeczuciem, że czegoś tutaj brakuje.

Motyw odnalezionego rodzeństwa już kiedyś się tam pojawił. Bliźniaczego, pragnę dodać. Tam wydawało się to czymś niewyobrażalnym, czymś co prędzej czy później zakończy się happy endem, ale tutaj – w Tucson, wszystko wygląda inaczej. Bo co byście powiedzieli widząc filmik z osobą brutalnie duszoną, i w dodatku łudząco do Was podobną? Emma, główna bohaterka tej powieści, w końcu znalazła dziewczynę z nagrania sądząc, że to jej zaginiona siostra bliźniaczka, ale jedyne co odnalazła po niej w miasteczku, to echo śmierci i pełno tajemniczych zagadek, kłamstw i gróźb.

Kiedyś, w recenzji pierwszego tomu, opisywałam mój zachwyt nad książkami Sary Shepard. Bo zdecydowanie, jest się nad czym zachwycać. Autorka ta jest wyrachowana, wie, w którym momencie akcję uciąć, w którym przyspieszyć czy pozostawić czytelnika w niepewności. Uwielbiam Sarę Shepard. Z ręką na sercu przyznam – czytałam tylko jeden kryminał Agathy Christie, ale uwierzcie, bądź nie, Shepard pisze jak ona. Ich książki nie są grube, wystarczy około 270 stron, by sklecić zrozumiałą, spójną, a ponadto bezustannie trzymającą w napięciu powieść. Nie szczędzą akcji, to ona tu gra pierwsze skrzypce, a smyczkiem zdecydowanie jest język, jakim się posługują, prosty i przyjemny, który sprawia, że suniesz po fabule jak pingwin to lodowej tafli Oceanu Południowego. Uwielbiam!

Emma – główna bohaterka tej powieści wpakowała się w niezłe bagno. Co tu dużo gadać. W ramach śledztwa nad zaginięciem/śmiercią jej siostry bliźniaczki udaje ją samą, żyje jak ona, spotyka się z jej chłopakiem, kumpluje z koleżankami. Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że życie Sutton jest naprawdę pięknie. No, nie licząc wrednych i dwulicowych „przyjaciółek” wyjętych z amerykańskiego serialu, jednak Sutton ma to, czego Emmie brakuje. Rodzinę. Rodziców, siostrę, piękny dom, modne ubrania. O tym Emma mogła sobie tylko pomarzyć – ojca nie miała, a matka wyjechała na "wycieczkę", z której ostatecznie nigdy nie wróciła. Sara Shepard pięknie oddała ból młodej dziewczyny i jej smutne pragnienia. Świetnie wykreowała Emmę, która nie jest ani nieśmiałą myszką, ani zaborczą wojowniczą. I to mi się podoba. Emma jest niesamowicie zwyczajna i naturalna, ma własne obawy, ma plany i marzenia. Posiada wiele cech, którymi odmiennie różni się od tych typowych, amerykańskich nastolatek, w białych kozaczkach i torebkach od Chanel, tu mam na myśli Sutton i jej obstawę. Sara Shepard stała się lepszą nastolatką niż my wszyscy, którzy nimi jesteśmy.

Cieszę się niezmiernie – wątek miłosny cal po calu staje się bardziej miłosny, aniżeli udawany, jakiś sztywny albo sztuczny. W tamtym tomie bardzo mi go brakowało. Pozostawiał ziejącą pustką dziurę, do której miałam ochotę wskoczyć, momentami dość mając tych wiecznych zagadek. Tutaj miłym zaskoczeniem był właśnie on, jednak to nie w stylu Shepard tworzyć jest poukładane pary. Nie było go dużo, to nie romans, broń Boże, był niesamowicie subtelny, taki niewidoczny, zepchnięty na drugi plan, aczkolwiek taki, który buntuje się trochę, by dostać w końcu akapit dla siebie. To ten wątek miłosny trochę, a nawet bardzo, pokomplikował sprawy sercowe Emmy, co jeszcze bardziej pobudziło mój apetyt na kolejny tom. 

Z tego co pamiętam, jedyną wadą pierwszego tomu była przesadna ogólnikowość. Ślizganie się po temacie tylko po to, żeby zaraz zacząć pisać o czymś innym. Tutaj już tego nie było. Była solidna fabuła, z korzeniami i dobrym fundamentem. Jedynie martwi mnie fakt, że miała ona określony punkt A i B. Czyli: podejrzenie, które Emma kieruje w kierunku kogoś i ostateczne starcie. Tak rozpościerała się ta książka, w odróżnieniu od pierwszej, która była chaosem zagadek, ciągle dodawanych i z całkowicie innej beczki. Tutaj, można by rzec, była jedno podejrzenie, jeden nieustannie gnębiący koncept i miliardy zagadek właśnie skierowanych do niego. Ale czepiam się chyba, nie było przecież tak źle.

„Nigdy, Przenigdy” to drugi tom serii, w której zakochałam się od pierwszego przeczytanego rozdziału. To książka potwór, której niepozorna liczba stron, zapowiadać by mogła co najmniej ciekawą opowiastkę. Błąd. Ona zapowiada niekończące się śledztwo, kłębiące myśli, dochodzenia i podchody, które tak człowieka męczą, że ma ochotę tą książką trzasnąć porządnie, bo to co wymyśliła i to, jak poprowadziła całość Sara Shepard się w głowie nie mieści i na samą myśl o tym mam ochotę skoczyć z klifu. Ta seria jest szalona, choć brakuje w niej dziwnych istot, nie znajdziemy tam Kapelusznika ani nikogo nadzwyczajnego. Jest świetna, bo potrafi uzmysłowić, jak niebezpieczne są osoby z naszego środowiska, udowadnia, że nie każdemu można całkowicie zaufać i to, że każdy ma jakieś mroczne sekrety.


"Czasem bowiem ci, których najmniej podejrzewamy, mogą stanowić dla nas największe zagrożenie."

Gra w Kłamstwa | Nigdy, Przenigdy | Pozory Mylą | Kłamstwo Doskonałe
Czytaj dalej

22 mar 2015

Mam problem




... czytelniczy, rzecz jasna. I to nie jeden.

Po całym tygodniu ciężkiej pracy umysłowej mój limit ilości aktywnych aksonów nagiął się, i to konkretnie, dlatego też z zapamiętaniem oddaję się najbardziej uprzywilejowanej czynności mego życia ­­– czytaniu. Jednak nie wszystko jest takie kolorowe i recenzji nie będzie z dwóch, już oklepanych częściowo powodów. Raz, nie mogę się wkręcić w „Morze Potworów”. Dwa, na sam widok tej książki odechciewa mi się żyć. Więc to właśnie o problemach czytelniczych, znanych nam zdecydowanie za dobrze, sprawiających, że nasz książkowy zapał więdnie w mgnieniu oka, podyskutujemy sobie dziś, w tę piękną dyskusyjną niedzielę.

1. Masz 20 tys. książek do przeczytania. Jak decydujesz co przeczytasz jako pierwsze?
Wyznaczam sobie książki, które prawdopodobnie okażą się najlepsze, o których jest najgłośniej, i które zbierają najlepsze noty. Drugim stosem będą te, po których nie wiem czego mogę się spodziewać, pewnie jakieś filozoficzne, thrillery, może coś Kinga. I przeplatam na przemian kolejność książek, jakaś lekka młodzieżówka, po niej coś wymagającego ruszenia łbem, następnie romans, potem coś wojennego. W ten sposób przebrnę przez te perełki i niewiadome, nie odkładających tych drugich na bok, i zostawiając te lepsze na kiedy indziej.

2. Jesteś w połowie książki i stwierdzasz, że kompletnie Ci się nie podoba. Kontynuujesz ją, czy przerywasz?
Raczej zawsze staram się zakończyć książkę, bo gdybym tego nie zrobiła, jak mogłabym z czystym sumieniem komuś ją odradzić, ocenić, osądzić? Końcówki często zaskakują, dlatego staram się czytać do końca, nawet jeśli moje „czytanie” porównywalne jest to przerzucania kartek, muskania wzrokiem samych dialogów.

3. Kiedy zbliża się koniec roku, a Tobie pozostało kilka(naście) książek do zakończenia jakiegoś wyzwania. Czy starasz się je jak najszybciej nadrobić?
Raczej tak. Jestem raczej osobą maksymalnie zdeterminowaną – jeśli coś postanowię, ma to być zrobione idealnie, przebijając moje poprzednie wyniki. (Tak tylko mówię, jakby kogoś kiedyś naszła ochota o napisanie mojej biografii.) Wygrzebałabym pewnie jakieś cienkie książki, na przykład o Sherlocku, którego nie tknęłam od roku. Chyba, że chodzi o wyzwanie „Przeczytam tyle, ile mam wzrostu”, z tym nie byłoby już tak łatwo.

4. Okładki serii, którą kochasz w ogóle do siebie nie pasują. Jak sobie z tym radzisz?
Wcale. Stare okładki „Darów Anioła” i „Diabelskich Maszyn” były najlepszym tego przykładem, ale co ja, przeciętny Kowalski, mam do powiedzenia? Czasami wydawnictwa tworzą rankingi, głosowania, i to jest fajne. Ale nie będę się wykłócała jeśli okładka mi się nie spodoba, nie będę rzucała jakimiś bluzgami w stronę wydawnictwa, bo grafik też człowiek, budżet wydawnictwa ma znaczny wpływ na szatę graficzną. Okładki to akurat najmniejszy problem, książki nie stoją na półce po to, żeby ładnie wyglądały, czyż nie?

5. Wszyscy kochają książkę, której nienawidzisz. Z kim dzielisz się swoimi uczuciami?
Szukam jakiś fanficków, fanowskich fajpejdżów. Na pewno jest ktoś, o kim można by popisać na ten temat. Internet jest wielki.

6. Czytasz publicznie książkę i nagle zaczynasz płakać. Jak sobie z tym radzisz?
Nijak. Płakać sobie publicznie nie wolno? :D Wyciągam paczkę chusteczek, by jeszcze bardziej zobrazować moją rozpacz, głośno w nie dmucham, spoglądam ukradkiem zdesperowanym wzrokiem na przechodniów/pasażerów. Efekt byłby lepszy, gdybym używała specyfików pokroju eyeliner, tusz, cienie, czy inne wynalazki. Może to wszystko skłoniłoby ludzi do zastanowienia się nad literaturą i nad emocjami, które ona wywołuje.

7. Kontynuacja książki, którą kochasz właśnie pojawiła się na rynku, ale ty nie pamiętasz zbyt dużo z poprzednich tomów. Co robisz? Przeczytasz jeszcze raz wszystkie tomy?
Nie stanowi to dla mnie żadnego problemu. Takie „Miasto Szkła” przeczytam w tym miesiącu szósty raz, tylko po to, żeby go na nowo zrecenzować i przypomnieć fabułę, przed właśnie tomem zamykającym serię, którego nie czytałam. Co innego, jeśli seria tak jak „Zwiadowcy” na przykład, liczy sobie około jedenastu tomów, a ja nie mam do nich łatwego dostępu. Wtedy czytam opisy fabuły na Wikipedii.

8. Nie chcesz nikomu pożyczać swoich książek. Jak grzecznie odpowiesz osobom, które Cię o to proszą?
Że łączy nas telepatyczna nić, w związku z czym, mam dla niej ogromny sentyment.

9. Czytelnicze A.D.D. Zacząłeś i odłożyłeś w tym miesiącu pięć książek. Jak radzisz sobie z czytelniczym zastojem?
Na blogu – robię przeróżne tagi, zapychacze, podsumowania.
Mentalnie – kupię książkę, którą od dawna miałam ochotę przeczytać, ale nie było ku temu okazji. Kupowanie książek to piękniejsza czynność od ich czytania, tak myślę. A poza tym, nadrabiam seriale – mój skromny, codzienny rytuał.

10. Ciągle wychodzą nowe książki, a ty bardzo chcesz je przeczytać. Ile tak naprawdę kupujesz?
Szczerze? Raz na jakiś czas zaszaleję i kupię sobie góra osiem książek za jednym zamachem. Reszta to wygrane w konkursach, szczęśliwie upolowane książki w marketach, albo wybłagane na prezent dwa miesiące przed moimi urodzinami, na przykład. Kupuję więc te najbardziej przeze mnie pożądane, nie mogę pozwolić sobie na zakup każdej nowości, bo inaczej poszłabym z torbami.

11. Po tym jak kupisz nowe książki, które bardzo chciałeś przeczytać, jak długo leżą na twojej półce zanim się za nie zabierzesz.
To zależy jak bardzo chciałam je przeczytać. Dobrze wiemy, że jest kilka stopni jak. Siłą rzeczy – niektóre mogą przeleżeć dwa lata, inne w trakcie tego czasu mogą zostać przeczytane już parę razy. Dlatego układam sobie stosiki, brutalnie mieszając gatunki, starając się, by każda miała mniej, lub bardziej pozytywną opinię, i wciskam je sobie na siłę. Zero skrupułów. Mam – muszę przeczytać.

Teoretycznie powinnam kogoś nominować, ale z racji tego, że i ja trochę perfidnie sobie ten tag przywłaszczyłam, pozostawiam Wam wolną rękę. 


Jakie są Wasze czytelnicze problemy?
Czytaj dalej

18 mar 2015

"Wiosna 1941"


Była sobie książka. Niegruba, acz wystarczająco obszerna by oddać strach i ludzkie cierpienie. Nierozumiana lub być może, nie chcąca być zrozumianą. Pełna niedopowiedzeń, ukrytych przesłań, odnośników, pułapek. Smutna, w niektórych momentach frustrująco bolesna. Której stronice powoli żółknąć zaczęły, od delikatnego dotyku palców ludzi w każdym wieku. Ludzi, którzy z chęcią przemierzali rozdziały, w poszukiwaniu siły, chcąc zatrzymać  się, podumać troszeczkę, wrócić do czasów, kiedy życie nie było takie kolorowe. To była bardzo piękna książka.

Jej autorka – Ida Fink, zupełnie zaczarowała mnie opowiadaniem, który pojawił się w pewnym podręczniku do języka polskiego. Przeczytałam raz, przeczytałam drugi. Przeczytałam mamie, zinterpretowałam tacie, kazałam czytać mojej ośmioletniej siostrze, która zrozumiała zapewne z niego tyle co nic. Ale to nie ważne, bo dzięki niemu znalazłam tę cudowną powieść.

„Wiosna 1941” to książka nietuzinkowa. Jest zbiorem opowiadań o Holocauście, przesiąkniętym niemal namacalną wrażliwością. Opisy są schludne, dialogi estetyczne. Całość jest lakoniczna, napisana z godną pozazdroszczenia prostotą, z nutą poetyzmu. Ida Fink patrzy na eksterminację oczami ofiar i tych, którzy „ocaleli do następnego razu”. W jej opowiadaniach nie ma szczególnego lania wody, są krótkie, ale skupiające się na szczegółach, dokładne, budujące świetną, nastrojową atmosferę. Ida Fink urzekła mnie zdolnością władania piórem i tym, z jaką zgrabnością to robi, jak celnie nakreśla obrazy, skryte z zakamarkach duszy wątpliwości i niepokój, jak brutalnie urywa rozdziały i pozostawia w ciągnącej się niewiedzy.

Ida Fink urodziła się w jednym z ukraińskich miast, niegdyś jeszcze na terenie Rzeczpospolitej, w 1921 roku w rodzinie żydowskiej. Po ataku III Rzeszy na Związek Radziecki w 1941, trafiła wraz z rodzicami i siostrą do getta. W 1942 obie uciekły i do wyzwolenia ukrywały się po aryjskiej stronie. Po zakończeniu wojny zamieszkała w Izraelu, a w 2008 roku, 3 lata przed śmiercią, otrzymała Izraelską Nagrodę Literacką.

Opowiadania są ciekawą formą literacką. Te tutaj, momentami mają po dziesięć stron. Dziesięć stron, by udowodnić cały swój pisarski kunszt. By stworzyć bohatera z duszą, jego otoczenie, charakter, upodobania. By perfekcyjnie skończyć rozdział, a wraz z nim, historię postaci, która w dwojaki sposób znaleźć może ujście. Żyć może dalej w naszych głowach, lub umrzeć tragicznie wraz z bohaterem.

Z racji tego, że dużo jeżdżę autobusem, mam nawyk dzielić książki na te nadające się do czytania w komunikacji miejskiej i te, które karygodnie wnosić tam nie wolno. „Wiosnę 1941” polecam czytać w osamotnieniu, w ciszy. Najlepiej na głos, mimo, że tego nie lubimy. Jeden z lepszych cytatów odnoście czytania i czytania na głos brzmiał mniej, więcej tak:

„Czytanie na głos dotyka fizyczności słów. Czytanie przeponą i płucami, językiem i wargami jest inne niż czytanie tylko oczami. Słowa nie są już tylko słowami. Stają się oddechem i umysłem, i może nawet duszą, osoby, która czyta.”
Verlyn Klinkenborg, pisarz i redaktor „New York Timesa” ujął coś, co podczas tak trudnych lektur jest najpiękniejsze. Czytanie na głos z dwukrotną siłą uderza w nasze szare komórki, i mimo zmęczenia, mimo tego, że obok pali się i wali, w połączeniu z przecudownym językiem Idy Fink, oddziałuje lepiej, bardziej. Przy lekturze tej książki nie można nie dostać gęsiej skórki czy dreszczy. Nie, nie wchodzimy do obozu, nie wgłębiamy się w historię Holocaustu. Tym razem siedzimy w głowie jednego, drugiego, trzeciego bohatera, który musi uciekać, który wydaje Niemcom własną nauczycielkę, który znalazł kryjówkę wraz z rodzeństwem lub został uwięziony i właśnie obserwuje wygłupy czy makabryczne żarty kolegów z celi. Ta książka stworzona jest wręcz do celebrowania na głos by, podkreślę raz jeszcze, z dwukrotną siłą ją przeżywać.

„Wiosna 1941” to jedna z książek, których ja nie zapomnę. I Wy, jeśli tylko po nią sięgniecie. Język autorki jest niesamowity. Dosadny, lakoniczny, wrażliwie ujmujący los bohaterów, kruchy jak szkło. Pozwala dobrze nakreślić świat, pozostawiając go bez złudzeń, obnażonego i bezbronnego. To książka o Holocauście i nie, ponieważ autorka nigdy nie użyła tego słowa, ale ono tli się gdzieś pomiędzy czytelnikiem, szturcha i przypomina o swoim istnieniu. To trudna książka, nie można ją tylko przeczytać. Ją trzeba przeżyć i przeanalizować, co w niektórych wypadkach jest tak odmienne jak analiza poezji. Dlaczego radzę konsumować ją bez pośpiechu, delektując się każdym słowem, bo rozdziały, przede wszystkim ich zakończenia potrafią nieźle wyprowadzić z równowagi i wprawić w niezwykły stan odrętwienia.

"Powiesili go na czereśniowej gałęzi, po czym odjechali motocyklem, lżejsi o jeszcze jedną śmierć."
Czytaj dalej

14 mar 2015

Przyszłość pod eterowym niebem ("Przez Burze Ognia")




Nie mam zielonego pojęcia, kiedy autorzy zrozumieją, że powielanie "wcale-nie-wytartych" schematów w powieściach nie jest interesujące. A szczególnie w antyutopiach, które są książkowym gatunkiem mej młodości. Szczerze ubolewam nad tym, że tak niewiele jest pozycji, które całkowicie różną się światem wykreowanym, a pomysł nie jest totalnie zerżnięty ze sławnych trylogii. Z niemal pożerającą od wewnątrz ciekawością kupiłam więc „Przez Burze Ognia”, która wydawać się mogło, jest lekturą nadzwyczaj oryginalną, całkowicie inną i w ogóle całą naj. A potem fala dystopijnego o-kurcze-gdzie-to-było jak kubeł zimnej wody podziałała na mój zahipnotyzowany zapachem stron umysł i zrozumiałam, że ta książka to jednak jedno wielkie déjà vu.

Mam przyjemność moi mili, przedstawić Wam świat pełen podziałów. Aria żyje w rozwiniętym technologicznie środowisku, odseparowanym od dziczy wielką kopułą – skądś znam ten ciekawy motyw. Jej społeczeństwo, czyli Osadnicy prowadzą sielskie życie. W zakresie własnych możliwości laboratoria edytując ludzkie DNA pozbyły się takich paskudztw jak odwaga, strach, smutek. Ponadto w geny noworodków zaczęto zaszczepiać talenty przez ich rodziców nigdy nie zdobyte, marzenia, przez nich niezrealizowane, i wymarzony wygląd – wszystko oczywiście, jeśli ma się odpowiednie znajomości. Każdy Osadnik posiada Wizjer, taką nakładę na oko, która pozwala mu dryfować po Sferach, o jakich się filozofom nie śniło, fizycznie pozostając w domu. Sfera Średniowiecza dla pasjonatów turniejów rycerskich, a Baroku, dla zafascynowanych sztuką. Ciekawe, czy istnieje Sfera Czekolady.

Perry jest Wykluczonym. Myśl o rywalizacji z bratem o tytuł Wodza Krwi nie jest dla niego kolorową alternatywą, dlatego walczy o przetrwanie w brutalnym świecie plemiennych wojen, kanibali i eterowych burz. Cechą charakterystyczną ludzi takich jak on, są ponadprzeciętnie wyostrzone zmysły, kolory oczu najróżniejszych barw i zaostrzone kły. Tylko Aria będzie w stanie pomóc odkupić jego winy, i tylko Perry może uratować życie dziewczyny.

Zjawiskowa, imponująca, znakomita. Monumentalna – mogłabym rzec. Ale nie rzeknę. Żadna sprzed chwilą wymienionych cech nie jest trafna, ba, nie mogłaby być trafna, bo nijak ma się to tej książki. Mimo, że nie jest ona najgorsza. Jest znośna, całkiem w porządku, a to wszystko dlatego, że autorka postanowiła nie wyjść na złodziejkę pomysłów (prawie jej się udało) i dodać coś od siebie. Uraczyła nas burzami eterowymi, Wizjerami, wykreowaniem naprawdę ciekawej rzeczywistości. Ciekawej, ale wciągającej na pewno nie. Z tą książką było jak z taflą lodu. Próbowałam się przebić do wody, wbić do świata Arii i Perry’ego, chciałam poczuć to, co czuli oni, tak samo myśleć, to samo robić. Ale nieważne jak mocno się starałam, efekt był całkowicie odwrotny. Im bardziej się wkręcałam, tym większe czekało mnie rozczarowanie, bo spodziewałam się czegoś innego… lepszego.

Język autorki również nie był zbyt pomocny. Mimo, że opisy miały się całkiem dobrze, dialogi kulały, dając jedynie poczucie nienaturalności i wymuszonego zainteresowania podczas rozmowy, którego tak bardzo nie lubię. Szczególnie podczas rozmów Arii i Perry’ego, którzy powinni zachowywać się wobec siebie naturalnie, a nie… dziwnie.

No właśnie! Powielone schematy i niczym niewyróżniający się język to jedno, a przewidujący wątek romantyczny to drugie. Podzielenie rozdziałów na te z perspektywy Arii i Perry’ego może i byłoby dobrym pomysłem, ale w tym wypadku to głupota, czytelnik od razu wie, że w końcu muszą się spotkać, zakochać się i dzielić zakazaną miłością. Na miejscu autorki wmieszałabym jeszcze jakąś osobę jako narratora, żeby losy Arii i Perry’ego nie były tak do bólu przewidujące. Ich relacje uważam za niesamowicie infantylne, sztuczne i śmieszne, szczególnie w momentach, kiedy uciekają przed sobą jak małe dzieci, trzymają na dystans, ale jednocześnie cały czas o sobie myślą i ukradkowo obserwują.

Jestem niesamowicie rozczarowana. Boli mnie każdy minus tej książki, jakby była to moja powieść, jakbym była za nią odpowiedzialna. „Przez Burze Ognia” jest książką wytartą z wszelkich emocji, nie wzbudza satysfakcji, nie wywołuje smutku, ani rumieńców na twarzy. Jest najbardziej przeciętną i być może najsłabszą książką dystopijną, bo to w gruncie rzeczy do nich najbardziej się zalicza. Nie wierzę okładce i jej „świecie pełnym niebezpieczeństw, okrucieństwa i piękna, niczym z najlepszych powieści fantasy i science fiction.” Naiwność ogarnia każdą kartkę, bohaterowie są niezwykle powierzchowni i irytujący, a fabuła jest niezwykle streszczona i ograniczona czasami nawet do tego stopnia, że zastanawiam się, czy nie nastąpił przypadkiem błąd w druku, a ja nie przegapiłam którejś ze stron. Odradzam osobom, które dość mają schematycznej konstrukcji w powieści, nudnego wątku miłosnego i dłużącej się akcji, potraktowanej „po łebkach” i całkowicie niekompletnie.


Przez Burze Ognia | Przez Bezmiar Nocy | Wielki Błękit 
Czytaj dalej

11 mar 2015

Weź głęboki oddech i zanurz się ("Morze Spokoju")



Światło jest ludzkim wyznacznikiem bezpieczeństwa. Gdy zapada zmrok my, ludzie – istoty kuriozalnie dziwaczne, myśląc, że wraz z nadejściem ciemności nadchodzi niebezpieczeństwo, chowamy się we własnych ciepłych i przytulnych dziuplach by przeczekać nieuniknione. To dziwnie, bo przecież podczas dnia jesteśmy tak samo obnażeni, bezbronni i w potencjalnie większym zasięgu wzroku, niż nocą. Warto zatem pamiętać, że słońce nie chroni nas przed najgorszym, a daje jedynie złudne uczucia bezpieczeństwa.

Nastyę słońce również nie ochroniło. Josha także. Oboje naznaczeni są piętnem brutalnego świata, skalani brudem rzeczywistości obdartej z nadziei, pragnień i marzeń. Zdecydowanie różnią się od innych nastolatków, diametralnie przewyższają ich wszystkim począwszy od inteligencji, po dojrzałość i świadomość, że życie nie jest bajką i nigdy nią się nie stanie. Josh Bennett jest samotnikiem. Pewien nieciekawy impuls w jego życiu sprawia, że jego ukochane osoby go opuściły, przez co przeszedł przez swego rodzaju kurs dorosłości, którego on, chcąc nie chcąc, musiał zdać. By przeżyć. W szkole zaś pojawia się nowa uczennica – Nastya Kashnikov, która jakoś specjalnie nie stroni od materiału, który pokrywa jej ciało. Kuse spódniczki, bluzki z szerokimi dekoltami, mocny makijaż i wysokie szpilki. To wszystko sprawia, że od razu staje się obiektem nadzwyczajnym, ale jeszcze bardziej takim się okazuje, gdy dowiadujemy się, że prócz ubrań, nie stroni również od… słów. Jest niema.

Jednak co się stanie gdy ich drogi się skrzyżują? Czy mimo nękających ich demonów przeszłości, niezabliźnionych jeszcze ran i niegasnącego lęku, zdołają znaleźć wspólny język?

Kurde. Kocham tę książkę. Samo słowo „kocham” w tym wypadku nawet nie chce mi przejść przez gardło. Bo nie mogę oddychać. Bo tonę. W Morzu Spokoju. Ono mnie przeraża i fascynuje, a ja uległam wstępując do niego małymi kroczkami, delektując się wyśmienitą historią, nieszablonowymi bohaterami, oryginalnością i Bóg wie jeszcze czym. Potem uświadomiłam sobie, że zwykle nie czytam NA czy YA, co ja tu w ogóle robię itd., ale było już za późno. Porwał mnie wir, a haust powietrza stał się nagle najwyższym priorytetem, bo jestem w klatce, jestem uwięziona pod szklaną taflą, nie umiem pływać, a oni mnie trzymają, śmieją się, drwią. Bo ta książka to arcymistrzowstwo świata. A ja ją kocham i nienawidzę jednocześnie.

Kiedy czytam Morze Spokoju czuję się jakbym żyła w świecie nie pozostawiającym złudzeń, tak realnym, że aż boli. Czasami, gdy czytam książkę, czuję pewną sztywność, nienaturalność emanującą od bohaterów. Też tak macie? To tak jakby któraś z bohaterek miałaby powiedzieć: „Uważam, że ta sukienka układa się całkiem nienagannie!”. W wersji Katji Millay brzmiałoby to co najmniej „Zajebiście leży!” To mnie rozwala na łopatki. To, że wszystko, całe otoczenie i bohaterowie są tacy realni, wyjęci z życia każdego z nas. Spójrzmy prawdzie w oczy, właśnie tak wygląda rzeczywistość nastolatków, ich codzienność, styl bycia i język. A tego tu nie brakuje, wulgaryzmy podkręcają wiarygodność świata wykreowanego, a autorka na nowo stając się nastolatką, fachowo wychwyciła wszelkie niuanse beztroskiego życia i wyrazy ze slangu, którego nie znam nawet ja, nastolatka, a amerykański młodociany używa aż zanadto.

Bohumil Hrabal powiedział kiedyś tak:

„Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych.”
Tak właśnie czuję się czytając każdą stronę, każdy akapit, każdą linijkę, a w końcu każde słowo. Pięknie, Katja Millay pisze pięknie, pisze tak jak ja chciałabym pisać. Pisze tak, że kartki przewracają się z prędkością światła, że ślinka mi cieknie, w brzuchu wszystko się skręca, mimo, że nawet w tym momencie nie dzieje się żadna porywająca akcja. Katja Millay pisze tak poetycko, tak obrazowo, a zarazem tak dokładnie odzwierciedla istotne rzeczy jak ból, jak tęsknota, nieodparta potrzeba komunikacji, miłości, życia, że jest mi żal bohaterów i tego, że te szczere opisy pozbawiły ich resztek godności.

Wkurzę się, jeśli ktokolwiek nazwie to „kolejnym romansidłem”. Bo ta książka nijak ma się do romansu, jest najbardziej złożoną, psychologiczną stertą doświadczeń, na które stać może w ogóle osiemnastoletnich bohaterów. Szukałam dziury w całym, doszukiwałam się czegoś, jakiegoś ukrytego przesłania, dwuznacznego zachowania. Nie mogłam pozbyć jej się z myśli! Hipnotyzująca historia, która postanowiła mi towarzyszyć w najbardziej przyziemnych czynnościach jak sprzątanie, konsumpcja posiłków a nawet kąpiel. Jej problematyka, delikatność i subtelność, na zmianę mieszana z goryczą i kąśliwością uczepiła się mnie jak rzep, a teraz jak korzeń ulokowała się głęboko, z masywnymi fundamentami w moim słabym sercu, które, jak głosi okładka, (notabene obrzydliwie wampirza i odrzucająca), „złamie ci serce i sklei je na nowo.” Otóż nie skleiła, wredna niszczycielka. Złamać też nie złamała, co najwyżej pogruchotać, cal po calu, zmielić i zmiksować, o! tak bym to ujęła. Ale who cares?  Takiego serca nawet najlepszy kardiolog skleić nie może.

Morze Spokoju wcale nie jest spokojem. Wcale nie jest niewinną ciszą, delikatnym pomrukiem kota, znajomym buczeniem komputera, czy szelestem przewracanych stron. Jest Armagedonem, który plądruje serca, który niszczy i razem z sobą zabiera wszelkie dobro, wszelką moralność i roztkliwienie. A pozostawia? Morze chaosu i bólu, w którym utopimy się, nawet jeśli mamy medal olimpijski. Ściągnie nas na dół i pozostawi samemu sobie, żeby pomyśleć, filozofować, pobyć.

Morze Spokoju jest darem i przekleństwem jednocześnie, którego ja nie potrafię przydzielić do określonej grupy, a który waha się gdzieś pomiędzy nimi, błąkając ślepo w nicości, które polecam każdej istocie ludzkiej, bądź nieludzkiej, mniejsza o to. Sami zdecydujcie do której grupy się zaliczacie, ale prędko, bo drugiej takiej powieści nie znajdziecie. 

Czytaj dalej

9 mar 2015

"Teen Wolf", czyli nie wiem co biorą reżyserowie, ale niech biorą tego mniej


Dawno, dawno temu, w czasach, gdy słowiańskie vulcolaca, greckie vrykolokas, czy wreszcie polski wilkołak, wywodzący się od zrekonstruowanego indoeuropejskiego wlkwos, wzbudzał w ludziach strach, działy się rzeczy przedziwne. Opowieści o stworach tych, skutecznie spędzały ludziom sen z powiek, a ich mordercze i krwawe oblicza niosły się magią przekazu ustnego na koniec świata i jeszcze dalej. Jednak wszystko ewoluuje. Oswoiliśmy te bestie, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Sztuka, kinematografia i przede wszystkim literatura sprawiły, że słynący ze straszenia nim dzieci – vulcolaca, zwyczajnie został oswojony. Ale nie tylko. Sami sprezentowaliśmy mu, jak i któremuś z potomków Draculi, modne ubrania, drogie iPhony, aroganckie ego i możliwość cywilizowanego życia czy edukacji. Zginął morderczy szał, ustępując przystojnym wilczkom, którzy problemy mają równie przyziemne jak każdy inny ludzki nastolatek.

I z pełną świadomością tego wszystkiego zaczęłam oglądać popularny serial „Teen Wolf”. Już sama nazwa sprawia, że wiemy, z czym mamy do czynienia. Bo czy samo wolf, nie powinno być przestrogą dla tych, którzy momentami mają dość paranormali? Z drugiej strony dobry chwyt dla zwolenników tego gatunku. Ja osobiście nie dumałam nad nazwą przed rozpoczęciem seansu, bo w ostatecznym rozrachunku, teraz, bo 3 sezonach, śmiem twierdzić, że to nie jest paranormal romance. To dobry thriller, czasami podchodzący pod horror, to świetny dramat, wyciskacz łez, maszyna do skręcania kiszek. To czysto psychologiczna kupa wszystkiego.



Scott McCall nie chciał być wilkołakiem. Może i nie lubił swojego życia, to fakt, ale żeby stać się nagle bezdusznym mięsożercą? Chodził do szkoły, miał najlepszego kumpla Stilesa, powoli wciskał się w szranki szkolnej drużyny larcrosse’a. Był nikim. Tak powiedział w którymś z odcinków drugiego sezonu. Był nikim, a potem stał się czymś i wszystko zaczęło się zmieniać i komplikować. Szczególnie wtedy, gdy okazało się, że ojciec jego dziewczyny jest łowcą i istnieje prawdopodobieństwo, że zaraz odetnie mu głowę….

Postacie są i ich nie ma. Odchodzą, wyjeżdżają, nie wytrzymują, chcą odetchnąć. Ale jeśli je mamy to są najbardziej powszechnymi standardami: przyjaciel-błazen, który zawsze potrafi rozładować napięcie, przystojny kapitan drużyny, dorosły wilkołak, kompan i nauczyciel wilkołactwa oraz dziewczyna, o uśpionych jeszcze zdolnościach. To wszystko znamy bardzo dobrze, gdyby nie pewien fakt, że z biegiem czasu los odwróci i ich karty, a wtedy, nie chcąc Wam przekazać za dużo, staną się najbardziej nieszablonowymi postaciami jakie istnieją.

Jak już wspomniałam – to nie paranormal. Owszem, obracamy się w gronie wilkołaków, ale tych o swojej pierwotnej, normalnej, można by rzec naturze. Ten serial to kumulująca się sterta zagadek, miks wszelkich kultur, potworów i mitów. Lubisz mitologię celtycką? Spoko, zaraz znajdziemy dla Ciebie jakiegoś potworka. A co sądzisz o składaniu ofiar? Tak dla zabawy, tak, żeby pognębić trochę biednego widza, a co. Reżyser zadbał również o świetne tło zdarzeń. Odcinek z psychiatrykiem był genialny, ten z nawiedzonym hotelem jeszcze lepszy, a dodatki w formie retrospekcji tylko zwiększyły hołd, który oddaję temu serialowi. Sprawił, że widz cierpi, że jego łzy mieszają się ze śmiechem, a w bólu występować będą przebłyski dorosłego zrozumienia. Taki był ten serial. Bezlitosny i niesamowicie genialny.



Pierwszy sezon – najsłabszy. Efekty, łagodnie mówiąc, nie powalają, wilkołak wygląda jak pluszowy miś z czerwonymi oczkami, ale na to można przymknąć oko, początki są trudne, budżet jest mały. Pod pewnym względem ten serial to niesamowity kontrast, ogromna różność. Po pierwszym sezonie widać było, że ma się do czynienia z czystym beniaminkiem. Nie tylko chodzi o efekty, ale o ujęcia, muzykę, niewonność. Niewinność, tak. Z każdym kolejnym sezonem „Teen Wolf” traci na humorze, a przecież to wypowiedzi zawsze w najmniej odpowiednim momencie, sprawiały, że ten serial oglądało się tak przyjemnie. W kolejnych sezonach sytuacja trochę się zmienia, a raczej zmienia się diametralnie, na lepsze, i na gorsze, ale głównie to pierwsze. Bohaterowie dorastają, coraz bardziej zdają sobie sprawę z konsekwencji i niebezpieczeństwa, co sprawia, że atmosfera nie jest już tak żartobliwa, jest duszno od niepokoju, prawie jak na rzeźni. Muzyka, ach! Geniusz sam w sobie. Ujęcia, POMYSŁ!, zgrabne zaplatanie konfliktów i dodawanie odpowiednich wątków tak, by widz nigdy się nie nudził. "Teen Wolf" to serial z ogromnym potencjałem, który z odcinka na odcinek zostaje coraz bardziej wykorzystany.

Parę dni temu skończyłam trzeci sezon, który przez wielu internautów uznawany jest za najlepszy. Czy się zgodzę? Zdecydowanie najlepszy jest ten trzeci, więc warto, naprawdę warto przebić się przez ten pierwszy, najbardziej lekki, romantyczny i nieskomplikowany. Warto przebrnąć przez tę parę odcinków, by potem wzruszać się, zakochiwać i nienawidzić. Bo jest tego warty, zdecydowanie polecam. „Teen Wolf” jak każdy inny serial powinien być dobrym zabójcą czasu, lecz poza tym zabił moją świadomość, że wilkołaki nie równają się wampiryzmowi, są nudne, wyświechtane, a mitologie i pradawne legendy zwyczajnie nudne. Nie są, uwierzcie mi.



Na koniec mam dla perełki dla niezdecydowanych, które znalazłam pod danymi odcinkami. 
Miłego oglądania!


"O jezus maryja! Nie wiem co biorą reżyserowie tego serialu, ale niech biorą mniej" Tanoshiku
 "Jeju, ale się zestresowałam na tym odcinku XD Obrót wydarzeń jest tak zaskakujący... WOW!" Nahira
"Za każdym razem obiecuję sobie: tylko jeden odcinek. Zawsze, ZAWSZE kończę oglądać nad ranem. To jakiś żart? Nienawidzeeeeeeeeeee. PS kocham Isaac'a!"  paulix3



Znacie, słyszeliście bądź oglądaliście kiedyś "Teen Wolf"? A może śledzicie losy innego serialu?

Czytaj dalej

6 mar 2015

Droga do nieba nie była łatwa ("Miasto Szkła")



Książki Cassandry Clare to nie tyle książki wyjątkowe, a sentymentalne. Przynajmniej dla mnie. Jeśli wpadacie tu dość regularnie, pewnie nie umknęło Waszej uwadze moje zamiłowanie do powieści spod pióra tej amerykańskiej autorki, które czytać bym mogła z boskim namaszczeniem po parę razy. Gdyby kazano mi napisać w punktach plan zdarzeń wybranego rozdziału z „Miasta Szkła”, wypisałabym od razu bezokoliczniki zdań dotyczące nie jednego, a wszystkich rozdziałów. Co z tego, że wysłaliby mnie do psychiatry? Co z tego, że każdy jasnowłosy chłopak spotkany gdziekolwiek to Jace, a każda rudowłosa dziewczyna w moich oczach automatycznie staje się Clary? Co z tego, że idąc samotnie chodnikiem czuję się niczym Nocny Łowca przemierzający pola bitwy ze zwycięskim tryumfem na twarzy, lub co gorsza – z wyrazem obrzydzenia na widok tak licznej rasy Przyziemnych? Dobrze mi z tym i szczerze dziękuje sobie, że pewnego dnia sięgnęłam po „Miasto Kości”, bo kurde, nie wyobrażam sobie mojego życia bez tych książek. Serio.

Kocham tę książkę. Kocham stan, w który mnie wprowadza za każdym razem gdy po nią sięgnę. Nawet ten szósty raz jest tak samo emocjonujący, tak samo piękny i wzruszający jak ten pierwszy. Zwykle nie wracam do czytanych przeze mnie książek, ale ta – to nie książka. To bestia. Nienawidzę jej, że jest pod każdym względem idealna, że bohaterowie są tacy nieszczęśliwi, że zawsze coś stoi na przeszkodzie, że nie mogą być kimś, i nie mogą być z kimś, że po prostu wir wojny, chaosu i zniszczenia potrzebuje ich bardziej, niż oni by tego chcieli.

Tym razem to walka jest jedyną kochanką tej książki. Valentine jest arogancki i przebiegły, przelew krwi nieunikniony, ale nikt nie wie, po której stronie stać. Nocni Łowcy zdecydować się muszą na bitwę u boku wampirów i innych Podziemnych. Albo przeciwko nim. Niekomfortowa sytuacja występuje nie tylko na tym polu bitwy – serca Jace’a i Clary są taką samą konfrontacją. Razem muszą podjąć najważniejszą decyzję, czy pozwolić sobie na zakazaną miłość?


"Pomyśl, jak będziemy się czuć nazajutrz. Pomyśl o ile trudniejsze po wspólnie spędzonej nocy będzie udawanie, że nic do siebie nie czujemy przy innych ludziach, nawet jeśli jedyne co zrobimy to zaśniemy obok siebie. To jak wzięcie małej dawki narkotyku... sprawia jedynie, że chce się więcej."

Absolutnie najlepszy tom! Nie to, żeby pozostały były gorsze, ale „Miasto Szkła” jako ostatni tom trylogii, która de facto została przedłużona o 3 tomy, według mnie – bije resztę na głowę. Dlaczego?

1. Jest odrobinę dłuższa od poprzednich tomów, ponad pięćset stron, tym lepiej dla nas, uczta się wydłuża.

2. Żar bucha od każdego z rozdziałów, jak nie romanse, to wojna, jak nie wojna, to tajemnicze spiski, śledztwa i szpiedzy. Dużo tego!

3. Wyjaśni się baaaardzo dużo rzeczy.

4. Autorka z tomu na tom coraz lepiej wzbogaca swój garaż językowy, uwielbiam jej charakter pisania, jest lekki, ale pewna kwiecistość, rzadka w książkach dla młodzieży, często gra pierwsze skrzypce, co czyni tę książkę jeszcze lepszą. Rozbudowane opisy są po prostu genialne! Nie dość, że świetnie ilustrują świat przedstawiony, to i budują niesamowite napięcie.

5. Akcja nigdy nie zwalnia. Gdy przebrniesz przez początek, czeka się pasmo niekończącej się ekscytacji, bólu, rozczarowań i radości.

6. Najbardziej romantyczne i najbardziej depresyjno-miłosne cytaty pochodzą właśnie ze stronic tej książki!

7. Bez spojlerów, oczywiście, ale przewiduję morze wylanych łez. Ocean normalnie.

8. Dotąd nam nieznane mroczne sekrety zostaną ujawnione, cała skomplikowana historia wreszcie zacznie mieć ręce i nogi, wszystko stanie się mniej zagmatwane, niż jest teraz, ale nadal zawiłe i pozostawiające wiele pytań bez odpowiedzi.

9. W przypływie emocji być może jak ja, zaczniesz cytować Wergiliusza i jego „Eneidę”, której fragmenty po łacinie, jak i wielu innych dzieł, stanowią enigmatyczny ozdobnik każdej części „Darów Anioła”.
10. Tym razem akcja rozgrywa się w Alicante, stolicy Nocnych Łowców, dlatego poznamy ich obyczaje odrobinę bardziej, udzieli nam się również majestatyczna aura panująca wśród najstarszych Nefilim.

11. Humor się trzyma, choć jest go odrobinę mniej niż w „Mieście Popiołów”, co nie oznacza oczywiście, że całość straciła całą ironię. Wprost przeciwnie.Mam nadzieję, że te całe punkty są niepotrzebne.



Mam nadzieję, że te całe punkty są niepotrzebne. Mam nadzieję, że znasz „Miasto Szkła”, i że kochasz je tak mocno jak ja. Marzę by wszyscy przeczytali serię „Dary Anioła”, bo mimo, że skierowana jest głównie do młodzieży, nadal nie traci swego uroku i całej drapieżności. Serio, jest to udowodnione. Może nie przez amerykańskich naukowców, ale przeze mnie, moją kuzynkę i jej mamę, moje koleżanki, dalsze znajome i tysiące innych czytelników. Szukasz lekkiej serii, o niebanalnej konstrukcji i genialnie wykreowanym świecie? Masz dosyć trójkątów miłosnych? Lubisz stare legendy, opowiastki o mrocznych potworach, demonach i walce ze złem? W takim razie witam w domu.
Czytaj dalej

3 mar 2015

Do trzech razy rozczarowanie. Nie lubię lutego.


Mam przed sobą listę przeczytanych książek w lutym i nie wiem, co napisać. Nie to, żeby 4 była jakąś złą liczbą, wcale taka nie jest. W numerologii plasuje się całkiem nieźle. Ludzie, którzy czwórkę mają za swoją ulubioną/szczęśliwą cyfrę, są poważni, powściągliwi, dbający o porządek, przywiązani do rutyny. Wiedzieliście? Cenią sobie wierność, są stabilni, wytrwali w zobowiązaniach, trzymają się terminów. I z przykrością muszę stwierdzić, że mój luty właśnie taki był: stabilny, zapracowany i wymagający. Mimo, że wraz z początkiem miesiąca zaczęły mi się ferie (które zaprzepaściłam oglądając serial) książek przeczytałam mało, porównując na przykład do stycznia. Strasznie mało. W dodatku od połowy miesiąca miałam totalne urwanie głowy, bombardowania sprawdzianami, okupacje pod tablicą i czasochłonne referaty. Sama jakość książek również nie była super-powalająca (nie licząc "Miniaturzystki", of kors) - same lekkie przeciętniaki, może nie słabe, ale też nie porywające.

Cała smutna historia zaczęła się od "Delirium", od którego oczekiwałam super-antyutopijnej historii, a dostałam tylko małą namiastkę tego.Trochę ta książka infatylna była, trochę przewidywalna, ale nigdy, naprawdę nigdy! nie zapomnę autorce tego, że tak pięknie potrafi pisać. Barwne obrazy, świetne, poetyckie porównania. 
Ze "Złodziejem Pioruna" już nie było tak kolorowo. Również oczekiwałam za wiele, i również dostałam za mało. Oczywiście, byłam świadoma, że a) mogę się nie złapać w pułap wiekowy wskazany gdzieś przez autora i, że b) zwykle bohaterowie, których losy śledzę, nie mają po 12 lat, ale książkoholizm znów mnie wydał i porywając się z motyką na słońce, kupiłam calusieńki pakiet. Pięć tomów. Obejrzałam również adaptację, ale to książkowe podsumowanie, a że ona nawet do książki nie zawiązuje, to nie wspomnę.
"Miniaturzystka" jest w 100% dopracowaną, solidnie zbudowaną i przemyślaną książką. Nie wiem już co o niej myśleć, taka jest wyjątkowa. Przeczytajcie recenzję, bo nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym tego w parę słów ująć. Zwykle nie potrafię.
I! Na cudowne, słodkie i przeszczęśliwe zakończenie.... "Człowiek Nietoperz"! Ups, przepraszam, chyba zaszła jakaś pomyłka. Do trzech razy sztuka mówią, z czterech na trzy przeczytane książki w zeszłym miesiącu czekało mnie rozczarowanie, czyż to nie katastrofa? A "Człowiek Nietoperz"? Słabiutki, nudny, mało kryminalny. Jeśli macie ochotę na Jo Nesbo, to radzę przyjrzeć się okładce, bo warto unikać. Jak ognia.

Takim oto akcentem ślę Wam najlepsze książkowe życzenia, obiecuję sobie, i Wam, że dla mnie marzec już zaczął się świetnie i tak samo się skończy. (Nie liczmy dzisiejszego śniegu, to już w ogóle jakieś nieporozumienie jest. Połowę lutego mnie olewał, a dzisiaj wraca i myśli, że wszystko okej). Kończę "Morze Spokoju", "Miasto Szkła" już szósty chyba raz idzie jak z płatka, a oblężona biblioteka wreszcie poddała się mojemu urokowi.
Najlepszych książek, mole!

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.