30 kwi 2015

Bliżej jakoś i osobiściej


Naładowany dziwnymi mocami jest moment, w którym czytanie książek staje się dla mnie nudne, uciążliwe nawet, jak kara za jakieś przewinienie. Uwierzcie, kwiecień zaczął się wspaniale – w pierwszym tygodniu miałam już za sobą dwie lektury i w zaskakującym tempie przyswajałam trzecią. Potem nadszedł kryzys czytelniczy, w którym samo spojrzenie w stronę regału napawało mnie przygnębieniem i dziwną pustką. Przez ten czas czytam trzy książki, żadna z nich mnie nie wciągnęła. Dlatego niezmiernie wdzięczna jestem losowi za coś takiego jak nominacja, nominacja dla mnie, tym razem od Czarnego Kruka, z bloga Krucze Gniazdo. Jeszcze raz, wielkie dzięki!

Jakiej muzyki słuchasz? Podaj przynajmniej pięć muzycznych propozycji.


Wszystkiego po trochu. I chronologicznie. 

Czy jesteś wrażliwcem? Jeżeli tak, w jaki sposób to się u Ciebie objawia?
Wszystko zależy od dnia, od tego czy jestem zapracowana i wielu, wielu innych czynników. Potrafię płakać na zawołanie. Potrafię też smutek w sobie tłumić. Jestem osobą maksymalnie wrażliwą, której oczy szklą się na widok bezdomnego, smutnego dziecka czy nawet jeśli jakaś osoba bez zgody zacznie grzebać w moich rzeczach. Są momenty, kiedy jestem przewrażliwiona i całkowicie zdołowana, wręcz modlę się o łzy, ponieważ mam dość tego, co mnie otacza. Ale są też momenty, kiedy potrafię nie płakać dowiedziawszy się o śmierci kogoś z otoczenia, tragedii jakiejś, czegokolwiek. 

Czy jest coś co zmieniłbyś/abyś na świecie? Co to takiego i dlaczego właśnie to?
Poziom czytelnictwa. I tolerancję. Zwiększenie tolerancji, bo męczy mnie ta zawiść, zwierzęce zachowanie, podłe przezwiska. Gdyby świat byłby tolerancyjny, pewnie nie doszłoby do II Wojny Światowej i nie zginęłoby siedemdziesiąt milionów ludzi. Ale cóż ja mogę?

Jesteś typem samotnika, czy raczej duszą towarzystwa?
Są momenty, w których bycie samotnym jest błogosławieństwem, a cisza ciepłą, szczelnie otulającą kołderką. Ale czasem nie wytrzymuję; potrzebuję ludzi wokół siebie, nie wyobrażałabym sobie bez nich życia. Więc: jestem duszą towarzystwa, kiedy mam na to ochotę i dobry humor. 

Wyobraź sobie, że nadchodzi koniec świata. Jaką apokalipsą nas zgładzisz?
Brutalnie pytanie. Nie chcę zabijać ludzi, ale kiedy byłoby to konieczne – kazałabym czytać im książki.

Kto jest Twoim ulubionym autorem i jakie książki przekonały Cie do jego twórczości?
Pewnie Cassandra Clare, dzięki "Darom Anioła" i stworzeniu kogoś takiego jak Jace. Szczerze? Nie wiem. Musiałam wejść na lubimyczytac.pl, żeby zobaczyć kogo dodałam do ulubionych, bo ostatnio jakoś nie przywiązuje do tego wagi.

Co myślisz o karze śmierci?
Pasmo pytań morderców czas zacząć.
Teraz już nie myślę, nie chcę myśleć. Czasami nie mogę słuchać o tym, co dzieje się wokół. Świat wariuje, ludzie zabijają się nawzajem bez konkretnego powodu czasem. Albo z błahej przyczyny, bestialstwa, choroby umysłowej. Czasami chciałabym, żeby po prostu skazać ich na szybką, bezbolesną śmierć. Lata spędzone w więzieniu nigdy nie odnowią ich dusz, ale z drugiej strony – Polska to kraj chrześcijański. Dlatego stawiam na dożywocie – idealne wyśrodkowanie, tylko wiecie, bez taryf ulgowych, wyjścia po odbyciu 25 lat kary i pokoi jak w pięciogwiazdkowym hoteliku pod Paryżem.

Co myślisz o aborcji?
Zdecydowane nie. Nie bez przyczyny powstało coś takiego jak Dom Dziecka, no nie?

Za co oddałbyś/abyś życie?
Za ludzi, rodzinę, za przyjaciół. Za prześladowanych, gnębionych. I za książki.

Czy gdybyś żył/a w czasie II wojny światowej, to czy zdecydowałbyś/abyś się na ukrywanie osoby pochodzenia żydowskiego wiedząc o konsekwencjach ?
Widząc zdjęcia z Auschwitz i innych obozów zrobiłabym to raczej bez chwili wahania. Jestem strasznie wstrząśnięta ówczesną sytuacją Żydów; moje Guilty pleasure to szukanie o nich  informacji, czytanie książek i oglądanie filmów. Mam totalnego bzika i tak, ukrywałabym Żyda wiedząc o konsekwencjach. 

Co myślisz o homoseksualistach i transwestytach?
Temat rzeka, więc powiem zwięźle odnośnie punktu pierwszego: „Każda miłość jest równa”. Transwestyci zaś, to już kompletna przesada, której wolałabym nie komentować, bo każdy żyje jak chce, jednak dla mnie zdecydowane nie.

W której epoce, okresie historycznym lub w jakich latach chciałabyś/byś żyć?
Renesans. Włochy, najlepiej. Istny raj dla mnie, miłośnika sztuki, architektury i rzeźby. Ewentualnie starożytność, Grecja lub Rzym. Akropol, filozofowie, uczty i wino.

Tym razem nie nominuję nikogo. Mam w planach jeszcze jeden zestaw pytań, a wraz z nim i szczęśliwców, którzy zostaną wyróżnieni nominacją.
Pogodnej majówki!

Czytaj dalej
Etykiety:

22 kwi 2015

Kiedy nikt nie chce ryzykować, dotykając cię


Jestem oczarowana. Po raz kolejny, po raz kolejny zaniemówiłam. Kocham tę książkę. Kocham każdą jej stronicę, każde przekreślone, niewypowiedziane słowo. Kocham jej intymność, bijący od niej smutek, czuję depresyjność, potrzebę rozmowy, dotyku, zrozumienia. Kocham okładkę, która w żadnym stopniu nie nawiązuje do książki, jedynie litery tytułu; popękane, okaleczone, roztrzaskane. Zupełnie jak moje serce.

Wszystko krąży wokół Julii, tytułowej bohaterki, siedemnastoletniej Julii Ferras i wokół tego co robi i wokół tego, kim jest. Jest dziewczyną odrzuconą przez rodzinę, znienawidzoną, zapomnianą. 264 to liczba dni spędzonych w zamknięciu. To czas odosobnienia. 6336 godzin to cyfry dzielące ją od ostatniego dotyku innego człowieka. W głowie szumi jej od przykrych wspomnień: obrazów rodziców pozbywających się jej z domu, przekleństw kierowanych w jej stronę, i kamieni z rąk rówieśników i ich celnych oczu. Komitet Odnowy wysłał ją do psychiatryka i tam już pozostała, z dnia na dzień gasnąc i usychając. Towarzystwa dotrzymuje jej jedynie wkład od długopisu, kradziony notatnik i – od pewnego czasu on. Adam, jej nowy współwięzień współlokator, który czy tego chce czy nie, życie jej obróci do góry nogami.

Tytułowy dotyk to jej osobiste przekleństwo. Broń pożądana przez armie i znienawidzona przez społeczeństwo. Nikt nie wie, dlaczego ma on tak silny wpływ na człowieka. „Wysysa” on dobre samopoczucie, siły witalne, później zdrowie. Do momentu ostatniego uderzenia serca. Julia jest maszyną niosącą śmierć przez dotyk, a najgorszy w tym wszystkim jest fakt – że sprawia to, iż ona rośnie w siły i czuje się lepiej. Dlatego jej niechęć do dotyku sprawia, że obserwujemy istotę słabą, kruchą jak szkło, gałązkę łatwą do złamania. Śledzimy jej przypuszczenia, filozoficzne myśli, poetycko i zaskakująco dobrze ujęte rzeczy, których istnienie jest nas jest codziennością – dla niej, obrazem niezwykle cennym.

"Za oknem słońce wpada do oceanu, rozchlapując na wodzie brązowe, czerwone, żółte i pomarańczowe plamy. Milion liści ze stu różnych gałęzi zrywa się, trzepocząc obietnicą lotu. To słowa rzucone na wiatr. Podmuch łapie ich zwiędłe skrzydła tylko po to, żeby siłą ściągnąć je na ziemię i porzucić zapomniane. Depczą po nich stacjonujący tu żołnierze."

Tahereh Mafi imponuje mi swoją wrażliwością. Zmysłem obserwacji rzeczy normalnych, tak jak na powyższym cytacie, i przekształceniu ich w dzieło sztuki. Ta powieść jest jednym wielkim cytatem. Wystarczy otworzyć losową kartkę, przeczytać pierwsze zdanie i bezwładnie dać się porwać. Tahereh Mafi jest mistrzynią porównań, epitetów, uosobień. Zdania spod jej pióra emanują życiem, są jak myśli wyrwane z szufladek naszego mózgu, zakamuflowane i zgubione, o których istnieniu zupełnie zapomnieliśmy. Tahereh Mafi powraca je do życia, oblekając poetyckim językiem, delikatnym, pięknym w swojej prostocie, a jednocześnie zdobionym i idealnie wyważonym. Dźwięcznym jak muzyka. Raz po raz zadajemy sobie pytanie: „Jak to możliwe, że ja na taką myśl nigdy nie wpadłem/wpadłam?”. No właśnie. Tahereh Mafi budzi w nas instynkty obserwacji, dzięki niej czuję się bardziej wyczulona na otaczającą mnie rzeczywistość, faunę, florę i wszystko, co kiedyś – w przyszłości, może przestać istnieć.


Nie dało się również nie zauważyć przekreśleń. Te osobliwe dodatki ukazują Julię, jako osobę sprzeczną i pełną kontrastów. Nie chcącą nikogo dotknąć a jednocześnie pragnącą poczuć ciepło bijącego obok ciała. Sprawiają one, że książka ta, dzięki również narracji pierwszoosobowej, nabiera charakteru dziennika pełnego zwierzeń, zatrzymanych chwil, momentów, przemyśleń. Pragnę myśleć tak jak ona.

Nie jest to antyutopia idealna, nie chcę więc jej zbyt przechwalić. Główny motyw – miłość. Gdyby go tak usunąć, i język autorki nieco znormalizować, dostalibyśmy opowiadanko o bardzo brutalnym świecie, ludzi dążących do jego naprawy (a tak naprawdę jeszcze bardziej go niszczących) o objętości zeszytu szesnastokartowego dla dzieci z podstawówki. Nie mówię teraz, że to książka zła, lecz w porównaniu do innych z tego gatunku – motyw świata zdecydowanie nierozwinięty. Więc nie spodziewajcie się po niej opisów jak z „Czasu Żniw” lub „Igrzysk Śmierci”. To taka miłostka, to właśnie miłość gra pierwsze skrzypce, a antyutopia to tylko dobre tło.


"Jego oczy przesuwają się po moim ciele. Ich powolny ruch sprawia, że łomocze mi serce. Chwytam płatki róż, kiedy opadają z moich policzków, płyną wokół mego ciała, okrywając mnie czymś, co w dotyku przypomina brak odwagi."

„Dotyk Julii” jest powieścią zdecydowanie urzekającą. Skłaniającą do refleksji młodzieżówką, po której przeczytaniu można czuć się nieswojo i wyobcowanie. Po której przeczytaniu zupełnie inaczej spogląda się na świat, inaczej odbiera się uczucia, będąc wyczulonym na smutek, pragnienie akceptacji i lepszego życia. „Dotyk Julii” to nie tylko pierwsza z brzegu powieść z obłędną oprawą graficzną. Owszem – zachęca, intryguje, wydaje się krucha i delikatna, pomimo tego że jej zawartość skrywa grozę i brutalność antyutopijnego świata. „Dotyk Julii” to przede wszystkim opowieść o dziewczynie, która wbrew światu, który się od niej odwrócił, odnalazła przyjaźń, odnalazła schronienie, i w końcu odnalazła miłość.

Historia Julii już od pierwszego zdania wprawia nas w zaintrygowanie i magnetyczną mocą przyciąga do lektury. Historia Julii to tak zgrabnie napisana powieść, że ciężko nie zakochać się w tych niemal paranoicznych, a zarazem melodyjnych i pięknych monologach czy opisach. Historia Julii uczy nas wielu rzeczy. Zdecydowania i determinacji. Abyśmy nie podporządkowywali się wymaganiom postawionym przez otoczenie. Nie pozwalali sobą manipulować. Żebyśmy słuchali głosu serca. Szanowali nawet tych, którzy sprawili nam ból.

Abyśmy walczyli w imię tego, co dobre.

Dotyk Julii | Sekret Julii | Dar Julii
Czytaj dalej

20 kwi 2015

Pasmo nieszczęść i porażek


Jestem na etapie planów, przypuszczeń, zamiarów i marzeń. Szukam inspiracji, nakierowania, drogowskazu, dlatego według mnie niezwykle pomocne są wszelkie obyczajówki, a nawet głupiutkie momentami YA czy dojrzalsze NA. Po prostu. Mówi się, że lepsze od uczenia się na błędach, jest uczenie się na cudzych, dlatego właśnie tak bardzo te bliskie nam gatunki są potrzebne. Bo stawiają na nogi, ukazując rzeczywistość bez maski, nagą prawdę, trud życia i siłę mądrych decyzji.

Cecelia Ahern to moja prywatna królowa, madame, khaleesi i bogini. Co prawda „Love, Rosie”, to nasze pierwsze spotkanie, lecz na tyle wystarczające, by zapałać do siebie prawdziwą i szczerą miłością. Jej opowieść zaczyna się w szkole, być może podstawówce, swój początek ma we wspólnej ławce, rozpoczyna się na przyjaźni i latach spędzonych razem. Rosie i Alex, bo to o nich mowa, to takie papużki nierozłączki od lat najmłodszych. Choć potrafią sobie nieźle dogryźć, są tak naprawdę na siebie skazani; jakaś magnetyczna siła pcha ich ku sobie, w związku z czym stają się jak brat i siostra. I tak jak ja – mają plany, marzenia, drzwi przyszłości stoją przed nimi otworem do czasu pewnego incydentu. Jeden odwołany lot i brak innych w najbliższym czasie powodują pasmo niekończących się nieszczęść, których skutki główni bohaterowie odczuwać będą przez czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Ciosem jest przeprowadzka Aleksa na drugi koniec świata, ciosem jest złośliwość rzeczy martwych i coś, a raczej ktoś, trzymający Rosie w Irlandii na stałe. I wtem rodzi się pytanie, które dręczy czytelnika przez pięćset bezlitosnych stron: czy przyjaźń przetrwa wyzwanie tysięcy kilometrów i czy los da im jeszcze jedną szansę, którą odważą się wykorzystać?

W moim niecnym przyzwyczajeniu jest zaczynać od wad danej lektury, lecz nawet gdybym usilnie miała coś wymyślić, poszłoby to na nic. Ta książka jest pod każdym względem idealna i to nie są puste słowa. Wyjątkowa. Emanuje od niej taka pozytywna radość, wydziela ona takie ciepło, szkolną beztroskę, radośnie spędzona lata dzieciństwa. Do niektórych rzeczy sentyment staje się ogromny, a Ahern uchwyciła piękno dorastania w niewiedzy, kiedy jeszcze robiliśmy (a być może nadal robimy) błędy ortograficzne, kiedy rzucaliśmy samoloty w nauczycielkę i kiedy dostawaliśmy uwagi do dzienniczka, a naszych rodziców wzywano pośpiesznie do szkoły. „Love, Rosie” to jedna z tych książek, które powodują uśmiech. Do tej pory sądziłam, że tylko dwoje bohaterów literackich ma tajemniczą siłę malowania na mojej twarzy tego wyrazu. Jace Herondale i Jaskier. I nawet oni, nawet ich tysięczna potęga nie jest równa temu, co wydarzyło się podczas tej książki. To jest komedia. To jest komedia ze smutnym morałem, ale uwierzcie – nie sądziłam, że można czytać tę książkę nie uśmiechając się zupełnie, bądź zadowalać bohaterów jedynie przelotnym grymasem, uniesionym kącikiem jednej z warg. Tutaj tę książkę się odkłada, serce nadal szaleje w piersi, ze szczęście wyrywa się do przodu, podczas gdy policzki krwawią bordowym rumieńcem. I zaczyna się śmiać, śmiać autentycznie, głośno, absurdalnie. Rosie, Alex, w późniejszym czasie i przyjaciółka głównej bohaterki – Ruby, to mieszanka wybuchowa. Nie można z rozbawieniem nie śledzić ich perypetii, chyba, że tych późniejszych. Tamte to już ze smutkiem.

Straszne to uczucie czuć w ustach gorycz niespełnionych marzeń, niezrealizowanych planów, wiecznego kiszenia się przed ekranem telewizora i usychania przed monitorem. Te wszystkie maile wysyłane do siebie przez bohaterów, zakończone ciepłymi pozdrowieniami i uśmiechniętymi emotikonkami,  te wszystkie serdeczne listy, zaproszenia i pocztówki, zapieczętowane szczęściem i radością, gdzieś po drugiej stronie skrywają urazę. Pamiętają błędy swoich nadawców i widzą swoich odbiorców. To my jesteśmy nimi – tymi pocztówkami, listami, zaproszeniami. To my błądzimy między ulicami, suniemy ponad Atlantykiem niosąc te wszystkie niewypowiedziane uczucia, puste słowa, które zobrazowały grzeczne i kulturalne zwroty. Wiemy, że coś jest na rzeczy, że oni – bohaterowie, ukrywają przed sobą prawdę, okłamują się dla własnego dobra, tym samym sprawiając sobie wzajemnie ból. To smutne, ale też strasznie uczące, jeśli jesteśmy świadkami kłamstwa i maskowania prawdziwych uczuć, jeśli jako pośrednicy między Ameryką a Irlandią widzimy niespełnione marzenia, czujemy gorycz i pustkę bohaterów, którzy tęsknią i którzy oddaliby życie za to, by być razem, tak jak kiedyś i na zawsze. To nie tylko książka śmieszna i zabawna, to książka smutna i mówiąca przede wszystkim to, żeby nie bać się mówić rzeczy w obliczu zagrożenia, pewnego niebezpieczeństwa. Żeby wydusić z siebie to wszystko w twarz drugiemu człowiekowi, ale broń Boże – nie przez listy. Listy zagubione na poczcie, węszący mąż i listonosz atakowany przez psa na klatce potrafią wszystko popsuć.

Już na początku, w pewnym miejscu przewinęło się pewne niezwykle istotne słowo. „Morał”. Te czterdzieści lat esemesowania, pisania do siebie maili, z wytęsknieniem oczekiwania listów, świadczy o zaprzepaszczonej szansie. Nic innego w tym miesiącu, może nawet w roku, nic innego nie postawiło mnie na nogi jak książka Cecelii Ahern. Rosie i Alex dali mi niezłego kopa, uświadomili, żeby korzystać z chwili, żeby cieszyć się życiem i żeby nigdy, przenigdy nie ukrywać uczuć ze względu na inną osobę. Pokazali mi też siłę przyjaźni i uwiadomili, że tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie jej kontynuacji, żadna szkoła, wyjazd, zmiana miejsca zamieszkania. To bardzo budujące i budujące są też wzmianki o realizowaniu planów, pogoni za marzeniami; ci bohaterowie uświadomili mi, jak trudne jest życie i czego od człowieka może wymagać. To książka głosząca o tym, aby nie bać się mówić, aby nigdy nie rezygnować z rozmów z innym człowiekiem. Aby zawsze podążać za głosem serca, nie zawracać sobie głowy domysłami dotyczącymi reakcji ludzi, ich uczuć. Ta książka to istna księga postępowań, a na jej kartach zapisane są największe nieszczęścia ludzkiej miłości. Zakochałam się w tej powieści, za to, że jest wyjątkowa i wznosi ku niebu, za to, że mimo czarnych chmur nad głową daje nadzieję na to, że na końcu tęczy czeka mnie szczęście.


Ta książka jest cudem. Nie chcę mówić nic innego, bo naprawdę nie wjem czy istnieją jeszcze jakieś słowa opisujące trafnie tę historie, i które z równie mocną siłą trafią w Wasze serca. Po prostu ją przeczytajcie. Niezależnie od wieku, niezależnie od płci. Tej książki nie można opisać, tę książkę trzeba doświadczyć; "Love, Rosie" to nie książka, to stan umysłu. 

Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki stają się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz. Tak łatwo jest się zgubić.

Czytaj dalej

17 kwi 2015

Psychopatyczny stalker i komputerowe machlojki



Pośród mojej humanistycznej egzystencji, czasami zastanawiam się, jak to jest być ścisłowcem. Jak to jest nie tylko umieć matmę, ale potrafić ogarnąć cały syf na komputerze, który narobię, posprzątać ten bałagan, dokładnie wszystko zabezpieczyć, a potem pocałować mnie w czółko, mówiąc że nic nie szkodzi. Że każdemu się zdarza. Czasami zastanawiam się, jak niesamowicie fajnie byłoby myć mistrzem Internetu, znać te wszystkie hakerskie chwyty ułatwiające życie, jak fantastycznie byłoby móc spędzać te osiem godzin dziennie w pracy grzebiąc w komputerach, swojej pasji, tworzyć wirusy, pułapki, instalować programy szpiegujące. Każdy chciałaby umieć coś takiego, ale niestety, Bóg wymyślił jeszcze gatunek humanistów, którzy zawsze mają pod górkę, którym wiatr wiecznie wieje w oczy. I mnie wśród nich, oczywiście.  

Komputerowe machlojki jarały mnie zawsze. Uwielbiam momenty na filmach, gdy bohaterowi wystarczało trzydzieści sekund, by złamać zaporę i dostać się do systemu. Uwielbiałam fragmenty wskazujące na to, że Internet powoli staje się kolebką wszystkiego, potrzebną i potrzebującą. Ludzi. Bezmyślnych, naiwnych.

Ofiar.

„Eye Candy” to nazwa serialu na podstawie książki R.L. Stine, którego stacja MTV zaczęła emitować w styczniu tego roku. To świeżynka, o której nie jest zbyt głośno, a szkoda, bo serial ma potencjał, całą resztę i …hakerów, Internet, śledztwa. Chyba się zakochałam.




Cała akcja toczy się wokół tytułowej Lindy (ta wyżej –Victoria Justice), która ma pewne problemy z prawem, konkretnie – Wydziałem do Walki z Cyberprzemocą. Lindy jest hakerką i to dobrą, uzdolnioną, jej głównym priorytetem jest znalezienie siostry, która jako nastolatka została uprowadzona, a ślad po niej zaginął. I w momencie, gdy policja stała się bezradna, do akcji wkroczyła ona, Eye Candy. Jednak to nie wszystko, co czeka główną bohaterkę. Rejestrując się na portalu randkowym Flirtual, pod pseudonimem właśnie Eye Candy, poznaje paru mężczyzn, w tym jednego, który staje się jej cichym wielbicielem, prześladowcą i stalkerem w jednej osobie. Być może mordercą. Być może porywaczem.

Ugh. Jestem świeżo po finale, po dziesiątym i zarazem ostatnim odcinku pierwszego sezonu. Wydarzyło się tak wiele. I najlepsze pewnie jest to, że nigdy bym tego serialu nie zobaczyła, gdyby nie moja kuzynka, która chcąc skończyć sezon, spóźniła się na wielkanocny obiad. „To coś dla osób, którzy nie boją się widoku krwi”, mówiła wtedy. Tyle wystarczyło, by mnie zachęcić. Skutecznie.

„Eye Candy” jest serialem niezwykle intensywnym. Nie jak te, których sezon ma po dwadzieścia cztery odcinki i ciągnie się jak flaki z olejem, nie. Ten tu, jest krótki – ma zaledwie dziesięć, ale też aż dziesięć, wystarczająco dużo by sprawić, że pokochałam bohaterów, wzruszyłam się, kogoś znienawidziłam. Pisząc „intensywny” – miałam na myśli przybierające na warstwach sterty zagadek, splatające się wątki, zagadkowe retrospekcje. To niewątpliwie serial detektywistyczny, detektywizm może i nieco zmodernizowany, zamiast atrybutu lupy czy charakterystycznej czapeczki, mający antenkę Wi-Fi czy klawiaturę, jednak nadal – niezwykle dobry. Wspomniałam wcześniej – mam totalnego bzika na punkcie elektroniki, komputerów, magii Internetu, więc patrzenie na czarnego vana pełnego sprzętu komputerowego, wszędzie wijących się kabli i monitorów dostawałam ataku serca.


Ale ataku serca dostawałam też z innych powodów. Każdy odcinek ma w sobie coś z thrillera, coś nawet podchodzącego pod horror. Charakterystyczne ujęcia, określony sposób kadrowania, światła, muzyka. Oglądając „Teen Wolf” wiedziałam już, że MTV na doborze muzyki zna się niesamowicie dobrze, ale tu jeszcze lepiej udowodnili swój geniusz. W tym sezonie nie ma tam scen przerażająco strasznych. Krwi jest, owszem, ale kamera w najbrutalniejszych momentach nagle zmienia położenie, więc zanim zdążymy przyzwyczaić się do nieco mniej wygodnej perspektywy, gardło może zostać już podcięte. Na przykład. Mimo to, jest napięcie. Mimo to, moje wnętrzności skręcają się i robią Bóg wie jeszcze jakie nadprzyrodzone czynności, podczas gdy moje serce skacze na trampolinie i trzaska sobie salto. Podwójne. W tył.

Serial ten lubi zwodzić, raz na jakiś czas odciąga naszą zmaltretowaną już łepetynę, podsuwa inne śledztwo, podczas gdy prawdziwy zabójca nadal bezkarnie zabija, a potem z powrotem podaje seryjnego-zabójco-stalkero-psychopatę na talerz i myśl, i główkuj! To jest dziesięć nieprzewidywalnych odcinków, które byłyby jeszcze bardziej nieprzewidywalne, gdyby mi ktoś przypadkiem nie zaspojlerował. (Dzięki!) Ale sam fakt, że znając zakończenie, w ostatnim odcinku i tak przeżyłam czterdziestominutowe piekło, świadczy tylko o wielkości tej produkcji.

Chciałabym już skończyć pisać tę recenzję, bo mam trochę nauki na głowie, ale nie, jeszcze nie teraz, jeszcze jedna ważna rzecz. Ten serial nie wywarłby na mnie tak dużego wrażenie, w ogóle żadnego wrażenia, gdyby nie jeden aspekt. Uderzył mnie mocno obraz sieci internetowej, hakerów, ich możliwości. Możliwości włamania się na komputer za pomocą jednego maila, możliwością śledzenia osoby, za pomocą jednego kliknięcia, wyciągania wniosków, za pomocą tego, co wrzucamy w sieć. Czyli wszystkiego, począwszy od filmików, do postów i zdjęć z oznaczeniami miejsca i czasu. To daje wyobrażenie i uświadamia, że tutaj – w cyberprzestrzeni – nikt nie jest anonimowy, uświadamia jak niebezpieczne jest to miejsce i z jakim ryzykiem wiąże się bycie w tym miejscu. Teraz już nigdy nie spojrzę na monitor tak samo – zawsze będę miała przed oczyma tajne strony, na których sprzedać można wszystko. Kota, psa, babcię, jej nerkę, siebie czy koleżankę z ławki. Na których można dowiedzieć się wszystkiego o wszystkim i każdym, będąc w tysiącach miejsc jednocześnie, śledząc miliony bezradnych ludzi, niczego nieświadomych ofiar cyberprzemocy.  



„Eye Candy” to serial, który kusi. Tym, że dotychczas powstał tylko jeden sezon i to, że posiada tylko dziesięć odcinków – ale za to jakich odcinków! Pierwsze morderstwo zostaje popełnione już w tym pierwszym (być może jest to aluzja do „Gry o Tron” i wyzwanie pod niesmacznym tytułem: „Kto uśmierci większą ilość?”). Kusi detektywistyczną podstawą, thrillerową otoczką, mgłą spowijającą całość nutą dramatyzmu. Kusi aktorami, których znamy z dzieciństwa, lub nie wiemy, że ich znamy, a jednak to oni. Czasami przytłacza, czasami frustruje, często napędza niezłego stracha, sprawiając, że naciskam spację, żeby mieć chwilę na oddech i nie przegapić napisów. To wszystko idealnie zgrane, z delikatnym, wręcz subtelnym wątkiem miłosnym sprawia, że żal mi będzie czekać na sezon kolejny i będę musiała na ten czas znaleźć godnego zastępcę.




Bardzo godnego.
Może jakieś propozycje?
Czytaj dalej

14 kwi 2015

TOP5. Nieudane imprezy w literaturze

Nadchodzi północ. Mam przed sobą sprawdzian z fizyki, dlatego nie czytam książek, nie słucham muzyki, a leżę, myślę, błądzę wzrokiem po suficie i czekam na freski rodem z Kaplicy Sykstyńskiej. Bo na naukę czasu już nie ma. W takich sytuacjach czytanie i tak nie pomaga (o dziwo!), a pobudza jedynie moje sumienie, bo choćbym chciała, książki nie przeczytam, ponieważ szkoda czasu na przyjemności skoro powinnam się uczyć. Ale wiem, że i tak nie wyciągnę zeszytów, bo nic o tej godzinie nie można przyswoić i cały misterny plan i tak skazany byłby na niepowodzenie.
Czasami dręczą mnie takie osobliwe potworki sumienia, dlatego staram się uczepić myśli, które nie będą wymagać pracy psychicznej, a sięgną przy okazji tematów elektrostatyki. I wiecie co mi przyszło do głowy? Nieudane imprezy. To głupie, ale każda fizyka to impreza skazana na niepowodzenie, i w taki właśnie sposób w moim małym móżdżku wykiełkowała ta lista TOP5. Zaszczytna piątka imprez, na których nigdy nie chciałbym się pojawić, a czy Wy – piszcie w komentarzach :D



5. Upokorzenie życia (Morze Spokoju)
Jest dziewczyna. Nastolatka. Postanawia wybrać się na imprezę, mimo swojej słabej kondycji psychicznej i to, w dodatku, z aroganckim zdobywcą damskich serc, który prawdopodobnie się na niej uwziął. Początkowo jest okej. Początkowo. Jej skomplikowana relacja z alkoholem sprawiła, że towarzysz zamiast przyjąć problem półżywej dziewczyny na klatę, podrzucił ją na noc kumplowi, gdzie ona popisała się niezwykłym talentem zdzierania z siebie bielizny (tej górnej), w założonej sukience (czyli sztuka "przez pachę") oraz zwracania na dywan i kanapę smakowitych przystawek z małą nutą alkoholu. Malutką. W nawiasie dodam, że wybawiciel ów, ten od zabrudzonej kanapy, jest kimś więcej dla dziewczyny, niż tylko chwilowym współlokatorem, wiąże ona z nim pewne nadzieje. A miało być tak pięknie.


4. Mój przyjaciel jest szczurem (Miasto Kości)

Chęć rozeznania się w świecie cieni dzięki imprezie u Wielkiego Czarownika Brooklynu była zdecydowanie pomysłem nieudanym. Oprócz tego, że główna bohaterka dowiedziała się szokującej rzeczy o swojej rodzinie, jej najlepszy przyjaciel zamienił się w szczura. Oczywiście na zwykłego, żałosnego człowieka, czarownikowi szkoda zapewne było magicznego proszku na odwrócenie zaklęcia, dlatego pozostawił go na pastwę losu błąkającego się między nogami zaproszonych gości. W tym samym czasie ktoś dolał wody święconej do motocykli tutejszego gangu wampirów, które przypadkiem (?) owego szczura sobie przywłaszczają. Walka przenosi się na teren wampirów, gdzie Nocni Łowcy muszą zmierzyć się z hordą krwiopijców i być może, wilkołaków. Powyżej zdjęcie, które świetnie obrazuje, że jednak można ubijać wampiry w szpilkach i mini sukience.


3. Ogień, ciało i inwazja (Wybrani)
Ta seria charakteryzuje się tym, że na każdym szkolnym  balu zdarza się niespodziewanego. Ten pierwszy wstrząsnął chyba najbardziej, ponieważ: sala balowa płonie, dosłownie. Pali się. Natrętny chłopak upija swoją partnerkę, która całkowicie skołowana, poddaje się jego „zaczepkom”, podchodzącym prawie pod gwałt. Tajemniczy psychopata podpala szkołę, krzywdzi dzieci, morduje dziewczynkę. Jej ciało odnajduje jako pierwsza wyżej wspomniana, skołowana, tym samym zapewniając sobie miejsce na liście głównych podejrzanych. Cudnie.


2. Śmierciojadki atakują (Harry Potter i Insygnia Śmierci)
Piękny był ten ślub Fleur i Billa Wesleya, no nie? Ta sukienka, ten ogromny namiot. Osobliwe wygibasy Luny i jej ojca, jego insygniowy naszyjnik i mnóstwo, mnóstwo jedzenia. Świetna muzyka. Sen ten jednak przerywa gwałtowne wtargnięcie śmierciożerców i bum! Wszystko w płomieniach, ludzie wpadają w panikę, ledwo uchodzą z życiem. Ale dobre i to, bo ci z miejsca pierwszego takiej opcji już nie mieli.


1. Krwawe Gody, czyli jak ugościć na weselu (Nawałnica Mieczy)
Tak jak wspomniałam linijkę wyżej – kolorowa impreza to nie była. W iście Martinowskim stylu, czyli nie tyle co zwykle wesele: nie tylko lejący się strumieniami alkohol, nie tylko genialna kapela przygrywająca skoczne kawałki. Wszystko byłoby okej do czasu, gdy przyszedł moment wyrównania rachunków. Jak na Grzesia przystało: polała się krew. Śmierć za śmiercią, trup za trupem. Groźby sypały się parami, sztyletów było więcej niż kielichów na stole, a wyzywające wspomnienia mnożyły się w powietrzu. Nie będę spojlerować serialu, książki, nie powiem kto zginął. Jeśli śledzicie któregoś z polskich fanpage’y „Pieśni Lodu i Ognia”, bądź „Gry o Tron”, zdecydowanie wiecie, że Freyowie nigdy nie byli najlepszym gospodarzami i taka jatka pod ich dachem jest synonimem zdrady i łamania wszelkich zasad moralnych. Jeśli nadal jesteśmy przy temacie Martina: dałabym też ślub Joffreya, ale jeśli inaczej spojrzeć, to chyba najkorzystniejsza zabawa spod pióra Martina, albo w ogóle, która – w przeciwieństwie do innych wesel – skutki przyniosła zadowalające.


To jak, znajdę tu jakiegoś śmiałka na którąś z powyższych zabaw? 
Może o czymś zapomniałam? Jeśli macie swoje typy, piszcie!
Czytaj dalej

11 kwi 2015

Awersji mojej ciąg dalszy ("Morze Potworów")


Nie uwierzę, jeśli ktokolwiek powie mi, że imię "Percy" tak naprawdę kojarzy mu się z Percy'm Spencer'em, Fawcett'em czy Percy'm Bysshe Shelley'em, którego, gwoli ścisłości, bardzo przyjemne czyta się gdy za oknem wietrznie i ponuro, a deszcz wybija jednostajny rytm wprost stworzony do jego "Zmienności". Jednak dla mnie, w moim świecie, w naszej wspólnej, czytelniczej rzeczywistości imię "Percy" na zawsze już kojarzyć się będzie z "Jacksonem", który siłą rzeczy zaprowadzi do Ricka Riordana, czyli autora znanego głównie z książek dla dzieci i młodzieży opartych na wierzeniach mitologicznych Rzymu, Egiptu czy Grecji.

"Morze Potworów" zalicza się do grupy ostatniej i opowiada o losach teraz już trzynastoletniego Percy'ego Jacksona, chłopca, przed którym zatajana była prawda o jego pochodzeniu i przeznaczeniu. Bowiem Percy nie bez przyczyny jest dyslektykiem i ma trudności z czytaniem po angielsku – wszystko to, ponieważ jego mózg "zaprogramowany" jest na starożytną grekę, i ADHD – by być gladiatorem nieprzewidywalnym i niezwyciężonym. Percy Jackson jest herosem, a herosi to dzieci greckich bogów, skutek ich zdrad i romansów ze śmiertelnikami, ludźmi zamieszkującymi ziemię. Teraz, gdy dowiedział się, że jest synem jednego z najpotężniejszych bogów, wyrusza na drugą, równie niebezpieczną misję. Misję ratunku swojego przyjaciela i całego Obozu Herosów, w której nie ma czasu na zastanawianie się, trzeba działać, walczyć i wygrać. Inaczej wszystko przestanie istnieć.

Przyzwyczaiłam się już do faktu, że książki Riordana są nietuzinkowe. Przynajmniej na mnie działają dosyć specyficznie, bo mimo niewielkiej objętości (277 stron) z „Morzem Potworów” męczyłam się niemiłosiernie. Co najmniej pół miesiąca na tak cienką książkę wydawałoby się czymś kuriozalnie dziwacznym, jednak dla mnie to niecałe trzysta stron i tak wydało się uciążliwe.


"Czy ty się nigdy nie czujesz tak, jakby na całym świecie naprawdę panował totalny bałagan? A my moglibyśmy zbudować wszystko całkiem od nowa? Koniec z wojnami. Żadnych bezdomnych. I nigdy więcej zadawania lektur na wakacje."

To pozycja bardzo różna. Momentami irytuje mnie Percy, jego narracja i zachowanie, to, że ma trzynaście lat, a przyzwyczaiłam się do bohaterów rzeczywiście nieco starszych. Potem zaczynam go ignorować, czasami śmiejąc się w duchu z jego lekkich i niezobowiązujących żarcików, które na tle katastrofy, lub szalonego cyklopa, który chce go pożreć, brzmią nieco pretensjonalnie. Albo wyrosłam z takich książek, co może wydawać się dziwne, bo w końcu jesteśmy w podobnym wieku. Tak czy owak, książka ta nie podziała na mnie jak narkotyk, nie potrafiłam się w nią wbić, nadal czułam się obco i nie na miejscu, a jedyne czego pragnęłam to zacząć czytać coś, co faktycznie mnie pochłonie.

Ale jedno muszę przyznać – świat, jaki wykreował Riordan jest genialny. Pod każdym względem dopracowany; Hades w amerykańskim wieżowcu? Czemu nie! Pola Elizejskie w jednym z jego pokoi? Spoko! Wizja ta, mimo niesamowitych unowocześnień – Aresa na motocyklu, bogów umawiających się na randki i co ważniejsze, mającymi dzieci z ludźmi – bardzo zgrabnie potrafi przedstawić to, co tak opornie z podręczników wkuwamy. To wspaniały pomysł mieszać mitologię z fantastyką, może i nie nowy, ale w wykonaniu Riordana jakże udany. „Percy” przecież, został okrzyknięty drugim „Harrym Potterem”. Czy słusznie? Warto sięgnąć i przekonać się na własnej skórze.

Pochwała się należy za jeszcze jeden aspekt. Zakończenia rozdziałów. Myślę, że to właśnie ten fakt sprawił, że jakoś dobrnęłam do końca, bo przyznaję – autor potrafi trzymać w napięciu. Zapewne niejedna osoba byłaby nimi zachwycona, ich skłonnością do trzymania czytelnika przy sobie, bo faktycznie, są momenty, w których ­– pomimo mojej riordanowej awersji – można zapomnieć o bożym świecie. Autor potrafi poprowadzić wartką akcję, w międzyczasie podkładając kłody pod nogi bohaterów, dzięki czemu całość staje się naprawdę zaskakująca, momentami wręcz nieprzewidywalna. 

Rick Riordan pisze świetnie, szybko i sprawnie. Nie pomija, nie skraca i nie ułatwia sobie przy tym pracy, a poprawia całokształt, momentami nadrabiając odrobiną humoru. Osobiście nadal coś mnie w nim odrzuca, jednak mam nadzieję, że przekonam się do jego twórczości, i to czym prędzej, bo męczy mnie fakt, że jego książki nie podchodzą mnie jedynej na całym świecie. Drugi oraz pierwszy tom podsumowałabym jako spojrzenie na świat przez pryzmat magii, z dodatkiem groteski i humoru zakrawającego momentami na ironię. Kolejne tomy przeczytam w przyszłości, dam sobie trochę czasu na oddech i odpoczynek, ale jedno jest pewne: nie popełnię drugi raz tego samego błędu zwlekając z przeczytaniem tej serii, i wcisnę wszystkim znajomym dzieciom, gdy tylko zaczną raczkować i poznawać literki. Bo być może właśnie z powodu późnego sięgnięcia nie rozumiem fenomenu „Percy’ego Jacksona”. 


Złodziej Pioruna | Morze Potworów | Klątwa Tytana | Bitwa w Labiryncie | Ostatni Olimpijczyk 
Czytaj dalej

8 kwi 2015

Świat bez miłości to świat bez ryzyka ("Pandemonium")


Kiedy słyszę: antyutopia, nabieram podejrzeń. Kiedy słyszę: „Delirium”, mam ochotę z politowaniem pokręcić głową. Kiedy słyszę: Lauren Oliver, sprzeczne uczucia rozdzierają moje wnętrzności. Kocham dystopie, antyutopie, powieści postapokaliptyczne i sci-fi, choć z tym ostatnim dopiero randkuję. Jednak być może o tym wiecie i wiecie też, być może, jak bardzo zawiodłam się na Lauren Oliver, wyżej wspomnianej autorce wyżej wspomnianego „Delirium”, która zamiast dać mi opowieść o buncie i zakazanej miłości, pokazała mi paniczne obawy, strach i naiwność pomieszaną z zakochaniem, a nawet jego mdłym nadmiarem. „Delirium” niczym mnie nie zaskoczyło, a „Pandemonium”, na przekór popularnemu stwierdzeniu, że drugie tomy trylogii są nudnawym wstępem do finału, w odwet zgotowało mi piekło. Prawdziwe Pandemonium trwało i gotowało się w moim umyśle przez zaledwie parę godzin jego czytania. To niesamowita książka.

Lena już nie jest dawną Leną. Zresztą, żyjąc w świecie, w którym miłość uznana jest za śmiertelną chorobę, nikt już nie może być sobą i nic nie wygląda tak samo. Za sprawą Aleksa – jej pierwszej miłości, poznała wreszcie prawdziwą brutalność kraju wobec Odmieńców – żyjących poza murami dzikich emigrantów, oraz głupotę rządu dogłębnie wierzącego, że jeśli nie wyeliminują miłości, ich świat legnie w gruzach i obróci się w proch, tak jak dotychczasowe cywilizacje. Czy Lena będzie na tyle silna, by obrócić się przeciwko światu, w którym się urodziła, wychowała i kształciła? Czy zdoła pogodzić się z tragiczną stratą i, co najważniejsze, czy będzie w stanie podnieść się, narodzić na nowo i wygrać?

Żal mi było Leny, jej historii, całego „Delirium” – mdłej i nijakiej powieści. Pierwsza część – mimo wszędobylskich ochów i achów – okazała się zadziwiająco przeciętna. Bohaterka sierota, zamknięta w sobie do granic możliwości, wystraszona, odizolowana i zdystansowana. Mam wymieniać dalej? Chyba nie muszę, w mijającej już dobie paranormali jest to schemat znany aż zanadto. Owa szara i smutna istotka bardzo pragnie mamusi, jej ciotka traktują ją okrutnie ale ona przecież nic jej nie powie, i tak wystarczający kłopot robi jej swoim istnieniem. Robi ten kłopot jej, sobie, całemu światu, wszystkim. Od osiemnastu lat. I wtem przechodzi przełom. W połowie „Delirium” uchodzi już za niecną dziewczynkę, tajemne spotkania, ukradkowe uśmiechy, rumieńce na twarzy, ale to, co wydarzyło się w „Pandemonium” sprawiło, ze pokochałam tę sierotkę, smutną, delikatną, szturchaną i popychaną. Gdyby mi ktoś o tym powiedział wcześniej – zaśmiałabym mu się w twarz. Nienawidziłam starej Leny, była taka prawa, uporządkowana, przewidywalna i nudna, a tu, w tej części stała się pięknym, złotym punktem, do którego ciągnęło mnie za każdym razem niepokojąco wzrastające uwielbienie. Stała się przykładem walki i kurde, wiem, że to zabrzmi co najmniej głupio i banalnie, jakbym chciała skopiować wikipediową notkę Katniss Everdeen, albo chociaż Tarzana, ale stała się dla mnie niesamowitym motywatorem i wyrosła na genialną liderkę, odważną i silną bardziej psychicznie, ale z czasem popracowała i nad tym drugim. Wycofuję zatem moje oskarżenia do Oliver, dotyczącej jej najgorszej wpadki, czyli spłodzenia takiego bohatera jak Lena. Kocham Lenę i teraz wiem, że jej osoba, samo jej istnienie, jest jednym z najważniejszych powodów, dla których warto przebrnąć przez „Delirium” i pokochać ją w „Pandemonium”.

O braku podobieństw między obiema częściami mogłabym mówić do śmierci. Piękną i motywującą metamorfozę bohaterki już znamy, ale co z resztą? Reszta była tylko lepsza. Zacznijmy od tego, że się coś działo. W końcu. Sprytnie podzielenie książki, na przeplatające się rozdziały „TERAZ” i „WTEDY” to jeden z najlepszych pomysłów, jaki kiedykolwiek w książkach widziałam. Dzięki temu jesteśmy w dwóch odległych – mniej lub bardziej – czasach, co sprawia, że początkowo można być lekko skołowanym takim przeskokiem w przyszłość (lub przeszłość), bez uprzedniego poinformowania. I ku mojemu zdziwieniu to wcale nie przeszkadzało. To jakby autorka napisała dwa oddzielne opowiadania, porwała je na strzępy i naprzemiennie poukładała, każąc czytelnikowi samemu domyśleć się co działo się przed, co po, dlaczego i w jaki sposób. Ta forma przeskoków pozwoliła śledzić i porównywać przemianę Leny, od tej ciężko trenującej, chorej, zapłakanej, po członkinię oporu, silną i odważną. Oczywiście Lauren Oliver bardzo sprytnie wybroniła się retrospekcjami, które w narracji pierwszoosobowej goszczą niezwykle często, które sprawiają, że nawet bez uprzedniego zapoznania się z otoczeniem, jesteśmy zrozumieć wszystko dokładnie, podane w postaci pięknego, lirycznego języka autorki.

No właśnie. Język. Ach, czy ja muszę w tej sprawie coś mówić? Pierwsza część brak akcji nadrabiała właśnie uroczymi opisami, które zwiodły mnie nieco ale podwyższyły notę, bo były wręcz poetycko genialne; piękny język to moja pięta achillesowa, jeśli chodzi o literaturę. W „Delirium” jednak, nie ma już takiej samowolki i swobodne opisy są już nie na miejscu. Tu za dużo się dzieje, za dużo trzeba wytłumaczyć przed czasem, przed wybuchem, przed ostatecznym starciem. Momentami opisy przywodziły mi na myśl Tahereh Mafi, jej „Julkową” trylogię, gdyby tylko Oliver robiłaby krótsze zdania, byłby wręcz bliźniaczo idealne.

Lauren Oliver potrzebowała rehabilitacji i zrobiła to przebijając moje najśmielsze oczekiwania. Gdybym nie kupiła wcześniej „Pandemonium” pewnie w ogóle nie miałabym ochoty kontynuować tej trylogii całkowicie przerażona sprawami z pierwszego tomu. Ale to, jak zakończyła tę część autorka, to, jak bardzo mną wstrząsnęła, jak dłonie trzęsły mi się podczas przewijania stron i mojej jadaczki, którą przypadkowo zgubiłam gdzieś na podłodze, nie jestem w stanie porównać do niczego. „Pandemonium” jest w stu procentach idealne, polecam przede wszystkim złaknionym młodzieżówek, antyutopii i wielu, naprawdę wielu stron akcji reprezentujących świetny i wysoki poziom. Lauren Oliver jest pisarką bardzo dobrą. Może nie genialną, ponadczasową i świętą, ale zdecydowanie z wielkim potencjałem, którego, mam nadzieję, nigdy więcej nie zaprzepaści. 



"Ja, nowa Lena, nie rodzę się tak od razu.
Krok po kroku, a potem centymetr po centymetrze.
Czołgając się, ze skurczonymi wnętrznościami, czując w ustach smak dymu.
Pełzając po ziemi jak robak.
To właśnie tak przychodzi na świat nowa Lena."

Delirium | Pandemonium | Requiem
Czytaj dalej

5 kwi 2015

Prawdziwe dobro kryje się wewnątrz


Akademia Dobra i Zła | Świat bez książąt | Długo i szczęśliwie

Cenię sobie powieści, które są czymś więcej niż tylko dobrą opowiastką. Które nie są napisane by być przyjemnymi czasoumilaczami, dającymi jedynie złudne poczucie zadowolenia z lektury. Owszem, takie też są potrzebne, takie też lubię czytać. Ale potrzebuję książek, które napisane są by je przeżywać, przeżuwać wręcz, mielić, trawić i rozmyślać nad ich problematyczną fabułą nawet podczas rekolekcyjnego kazania. Mimo faktu, że „Akademia Dobra i Zła” mną nie zawirowała, taka właśnie była. Do zastanawiania się nad dobrem i złem, selekcją ludzi i ich wewnętrznymi demonami.

Bo jeśli o demonach mowa – przedstawiam Wam Sofię. Jest piękna, każda dziewczyna zazdrości jej tych długich, blond włosów, delikatnych rysów twarzy, cery, idealnie skrojonych sukien. Ale to tylko przykrywka. Jak każdą zakochaną w sobie osobę, Sofię nie bardzo ciągnie do pomocy, ma gdzieś potrzebującego, zniedołężniałego ojca i resztę dziewczynek z miasteczka, które chętnie mogłyby się z nią zaprzyjaźnić. I gdy zbliża się czas wyczekiwanego przez Sofię poboru dwóch uczniów do Akademii Dobra i Zła, dziewczynka postanawia się zaprzyjaźnić z Agatą – dwunastolatką mieszkającą z matką na cmentarzu, chodzącą w czarnych, workowatych ubraniach i nade wszystko kochającą koty. Czarne, rzecz jasna. Przeciwieństwa się przyciągają, można by rzec. Szkoda, że gdy dziewczynki zostają w końcu porwane przez dyrektora Akademii problemy piętrzą się przed nimi i rozrastają do niewyobrażalnych rozmiarów. Bo jak wyjaśnić fakt, że złotowłosa trafia do Akademii Zła, a ta druga – mieszkająca na cmentarzu Agata, do Akademii dla księżniczek?

Nie jest to książka idealna. Największym minusem, który niecnie zbuntował się na przekór autorowi, widzącemu w nim jedynie zalety – był wiek dziewczynek. Obie mają po dwanaście lat i obie trafiają do szkół, gdzie wiek nie przekracza lat piętnastu. Tak młodych bohaterów traktujemy głównie z dystansem, choć ci tutaj zachowują się na zdecydowanie dojrzalszych, (co skutkuje wyjątkową drętwotą i sztucznością) albo wręcz odwrotnie (co też skutkuje drętwotą i sztucznością). Jedni głoszą prawdy moralne, a drudzy uganiają się za swoim księciem, opcjonalnie: za księżniczką. Wiek bohaterów sprawia, że ta książka jest nienaturalna, a w każdym momencie, gdy dwoje zakochanych dwunastolatków pała do siebie miłością tak nieskazitelną i silną, staje się to dla mnie co najmniej dziwaczne. Albo ja byłam dziwaczną, samotną i odizolowaną dwunastolatką.

W oczy bije również przewidywalność. Jednak zanim do niej dojdziemy, trzeba będzie przebrnąć przez długi i nudnawy początek, który wnosi w zasadzie niewiele; ponieważ od razu wiemy kto jest jaki i do jakiej szkoły trafi – okładka zdradza połowę treści książki. Po pewnym czasie sytuacja znacznie się poprawia, jednak oprócz przewidywalności dopatrzyć się można też – szczególnie na początku – niezgrabnego operowania językiem. Pióro autora nie podobało mi się wcale, było nieporadne i chaotyczne. Oprócz tego sporym minusem jest natłok różnych informacji, zlepek imion bohaterów, o których do końca książki nie wiemy nic, poza tym jak się nazywa i do jakiej szkoły chodzi. Chaos panuje na przeważającej liczbie stron tej książki, wszystko napisane jest za szybko, jakby autor był dogłębnie przekonany, że cały świat wykreowany w jego głowie nie musi zostać przelany na papier, bo przecież może nam wszystko przekazać telepatycznie. Zbyt szybkie prześlizgiwanie się między tematami może nieźle zakołować w głowie, i sprawić, że za dany akapit zabierać się będziemy po parę razy.

Obie dziewczynki nienawidzą swoich szkół. Agata nienawidzi zajęć Etykiety dla Księżniczek, a Sofia Pielęgnacji Brzydoty. Obie chodzą poirytowane otaczającym ich światem, naburmuszone i wściekłe. Nie chcą się zaaklimatyzować w nowej szkole, bo żyją nadzieją, że wkrótce czeka ich przeprowadzka. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, bohaterki przekazują swoją frustrację i brak entuzjazmu czytelnikowi. Ich niechęć do dostosowana się jest tak widoczna i namacalna, że niejednokrotnie miałam ochotę tę książkę zamknąć i sięgnąć po coś mniej ponurego.

Mimo wszystko gdy o tej powieści usłyszałam i od razu gdy wzięłam ją do ręki, poczułam taką emanującą od niej bliskość. To się nazywa nostalgia. Ta książka opisana jest jako połączenie „Harry’ego Pottera” i baśni braci Grimm. Jakże trafne. Bajkowe klimaty przejawiające się na każdym rozdziale w postaci nawiązań do baśni, w połączeniu z sielską atmosferą szkoły, przyjaciół, pracy w grupie jest niczym lek na zabiegane serce. Momentami wydaje się, że – głównie przez wiek bohaterów – powieść ta jest skierowana tylko i wyłącznie dla dzieci. Owszem, ale jak wspaniale jest przeczytać coś, co tak bardzo przypomina znane nam z przeszłości utwory literackie, które były i są dla nas tak ważne, które pobudzają sentyment, które przywołują lata dzieciństwa napiętnowanego jakże przyjemną niewiedzą i beztroską. To właśnie książki takie jak ta, idealnie uświadamiają dlaczego tak bardzo kochamy baśnie i tak trudno jest się nam z nimi rozstać. Więc nie rozstawajmy się i zacznijmy odliczać dni do wydania drugiego tomu, bo mimo, że nie jest to książka z najwyższej półki, autor już samym zamysłem baśni skradł moje serce.

Walka dobra ze złem nie występowała tu tak czynnie jak w baśniach i innych opowiastkach. Tu przez całą fabułę przewijał się jeden, główny motyw. To, że nie szata zdobi człowieka i to, że liczy się wnętrze, nie wygląd zewnętrzny. Z resztą, jak wspomniałam na wstępie, cenię sobie książki których najwyższym priorytetem jest przekaz. I to jest zdecydowanie największy plus powieści Somana Chainani’ego. To, że powieść, która baśnią nie jest, a skrywa jedynie (albo aż) jej fragmenty, ma równie piękny morał, posiada równie ważną puentę. Podoba mi się jej zgrabne przekazanie głoszące, że nie każda piękna dziewczynka jest równie idealna w środku, a nie każda samotna i nienawidząca swego oblicza osoba jest od razu ponurą wiedźmą łaknącą zagłady dobra, by świat mieć tylko na swoją wyłączność.

„Akademia Dobra i Zła” jest książką dobrą, może nieidealną, ale zdecydowanie wyróżniającą się pośród innych powieści. Praca nad językiem, nieprzewidywalnością, kreacją bohaterów i stopniowym przekazywaniem informacji wpłynęłaby bardzo pozytywnie na książkę tę, która potencjał miała, ale zamiast skupiać się na tych ważnych aspektach, kierowała się pomysłem, motywem baśni i morałem. Jednocześnie dzięki tym ostatnich cechom tak bardzo spodoba się ona fanom baśni i bajek, którym przejadło się tradycyjne i żyli długo i szczęśliwie. Sielska atmosfera codziennego biegania na zajęcia, potyczki z nielubianymi nauczycielami, przygotowania na bal i szkolne zauroczenia sprawiły, że Akademia stała się po części drugim Hogwartem. I chyba nie istnieje lepszy argument zachęcający do sięgnięcia po tę powieść. Bo pomimo wszelkich niedociągnięć pisarskich, kreatywność pozostała, przepiękne ilustracje jeszcze bardziej zaostrzają apetyt na dany rozdział, ważny morał czynnie się przejawiający daje do myślenia, a wątek przyjaźni wystawionej na próbę uświadamia, jak silne okazać mogą się te więzy.
Za możliwość baśniowej przygody dziękuję wydawnictwu Jaguar.
Czytaj dalej

3 kwi 2015

Marcowy Przegląd Książkowy


Podsumowania jako jedyne na świecie pozwalają mi się zatrzymać i przypomnieć, że to już koniec pewnego etapu, ogarnąć książki w liczbach, podpatrzeć statystyki i ogólnie, odetchnąć kolejnym przeżytym miesiącem szkoły.

Fajnie. Ledwo zdążyłam się przyzwyczaić do "03" na marginesach zeszytów, a tu nagle kwiecień. To niesamowite, że czas już nie leci, nie pędzi, a jedynie przesypuje się pomiędzy palcami jak piasek na plaży i nieubłaganie nam ucieka. To. Mnie. Przeraża.


Jaki był marzec? Świetny. Zaczął się wyjątkowo, skończył równie dobrze.
Początek mojej listy zdobi niesamowite „Morze Spokoju”, które nie złamało serca, a pogruchotało je, cal po calu, zmieliło i zmiksowało. Ta powieść mną wstrząsnęła. Nie powiem nic więcej na jej temat, brak mi słów. Jest wyjątkowa.
Potem przyszła pora na odkładanego przez tygodnie „Starego człowieka i morze”, moją lekturę szkolną, w której spodobało mi się przesłanie, kwiecistość języka i sprawne nim operowanie. Nie przypadło mi do gustu zaś to, że z całą pewnością mógłby być świetnym usypiaczem, ale dzięki Bogu nie jest to powieść gruba.
Następnie napisałam trochę o książce, która od zbyt długiego czasu spędzonego na mojej półce zaczęła usychać w zapomnieniu, czyli "Przez Burze Ognia". Okazała się ona bardzo przeciętna, z wieloma wątkami perfidnie skopiowanymi z innych dystopii czy sci-fi, ale dało radę przez nią przebrnąć i przez kolejny tom też przebrnę.
Choćby nie wiem co „Wiosna 1941” była, jest i będzie na zawsze w mojej pamięci. Okazała się lekturą trudną, wymagającą ruszenia mózgownicą, ale trzeba czytać takie książki, dlatego polecam ją Wam wszystkim.
I moje drugie spotkanie z Sarą Shepard, czyli wspaniałe „Nigdy,Przenigdy”. To powieść cienka, lekka i przyjemna, z genialnie zarysowaną kreacją bohaterów i idealnie poprowadzonym wątkiem kryminalnym.
Jak wspomniałam na początku – miesiąc skończył się wyjątkowo dobrze, bo z „Akademią Dobra i Zła”. Recenzji jeszcze nie ma, ale będzie, obiecuję. Na razie więcej nie zdradzam, wkrótce będzie można przeczytać o niej parę zdań, już niebawem. 

Ponadto napisałam trochę o własnych czytelniczych problemach, o tym dlaczego kochamy baśnie i o serialu, który wojował mną i w marcu, i w lutym, czyli "Teen Wolf". Życzę sobie i Wam żeby kolejny miesiąc minął równie szybko, a kolejny jeszcze szybciej, żeby wakacje czekały na mnie, na Was tuż za rogiem, żebyśmy mogli wreszcie trochę przystopować, wyluzować się i bez żadnych skrupułów połykać jeszcze większą ilość książek.
Cześć!

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.