28 cze 2015

Ignite, my love. Ignite.



Nie wiem, jak bardzo zwyrodniałym i zawistnym człowiekiem trzeba być, by napisać taką książkę.

Nie wiem, dlaczego ludzie decydują się ją czytać, skoro już wcześniej wiedzą, jak działa na zmysły. Jak działa na duszę, jak ją podrażnia, jak wstaje z kolan, podchodzi niepewnie i nagle bierze ostry zamach i z siłą tysiąca gwoździ świdruje nasze wnętrze.

Jak działa na serce. Jak zaciska na nim swoje orle szpony, które poruszając się działają niczym korona cierniowa. Ja nie dramatyzuję i nie chcę pisać emocjonalnie. Niedługo minie miesiąc, odkąd tę książkę przeczytałam, zdążyłam wszystko więc dokładnie przemyśleć i zdajecie sobie sprawę, do czego doszłam?

Emocje towarzyszące tej lekturze są nie do opisania. Od dzisiaj frustracja powinna mieć własne miejsce w słowniku, zarezerwowałbym to słowo tylko dla Tahereh Mafi za to, że przez całe godziny pewnie trzymała swą rękę na moim gardle, nie chcąc puścić, nie chcąc sprawić by ucisk zelżał choć odrobinę.

Wiecie o czym jest ta książka?

O dziewczynie, która bała się własnego cienia. O nastolatce zamkniętej w ośrodku dla wariatów, której moc, jaką dysponuje przeraża wszystkich ludzi na Ziemi. Przebija się przez pancerne mury gołymi rękoma. Przez betonowe ściany już w ogóle z niesamowitą łatwością; uderzając pięścią w ziemię, potrafi w ułamku sekundy stworzyć nowy Rów Mariański. Jednym palcem powala dorosłych facetów na ścianę. Wszystko dlatego, że ma niezwykły dar.

Julia już nie jest tą samą wystraszoną dziewczyną. Dołącza do Punktu Omega – przystani dla ludzi o podobnych zdolnościach – i szykuje się na wojnę z Komitetem Odnowy. Czy zwycięską?

Mafi posiada niewątpliwie zdolności zapożyczone z Hogwartu, skoro potrafi tak manipulować uczuciami czytelnika, podczas gdy jemu nie za bardzo podoba się to, co widzi. Bo to nie jest najlepsza część. Sądzę, że bardziej nieprzewidywany był „Sekret Julii” pomimo wewnętrznych monologów bohaterki, lamentu i tęsknoty. „Dar Julii” był równie trzymający w napięciu, ale wydawał się taki… zimny, oschły. Wyrachowany. Część ta, na pierwszy plan obiera sobie wojnę, przygotowania do walki, ćwiczenia i taktykę. Zero luzu i czasu na uczucia. Z niecierpliwością czekałam na rozwinięcie wątku miłosnego i naczekałam się pół książki. Sądzę, że ta powieść byłaby lepsza, gdyby spłynęła na nią odrobina słodyczy. Poprzedni tom właśnie, zaimponował mi takim wyważeniem, prawie idealnym przedstawieniem całej opowieści: wszystkiego po trochu, z umiarem i cierpliwie. Tutaj było nierówno i odrobinę gorzko.

Ponad wszystko w tej książce, najbardziej wyrazistym zabiegiem jest metamorfoza głównej postaci. Młodej i silnej kobiety, można by rzecz: drugiej Żelaznej Damy. Julia jako jedna z niewielu wybiera coś więcej niż bycie bohaterką – staje się autorytetem, prowadzi wojnę, wydaje rozkazy. To nie jest już ta postać z innych powieści tego gatunku: ani Katniss, ani Lena czy Ruby nie posunęły się tak daleko. Wojna i możliwość władzy zamieniła ją w niemalże dyktatorkę, za co ją podziwiam.

Jestem trochę rozczarowana zakończeniem – szykować się do wojny przez dwa tomy i zawrzeć ją w zaledwie paru końcowych rozdziałach. Zdecydowanie zbyt szybko, zdecydowanie zbyt łatwo. Wątek walki został drastycznie spłycony, a czytelnika, który nieco wolniej wbija się w tempo narzucone przez Mafi czeka niemałe rozczarowanie – ni stąd, ni zowąd nadchodzi zakończenie, fanfary, aplauz i wielkie show na zakończenie. Co jeszcze? Pamiętacie Julię w pierwszym tomie, zamkniętą w jednym z pokoi Warnera? Wszędzie kamery, tysiące żołnierzy w jednym budynku, dziesiątki na korytarzu, paru przy jej drzwiach. Byłam zaskoczona posunięciem Mafi – podczas gdy w budynku przebywali rebelianci, którzy czuli się jak na wakacjach w pięciogwiazdkowym kurorcie, nie trafili na żadnego z żołnierzy Warnera. Być może zabronił on im wchodzenia do szatni, do siłowni itd., ale przecież i oni musieli gdzieś trenować. Wiedzieli bowiem, że wojna – niezależnie po której stronie będą stać – jest nieunikniona. Nie mogli siedzieć, nie mogli bezczynnie czekać, wojowników nie zaprogramowano by oglądali sobie kablówkę. Uważam, że gdyby autorka postawiła na drodze rebeliantów trochę problemów w postaci ludzi Warnera, całość stałaby się o niebo ciekawsza, ale i przede wszystkim – bardziej rzeczywista.

Odnoście wątku romantycznego uczucia mam bardzo mieszane – z jednej strony, jak już wspomniałam – rozkręca się po długiej przerwie, niecierpliwi czytelnika, a on popada w furię. Autorka wodzi, trzyma nas na dystans i dopiero po długo wyczekiwanym momencie pojawiają się fajerwerki. A z drugiej strony jest to całkiem niezły ruch. Bo gdyby nie to wielkie bum, które spuściło ze mnie powietrze, nie byłabym tak tą książką zachwycona, nie poczułabym tak wielkiej satysfakcji, że wreszcie się udało, i w ogóle nie poczułabym nic.

Ta książka płonie. Żar bucha od niej jak od płonących węgielków i nie ma substancji, która mogłaby ją ugasić. Ale sama trylogia jest już ogniem i wodą. Raz rwącą rzeką, falą i wodospadem, a innym razem gorącem dynamizmu, rozgrzanymi mięśniami i ciepłym od wysiłku karkiem. Polecam ją spragnionym odrobiny liryki w epice – wszystko spod pióra amerykańskiej autorki jest jednym wielkim cytatem. To trylogia z antyutopią w tle trochę marną, raczej nazwałabym to fantastyką z domieszką Young Adult, ale! Ale warto przeczytać, niezależnie od wad wyżej wymienionych – każda książka je posiada, a te tutaj niczym nie psuły fenomenu Mafi. To książka o woli walki, trudnych zwycięstwach i gorzkich porażkach. To książka o pokonywaniu słabości, pracy nad własnym człowieczeństwem, cudzie drugiej szansy i ludzkich metamorfozach. Ta trylogia to jedna z lepszych, które przeczytałam w swoim życiu, dlatego serdecznie polecam ją fanom właśnie takich aspektów jak nadprzyrodzone umiejętności, walka z rządem i wewnętrzna przemiana bohaterki w silną i zdecydowaną.
"Słowa, myślę sobie są takie nieprzewidywalne. Żaden pistolet, miecz, armia ani król nie mogą się mierzyć z potęgą jednego zdania. Miecze mogą ranić i zabijać. Słowa zagnieżdżają się w naszych ciałach i pasożytują w nich jak robactwo. Niesiemy je ze sobą w przyszłość, nie mogąc się od nich uwolnić."


Dotyk Julii | Sekret Julii | Dar Julii


Czytaj dalej

25 cze 2015

„Życie nie jest sprawiedliwe, ale to, jak je przeżyjemy – to właśnie jest cudowne”


Przepis na sukces książki dla młodzieży jest śmiesznie prosty i każdy o tym wie. I im częściej czytam powieści z gatunku New Adult czy Young Adult, tym bardziej się o tym przekonuję. Że musi być dziewczyna – niedoświadczona przez miłość, a złe wspomnienia. I musi być chłopak – złota dłoń, która ratuje ją z opresji, czasem potrzebując bardziej pomocy dla siebie. Że udaje on wielkiego macho i powszechnie uważany jest za boga lub chuligana, a tak naprawdę w głębi duszy skrywa wiele przykrych doświadczeń – blizn, których czas nie wyleczył, a wyleczy właśnie ona. I to jest okej. To jest całkowicie do przejścia, pomimo schematów, książka taka może wydawać się faktycznie wyniszczająca lub wstrząsająca. Ale nie zawsze. Niestety.

Historia jaka przewija się przez „Utratę” Rachel van Dyken jest naprawdę urocza. Naprawdę. Poznajemy tam Kiersten, poznajemy tam Wesa. Ona pochodzi z małej mieściny, właśnie zaczyna studia na college’u i jest sierotą. On jest synem najbogatszego faceta na świecie i wszystkie dziewczyny za nim szaleją. Ona ma rude włosy, on jest nieziemsko przystojnym aspirującym aktorem. Więcej? Więcej nie jest potrzebne, wystarczy znać fabułę „Hopeless” i „Gwiazd Naszych Wina”.

Sprawa jest prosta. Rachel van Dyken zaczęła od konstrukcji bohaterów, którzy przeczą sobie na każdym kroku. Kiersten miała być zamknięta, tak? I była taka. W pierwszych trzech rozdziałach, kiedy wstydziła się założyć bluzkę z dekoltem na dyskotekę. Potem nastąpił moment niezwykle burzliwy i przełomowy, moment, kiedy zapukała do drzwi chłopaka, którego zna – uwaga: AŻ 3 DNI i lubieżnie rzuciła się na jego szyję, wcześniej monologując, że ma osiemnaście lat, nikogo nie całowała i w ogóle to cała jest jakaś beznadziejna. A Weston – ten lubieżnie całowany – był całkiem do przejścia. Nie irytował rozdwojeniem jaźni jak Kiersten, chociaż bywały momenty, gdy nie popisywał się sztuką narratora, wszystko opowiadając ze zbyt dużym przejęciem lub sztywnością. Jednak najbardziej do gustu przypadli mi Gabe i Lisa – przyjaciele bohaterów, którzy mimo tego, że stanową tło powieści, wykreowani zostali idealnie: z nutką tajemnicy i niedopowiedzeń. Rozbrajali mnie na każdym rozdziale, bez nich umarłabym na zanudzenie wywodami o niesprawiedliwości życia i przesłodzonymi dialogami zakochanych gołąbeczków.

Językowo było bardzo dobrze. Rachel van Dyken operuje niezastąpionym językiem idealnym dla młodzieżowego gatunku – książkę czyta się lekko, strony same się przewracają, cały czas dzieje się coś, na co warto zwrócić uwagę. Niektóre cytaty były tak dobre, że moja przyjaciółka oceniła je jako godne Greena, i które zasłużyły na szlachetne miejsce w moim zeszycie. Na przykład ten:
„Życie nie jest sprawiedliwe, ale bycie żywym? Bycie żywym jest niebem. Bycie żywym jest darem. Każda droga jest inna, z jakiegoś powodu taka jest nasza. Im wcześniej to zaakceptujemy, tym wcześniej przestaniemy płakać i zaczniemy żyć.”
Nie da się również ominąć prologu. Jest... wstrząsający. To chyba najlepszy lub nawet najgorszy moment tej powieści  autorka napisała go przenosząc nas do przyszłości, by tak samo jak w "Ostatniej piosence" Sparksa i "Hopeless" Hoover, móc zobaczyć fragment układanki, zakończenie powieści. To spojler i jak wiadomo – spojler zaostrza apetyt i sprawia, że nie przestajemy myśleć nad jego znaczeniem. Tutaj cały ten zabieg został poprowadzony nieco ułomnie, bo w przeciwieństwie do dwóch wspomnianych powieści, tu po jakimś czasie domyśleć można się zakończenia. 

Martwi mnie trochę przestrzenność historii. A raczej jej ograniczone pole. Fabuła wydaje się takim skakaniem po tafli wody – domagasz się szczegółów i niecierpliwisz się, gdy ich nie dostajesz. Całość była dla mnie właśnie jedną wielką niecierpliwością. Nie mogłam się wbić w historię, bo czytałam tak wiele książek, że rozpraszały mnie podobieństwa zewsząd na mnie czyhające.

I ja wiem co powiecie: w New Adult i podobnych schematów uniknąć się nie da. A ja Wam odpowiem: nieprawda. Są książki, które faktycznie rozwalają na łopatki obrotem akcji, należą do tego gatunku i również mają drobne podobieństwa do innych powieści. I nie są naciągane, dialogi nie wyglądają na wymuszone, bohaterowie nie są infantylni oraz nie przeczą sami sobie.

Powieść tę niestety polecam tylko fanom gatunku. (Oraz tym, którym podoba się tak wyrafinowana i nieposiadająca dwuznaczności okładka). „Utrata” to przeciętna lektura. I schematyczna. I naiwna też bywa. Nie rozwaliła mnie tak, jak tego oczekiwałam. Nie wywołała żadnych emocji, nie płakałam, nie wpadłam w czytelniczą depresję. To książka, która miała lepsze momenty, bardziej zaskakujące, ciekawe, inne i świeże, ale to zbyt mało. To książka, która mogłaby wypaść lepiej, ale się nie udało. Zabrakło oryginalności, blasku i śmiałości. To książka o miłości, o wzlotach i upadkach, o niepokojących diagnozach, potędze śmierci, nadziei i ogromnej ilości cudów. Czasem irytująca, ale czasem naprawdę zyskująca w moich oczach, poprzez wtrącenie czegoś zabawnego czy ciętego. Przekazuje wiele życiowych mądrości, rad i wskazówek dotyczących dobrego życia i szczerze mówiąc, nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Tom kolejny również przeczytam. Z czystej ciekawości.

Utrata | Toxic | Wstyd
Czytaj dalej

22 cze 2015

TOP5. A na Dzień Taty... Ojcowie niepoczytalni!

... żeby nie powiedzieć obłąkani. Ale to dzień jutrzejszy – niezależnie od tego jacy są – jest ich świętem, więc zachowajmy pozory uprzejmości.

Po Dniu Matki i ich własnym TOP5 nadszedł czas na mężczyzn, tyle tylko, że z nimi to sprawa jest o wiele trudniejsza. O ile w literaturze matki traktuje się po łebkach, to ojców jeszcze bardziej się olewa i coraz częściej są tylko po to, by straszyć, pić i mordować. Dlatego prezentuję tych najgroźniejszych, najbardziej szalonych i niepohamowanych. Strzeżcie się!

Kolejność całkowicie przypadkowa.  


Jaime nie bez powodu nazwany jest Królobójcą. A ten zaiste szlachetny przydomek, który zapewne umilał mu tylko wieczory spędzone w karczmie wśród ludzi go znających, zyskał zdradzając i mordując Szalonego Króla – Aerysa II Targaryena – u kresu Rebelii Roberta. Jaime nie jest typowym czarnym charakterem, ale już na początku pierwszego tomu sprawia, że jego ulubionym mieczem z valyriańskiej stali mam ochotę odrąbać mu nie tylko rękę. Ojcem jest nijakim, wkrótce i rycerzem staje się podobnym. Życie mu się sypie – i z jawiącego się jako aroganckiego, niemoralnego i niehonorowego obywatela, zmienia się i pokazuję Królestwu, że nawet najwięksi zdrajcy mogą stać się najlepszym sojusznikiem. 


Egzamin dojrzałości zdał przedwcześnie, to fakt. Po śmierci rodziców musiał opiekować się siostrą, która nigdy nie przestała go nienawidzić. Podobnie też jak córka. Sky Davis – czyli główna bohaterka powieści Colleen Hoover „Hopeless” miała przerąbane. On przerąbane ma w głowie. Tego nawet nie da się opisać. O tym nawet nie wolno mówić na głos. Ani myśleć. John Davis zrobił najgorsze świństwo ever i uciekł przed nim. Uciekał bezwstydnie całe życie, chował ten cały shit do szufladki i wyjmował tylko by odświeżyć i wytrzeć kurze. Co za chory człowiek. Zakłamany hipokryta.


Człowiek, od którego mogłabym wyżulić napar klonujący ludzi. Napój w garze jak u Galów, który sklonował go samego i pozwolił z łatwością (oczywiście przy pomocy kolejnego naparku babuni) przenieść go do dwóch domów, dwóch synów, dwóch kobiet, dwóch rodzin. Wszyscy z nich znali go z innej strony. Jego plan był następujący: udawać dobrego ojczulka przed rodziną A – Po drodze do miejsca Y narżnąć się i zacząć świrować będąc z rodziną B – Wrócić do A i tam maltretować synalka – Zatoczyć pijane koło i znęcać się na synem z domu B.  Fajnie, nie? Nie? No właśnie. A w bonusie rzucę jeszcze ciekawostkę, że to persona, która wzbudza strach na całym świecie. Taki lord protektor przyszłości.


Cóż za ironia. Nasz szanowny poprzednik dzieci nienawidził, a ten tu obecny ślini się w nocy na myśl o armii małych Nocnych Łowców – dzieciaków w pampersach z całkowicie czarnymi oczami i palcami zakończonymi orlimi szponami. To jest psychol. Własną ciężarną żonę faszerował sproszkowaną krwią Lilith lub opcjonalnie: krwią anioła, którego – tak całkowicie notabene – przygwoździł sobie kajdankami w piwnicy. To dopiero anielski sąsiad, pozazdrościć! Valentine jest do szpiku kości zły, ale – tak jak i do Voldemorta – pałam do niego dziwnym rodzajem sympatii. To takie inne zło. Takie enigmatyczne, z charyzmą i wyczuciem.


I wreszcie mój faworyt! Prawdziwy mężczyzna: Król Robert z Domu Baratheonów, Pierwszy tego imienia, Król Andalów, Rhoynar i Pierwszych Ludzi oraz człowiek masa, który szlachetne kilogramy zyskał wskutek nadmiernego ucztowania i picia oraz jako idealnie rozeznany kameleon: zapuścił brodę by ukryć liczne podbródki. Niegdyś – za czasów gdy uczestniczył w rebeliach, które ciężko jest na palcach zliczyć – był walecznym i dumnym rycerzem. A resztę i rzecz jasna – jego wierność małżeńską wobec Cersei i zainteresowanie dziećmi: Joffreyem, Myrcellą i Tommenem – można wskazać na podstawie pewnej przepowiedni, dotyczącej szesnastki jego szczęśliwych bękartów. Na szczęście nie macie się co go obawiać. Valar morghulis i takie tam.

Okej, to było trudniejsze niż myślałam. Żyjecie? Jeśli tak to przekażcie lub przyjmijcie ode mnie...
Wszystkiego najlepszego dla wszystkich tat, tatów, tatusiów!

I tradycyjnie: dobrze obsadziłam tę piątkę? Kogo byście dodali/usunęli/podmienili? Czekam na sugestie, miłego wieczoru! :)
Czytaj dalej

19 cze 2015

Uwięziona w ciele siostry ("Pozory Mylą")


Czasami fantazjuję.

Myślę sobie, że fajnie byłoby mieć bliźniaczkę, która usiadłaby za mnie do sprawdzianu z matmy. Że może opcja podmiany byłaby alternatywą idealną, że jak na filmach wszystko zawsze się uda, będę w dwóch miejscach jednocześnie i nikt nas nie rozpozna.

A potem czytam książkę Shepard i nagle mi się odechciewa.

Ktoś zabił bliźniaczkę Emmy – Sutton. Dziewczynę, którą odnalazła w Internecie parę miesięcy temu, wcześniej nie wiedząc o jej istnieniu. Teraz prowadzi śledztwo udając zaginioną siostrę. Umawia się z jej przyjaciółkami, mieszka z jej rodzicami, spotyka z chłopakiem Sutton. Nosi jej ubrania, staje się nią, zachowuje się jak ona. Cały czas żyje w strachu, boi się, że ktoś się zorientuje, że zabójca cały czas przebywa wśród niej. Tylko kim on jest, skoro Sutton nie cieszyła się szkolnym uwielbieniem i na każdym kroku miała swojego wroga?

"Pozory Mylą" to trzecia część nowej serii amerykańskiej autorki znanej głównie z tomów „Pretty Little Liars” – Sary Shepard. A mowa oczywiście o „Grze w Kłamstwa”, serii zdecydowanie uzależniającej, coraz bardziej frustrującej i koszmarnie manipulującej czytelnikiem! Pierwszy tom to arcydzieło bez dwóch zdań, z dwójką jest odrobinę gorzej, a jak poradziła sobie część trzecia, czyli „Pozory Mylą”?

I jeśli mam być szczera – słabo, ta książka w porównaniu do reszty wypadła zdecydowanie przeciętnie, mimo że czytało się przyjemnie i błyskawicznie. Przede wszystkim fakt, że to trzeci tom i autorka po raz kolejny powiela własny schemat, trzymając się przez całą książkę jednego zarzutu do jednego z bohaterów. Skupiła się na osobie, o której do tej pory nie było wiele powiedziane. Ot tak się ona pojawiła, a autorka postawiła jej zarzut, którego trzymała się do końca książki. To było niesamowicie denerwujące: takie wieczne przeciąganie, wymuszone dłużenie przed finałem.

Jedyne, czego nie mogę zarzucić autorce to między innymi jej język. Jest niesamowicie prosty, jest wystarczający by objąć całą rzeczywistość – która gwoli ścisłości również jest wykreowana bardzo naturalnie i wiarygodnie. To samo tyczy się bohaterów. Każdy ma jakąś tajemnicę, każdy miał kiedyś postawiony jakiś zarzut, nikt nie jest czysty i właśnie to stawia Emmę w tak trudnej sytuacji. Przyjaciele Sutton nie byli święci. Ba, ona sama nie była wzorcem. Była dziewczyną z grupy tych, które żyją sobie w willach na obrzeżach Beverly Hills, gdzieś mają rodzinę, poukładane życie, naukę i to co wypada. Miała brutalne hobby – dała początek „Grze w Kłamstwa”, która polegała na robieniu przerażających kawałów ludziom ze szkoły, począwszy od ośmieszania i publicznego upokarzania, skończywszy na duszeniu, zatrzymywaniu się samochodem na torach w momencie, gdy jedzie po nich pociąg. Biorąc to pod uwagę – każdy mógł się na niej odegrać.

A wiecie, co jest jeszcze lepsze? Narracja. Jestem zachwycona, że narratorką jest Sutton, która uważnie śledzi poczynania Emmy i – co najlepsze – która nie pamięta żadnych wydarzeń ze swojego życia. Jest tylko duchem, którego nawiedzają czasem wspomnienia, dając nam rozdział pełen retrospekcji, które jeszcze bardziej podkręcają tempo książki. Emma musi do wszystkiego dojść sama, Sutton jako duch również nie może jej pomóc, a jeśli nawet, to nikt jej nie usłyszy. To niekończące się pasmo dochodzeń, domysłów, prawdopodobieństw, całej masy być może, czy aby na pewno i a jeśli.

Serię – która ma być znacznie krótsza od PLL – polecam szczególnie fanom Shepard, ale i lekkich młodzieżowych, które czyta się przyjemnie i niesamowicie szybko. Te książki są zapowiedzią niekończącego się śledztwa, hejnałem kłębiących się myśli, dochodzeń i podchodów, które tak człowieka męczą, że ma ochotę tą książką trzasnąć o ziemię. Shepard pisze o młodzieży i dla młodzieży, stara się uzmysłowić przede wszystkim,  jak niebezpieczne są osoby z naszego środowiska, portale społecznościowe oraz udowadnia, że nie każdemu można całkowicie zaufać. Mimo tego, że to książka słabsza od poprzedniczek, nadal z jej wnętrzem warto jest się zapoznać.


Gra w Kłamstwa | Nigdy, Przenigdy | Pozory Mylą | Kłamstwo Doskonałe
Czytaj dalej

17 cze 2015

KONKURS: "Skazani" Alice Hill | 20 tysięcy wyświetleń


Moi drodzy!

Pamiętam dokładnie 19 października ubiegłego roku, ponieważ to właśnie tego dnia narodziło się miejsce, w którym teraz jesteście. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Wdzięczność. 

Dzisiaj świętuję i Wy świętujecie razem ze mną. 20 tysięcy to dla niektórych liczba tak błaha, że aż niezauważalna, ale ja cieszę się z każdego obserwatora, widza, komentarza, wejścia. Razem stworzyliśmy miejsce, które stanowi nasze wspólne dobro, dlatego bez wstępnego przeciągania, snucia monologów i chwytających za serce przemów, oznajmię:

Dzięki wspaniałomyślności samej autorki mam przyjemność obdarować kogoś z Was jej debiutancką powieścią z autografem!


"Polecam tę książkę obowiązkowo tym, którzy w głębi serca paranormal romance nadal kochają, którzy darzą ten gatunek sentymentem tak ogromnym jak ja. Ale jeśli wzdrygasz się raz po raz, słysząc tę nazwę, nie bój się. Jest tu ziarno Young Adult, dobrze rozwinięty wątek psychologiczny, tysiące stron thrillera i odrobina szkolnych podziałów. Jest tu rzadki motyw biblijny – rzeczy, o których na religii się nie mówi, albo te ukazane z trochę innej perspektywy. Są tu nadprzyrodzone istoty, chociaż bardzo mało i bardzo rzadko. Niesamowicie intrygujące zakończenie i napływające raz po raz pytania z nim i całą resztą książki związane, ciekawią mnie niezmiernie. I tak, nie mogę doczekać się kolejnego tomu. I nie boję się, że do tamtego czasu mogę wszystko zapomnieć. Tę książkę mogłabym przeczytać jeszcze wiele razy. Jest fascynująca. "

MOJA RECENZJA


Zwycięzca zostanie wyłoniony za pomocą losowania, dlatego aby zgłosić się do udziału, należy zostawić pod tym postem komentarz z adresem e-mail oraz zostać obserwatorem tego bloga. To jest wymóg, jednakże reszta jest zdecydowanie indywidualna i to tylko od Was zależy, jakie będziecie mieć szanse na wygraną. 

Konkurs potrwa do 6 lipca, do godziny 23:59. Wyniki podam do trzech dni od zakończenia konkursu, a ze zwycięzcą skontaktuję się mailowo. 

Przykładowe zgłoszenie:

Zgłaszam się!
Obserwuję jako: 
E-mail: 
(+1 los) Udostępniłem/am banner tu: (link)
(+1 los) Lubię facebooki jako (imię i pierwsza litera nazwiska)
(+2 losy) "Skazani" to prawdziwy miks gatunków. A jaki jest Twój ulubiony? 

Fanpage Alice Hill

banner

Powodzenia! ;))

Czytaj dalej

15 cze 2015

Disney Book TAG


Cześć!
Przeżywam małe piekiełko, ponieważ do Rady pedagogicznej zostały cztery dni, a mnie cechuje tak chora ambicja, że do ostatniej chwili lubię wszystko obliczać, kalkulować i poprawiać, niezależnie od tego, jak wysokie stopnie posiadam. Ostatni tydzień nauki zawsze mnie nakręca, a ja lubię wyzwania, dlatego stawiam sobie poprzeczkę najwyżej jak się da i daję z siebie wszystko.
Ale cierpi przez to ten blog, dlatego wrzucam dość zaległy TAG od Bookcase Monster. Dziękuję, ratujesz mnie w tych trudnych chwilach!


Szczerze mówiąc, to kategoria, która sprawiła mi najwięcej problemów. Z pozoru wydaje się łatwa, ale jakoś nie mogłam sobie w pamięci nikogo takiego odnaleźć. Ale teraz już mam. Agata z "Akademii Dobra i Zła" to dziewczynka, która mieszka na cmentarzu, ma czarnego kota, workowate ubrania i brak przyjaciół. Traktują ją jak wyrzutka do czasu, gdy wstępuje ona do Akademii Dobra, gdzie czuje się zdecydowanie nie na miejscu, nieswojo i totalnie obco. Zupełnie jak ja na matmie.


Podkreślam na każdym kroku, że – według mnie – najlepszą metamorfozą jest Lena z trylogii „Delirium”. Podczas gdy w pierwszym tomie bała się wypowiedzieć jedno słowo na przekór swojej ciotce, w „Pandemonium” stała się niebywale odważna i odpowiedzialna. Stała się przykładem walki i kurde, wiem, że to zabrzmi co najmniej głupio i banalnie, jakbym chciała skopiować wikipediową notkę Katniss Everdeen, albo chociaż Tarzana, ale stała się dla mnie niesamowitym motywatorem i wyrosła na genialną liderkę, odważną i silną psychicznie. Jestem pod niesamowitym wrażeniem metamorfozy Leny! Przede mną jeszcze tom ostatni i już nie mogę się doczekać, z jakiej strony ukaże się tym razem.


Aktualnie tę książkę czytam, jestem może na jedenastym rozdziale, ale wiem jedno: każdy bohater to osobna, różna historia. A chodzi o „Krąg” autorstwa Matsy Strandberg i Sary Bergmark Elfgren. Jest tutaj grupka nastolatków, których łączy niewiele: wspólne liceum w tym samym mieście. Są sobie obojętni, nie przyjaźnią się, w najlepszym wypadku ograniczają się do jednego „cześć”. Jest dziewczyna, która na policji mogłaby rozdawać autografy – tak dobrze ją tam znają. Jest inna, dla której liczy się tylko szybkie i bezproblemowe przeżycie życia, jest super-mięśniak, jego dziewczyna w białych kozaczkach i mini oraz wiejska dziewczyna, która niegdyś znęcana przez rówieśników, spadła na samo dni hierarchii społecznej. Wiem o nich stosunkowo niewiele, może nie powinnam umieszczać tej książki tu tak wcześnie, przed jej przeczytaniem, ale nie mogłam się powstrzymać. Oni są tak różni. 


Nie zasypiam podczas czytania, bo a) jeśli czytam nudną książkę, to ją odkładam i czytam inną lub b) jeśli jestem śpiąca, to idę spać i nie czytam tak, aby rano być chodzącym zombie i nic z tej książki nie pamiętać. Ale jednym z lepszych usypiaczy zawsze dla mnie będzie Sienkiewicz, ponieważ mimo, że jego „Krzyżacy” wspominam jako lekturę dobrą, niekoniecznie ona nadawała się w programie lektur I gimnazjum, przez co czytałam ją parę ładnych miesięcy i wieczorów. 


Jest ich wielu, bo szczerze mówiąc, na tym polega większość książek. Jakieś straszne wydarzenie zawsze jest początkiem historii, ponieważ o tym lubi się czytać najbardziej. Niemniej jednak, jako pierwsza do głowy wpadła Clary Fray z serii „Dary Anioła” Cassandry Clare. Ona dopiero to ma zwariowane życie! W recenzji pierwszego tomu pisałam: „jej mama zostaje porwana przez tajemniczych napastników, a ona sama widzi rzeczy których nie powinna widzieć, odkrywa sekrety skrywane przez matkę i jej prawdziwą osobowość…”. Poznaje ojca, prastarą rasę łowców, widzi demony, okazuje się, że bliski przyjaciel jej mamy – prawie jak ojciec, którego nigdy nie miała – jest wilkołakiem. Ogólnie nie miała zbyt spokojnego życia. 


Jedno słowo.
8 liter.

H o p e l e s s.

„Wzbraniałam się, w końcu kupiłam, ale omijałam wzrokiem. Nie czytałam opisu, nie chciałam patrzeć na recenzje. Czasem tylko dotykałam niezwykle miękkiej okładki i zastanawiałam się, co takiego kryje ona w sobie, że ludzie aż tak na nią reagują.”

Istny mindfuck.


Ruby z „Mrocznych Umysłów” po latach spędzonych w obozie wydostała się na wolność, wierzycie? Jej życzenie powstało wskutek desperacji, braku miłości, ciepła, szacunku. Żyła z dnia na dzień a w głowie miała więcej czarnych scenariuszy niż reżyser przed wymyśleniem zakończenia horroru. Nie miała już nadziei, ale pewnego dnia jej życie się odmieniło i stała się lepszą, silniejszą osobą.


Kojarzycie serial The Lying Game na podstawie powieści Sary Shepard „Gra w Kłamstwa”? Otóż główna bohaterka – Emma pewnego razu widzi filmik w Internecie, ukazujący scenę duszenia naszyjnikiem dziewczyny łudząco do niej podobnej. Gdy Emma dociera na miejsce umówionego spotkania, okazuje się, że ślad po Sutton zaginął. Emma wciela się w postać zaginionej siostry by rozwiązać zagadkę jej zaginięcia, a przy okazji dostaje coś, czego nigdy wcześniej nie miała. Rodzinę. 


Ożywiłabym ludzi z „Daru Julii”! Chciałabym mieć Kenjiego na wyłączność – wspólne pogawędki, żarty, luźne rozmowy i wygłupy oraz pełen optymizm. Julię też bym chciała ożywić, ale pod warunkiem, że byłaby to dziewczyna z trzeciej części, nie pierwszej ani drugiej. Polubiłabym Adama, mimo tego jak paskudnie się ostatnio zachowywał. Sonia i Sara są niesamowite, a Brendan i Winston są niezastąpieni. Warner byłby wreszcie materialnym ideałem, dlatego tak głównie z jego powodu chciałabym bohaterów tej książki ożywić. 


Uwielbiam Voldemorta. A przynajmniej pewna część mnie go uwielbia.

Za niezwykle złożoną osobowość, pełną charyzmy postać, za to, że wszystko robi ze względu na przeszłość, dawne krzywdy, niewyrównane rachunki. Lubię go, bo jest postacią inną, ciekawą, mało szablonową. Lubię go też jako Toma Riddle'a – bawi mnie swoim wydumanym ego, przekonaniem, że jest lepszy i bardziej wyjątkowy. Nie miał łatwo, ale nie użalam się nad nim. Lubię go jako bohatera, bo pomimo odrażającego wyglądu kryje więcej ludzkich twarzy niż którekolwiek z nas.

Nominacja ode mnie leci w stronę:

Wielkie dzięki za przebrnięcie przez te wypociny. Jestem niesłychanie ciekawa Waszych wyborów i jeśli chcecie - podzielcie się nimi w komentarzu!

Czytaj dalej

11 cze 2015

Sekret Julii - Tahereh Mafi



Słyszałeś tę historię o wystraszonej dziewczynie, której dotyk zabija? Jeśli nie – odsyłam do tekstu poświęconego pierwszemu tomowi jej przeszywających perypetii, jeśli jednak dwa wpisy z rzędu to dla ciebie za dużo zostań tu, usiądź wygodnie, a ja wszystko Ci opowiem. Ponownie.

Wyobraź sobie ją, siedemnastoletnią dziewczynę, którą psychol w białym fartuchu przywiózł furgonetką do budynku i zamknął w jednym z pokoi, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Była przykuta kajdankami do siedzenia. A potem pasami do krzesła. Rodzice nie płakali, kiedy odchodziła. Odczuwali ulgę. W odizolowanym pomieszczeniu obcy ludzie podawali jej małe porcje jedzenia, coś na kształt niejadalnych papek bez kształtu. Błąkała gdzieś w nicości licząc płytkie wdechy, mrugnięcia, strzykania kości, bazgrząc coś ukradkiem w dzienniku, który ukradła komuś z personelu długopisem, który również ukradła komuś z personelu. Żyła w świecie nieustających wojen, konfliktów i nieporozumień. Zabiła, zraniła, odebrała nadzieję. Stała się przeklęta, jej dotyk zabierał siły, szczęście, energię. W końcu życie. Stała się narzędziem zniszczenia, potworem, bronią. A teraz walczy by przetrwać. Ponieważ ma niezwykły dar.
„W pewnym momencie możesz spotkać kogoś, kto będzie dla ciebie doskonały, w najmniejszych molekułach zaprojektowany by być twoim największym skarbem i źródłem radości. Ta osoba może albo całkowicie cię uszczęśliwić, albo totalnie zmiażdżyć.”
Tak wygląda cytat, który nie jest z tej książki, nie dotyczy tej książki i którego nie napisała autorka tej książki. To jedynie mały kawałek tego, co do niej czuję. „Sekret Julii” to drugi tom trylogii tak bardzo pięknej, tak bardzo smutnej, przerażającej, frustrującej, gorszącej, delikatnej, motywującej. „Sekret…” jest idealną kwintesencją tego na co stać Tahareh Mafi. Jest zdecydowanie lepsza od tomu pierwszego – i objętość i większe doświadczenie sprawiły, że autorka popuściła wodze wyobraźni i zabrała mnie na rollercoaster wrażeń, oraz bogatsza i bardziej intensywna w emocje, namiętne chwile i rozterki od tomu trzeciego. To jakby idealne wyśrodkowanie, jednak nadal niezbyt perfekcyjne.

Zaczynając od wad, wymieniłabym pewien aspekt narracji. Ten tom nie przedstawia nam jeszcze pełnego zarysu przemiany bohaterki, dlatego nadal zachowuje się ona niezbyt ciekawie, wahając się ciągle, płacząc (tak, przede wszystkim płacząc), użalając się nad sobą i wiecznie gadając o uczuciach. O ile właśnie w trzecim tomie takich uczuć było zbyt mało, tutaj była powódź, z której nikt nie śmiał mnie uratować, nawet podwinąć nogawek nie raczył. To było denerwujące, ale jestem doskonale przekonana, że właśnie taki zamysł miała autorka, która po moich obserwacjach wykazuje ponadprzeciętne umiejętności w pisaniu właśnie takich monologów, które wywołują czasem u czytelnika politowanie, nadal jednak wyglądając przepięknie.

Przykład? Nie ma sprawy.
„Teraz jest mi o wiele ciężej. Tak okropnie ciężko jest mi pogodzić się z lodowatą pustką wokół siebie, kiedy już zaznałam tamtego żaru, niecierpliwości, czułości i namiętności, tego niewiarygodnego uczucia ulgi, że można dotknąć innej żywej istoty. To poniżające.”
Może nie wygląda to tak denerwująco, jak opisałam wyżej, ale spróbuj przeczytać sobie trzy strony z rzędu pisania o tym samym uczuciu do chłopaka i wstrzymaj się przed nudnościami.

To jest cały sekret, moi drodzy.
Tahereh Mafi nie tworzy skomplikowanej fabuły, nie wybiera się z motyką na słońce, nie przeplata, nie kręci, zawija, nie utrudnia, ba, ona wybiera skazany na sukces trójkąt miłosny, antyutopijne tło powieści, dwóch idealnych chłopców, jedną zagubioną dziewczynę. A jednak jest tu coś, co te książkę mimo banalnych elementów rozsławiło na świat cały. I oto kolejna niespodzianka.

Jest to język autorki.
Mogłabym wam skopiować zawartość internetowego słownika synonimów słowa „wspaniałe”, ale i tak nie oddałabym piękna i głębi tych wypowiedzi.

Nie mogę przecież odpuścić sobie napisania takich smaczków jak ten:
„Bo czasem, kiedy gniew się wykrwawia i zostaje już tylko ból w żołądku, przyglądam się światu i się zastanawiam, w którą stronę zmierzamy. Co się stało z ludźmi. Myślę o nadziei i o tych wszystkich być może, możliwe, o szansach i wyborach. Myślę o szklankach do połowy pełnych i okularach, w których wszystko widać wyraźnie. Myślę o poświęceniach. I kompromisach. O tym, co się stanie, jeśli nikt nie będzie się bronił. Myślę o świecie, w którym nikt nie przeciwstawia się niesprawiedliwości.
I przychodzi mi do głowy, że może oni jednak mają rację.
Że może już pora walczyć.”
I ten:
„Mój nowy świat jest wykuty w spiżu, zapieczętowany srebrem, przesiąknięty wonią kamienia i stali. Powietrze jest lodowate, maty do ćwiczeń są pomarańczowe, światła i przełączniki brzęczą i błyskają jaskrawą, neonową elektroniką i elektrycznością. Wszędzie panuje tłok. Tłoczą się ciała, mnożą się korytarze nafaszerowane szeptami, krzykami, tupotem biegnących stóp i odgłosem kroków stawianych w zamyśleniu.”
I owszem, Mafi nie porusza tematów niezwykle trudnych. Pisze dla młodzieży, lekko, finezyjnie wręcz, jednak zmusza czytelnika do pochylenia się nad każdym zdaniem, liźnięcia jego powłoki i w końcu ugryzienia głębszego sensu i posmakowania ideałów.
„Samotność to dziwna rzecz. Zakrada się cicho i niepostrzeżenie. Siada obok ciebie w ciemności. Głaszcze cię po włosach, kiedy śpisz. Owija się wokół twojego ciała i zaciska się tak mocno, że brakuje ci tchu, że zamiera twój puls, choć krew płynie coraz szybciej. Dotyka ustami miękkich włosków na twoim karku. Zostawia kłamstwa w twoim sercu, kładzie się w nocy w twoim łóżku, wysysa światło z każdego kąta. Nie odstępuje cię na krok, kurczowo trzyma cię za rękę tylko po to, żeby jednym szarpnięciem pociągnąć cię w dół, kiedy usiłujesz się podnieść. (...) A kiedy sądzisz, że jesteś gotów odejść, że jesteś gotów się uwolnić, zacząć od nowa, samotność jak stary znajomy staje obok twojego odbicia w lustrze i patrząc ci prosto w oczy, mówi: no dalej, spróbuj przeżyć życie beze mnie. Nie znajdujesz słów, żeby bronić się przed samym sobą, przed głosem, który powtarza, że nie jesteś wystarczająca dobry nigdy nigdy nigdy nie będziesz wystarczająco dobry.
Samotność to zgorzkniały, żałosny towarzysz.
Zdarza się, że po prostu nie odpuści.”
To nie jest książka doskonała, zdaję sobie z tego sprawę, ale ma w sobie ten błysk, ten świeży powiew, który otwiera oczy i przemawia tak udanie, że jeśli napisaliby tam o benzynie wywołującej super moce, zapewne łyknęłabym kieliszeczek albo dwa. Książki Tahereh Mafi mają drobne i denerwujące mankamenty – za mało tego, ciut za dużo tamtego – ale mimo wszystko są to książki inne. Książki, które się spija jednym haustem, nad którymi trzeba zebrać myśli, którym trzeba bezgranicznie się oddać. Ja jestem przerażona. Przerażona tym, że każdy tom czytałam po dwa razy i za każdym z nich zaznaczam dwadzieścia innych cytatów, na które do tej pory nie zwróciłam uwagi. Ktoś kiedyś powiedział, że poezję za każdym razem odkrywa się na nowo, że warto odczekać jakiś czas by potem do utworu powrócić i zrozumieć go inaczej. Ja tak odbieram „Sekret Julii” i pozostałe części. Zastanawiam się, dlaczego Tahereh Mafi nie pisze poezji, a może pisze i jeśli tak to dlaczego nie publikuje, dlaczego napisała tylko o Julii, skoro jej historia o banalnych schematach doczekała się takiego rozgłosu. Słusznego rozgłosu. Każda kartka jest wymowna, każde słowo daje poczucie orzeźwienia i bez krztyny wyrozumiałości turbuje moje wnętrzności tą chorą szczerością dotyczącą świata, całego brudu i dwulicowości.
Chylę czoła.
„Wiedziałam, że słowa mogą ranić, ale nie wiedziałam, że mogą zabić.”
W takim razie powinnaś wcześniej przeczytać tę trylogię, Julka.


Dotyk Julii | Sekret Julii | Dar Julii
Czytaj dalej

7 cze 2015

Fabryka nowych osobowości ("Starter")




Aktorstwo to niewątpliwie kraina powodzenia, euforii i cudownego szczęścia. I nie, nie mam na myśli hajsu, numerów do sławnych osób, możliwości obracania się w ich zacnym gronie i bogatych bankietów. Aktor jest jak czytelnik. Żyje milionem innych żyć i serio, gdyby jego talent można byłoby sobie kupić na bazarku, dałabym za niego grube złotówki z mojej świnki skarbonki.

Ludzie przyszłości też są jak aktorzy, którzy żyją i oddychają tylko by dostać nową rolę. Nową szansę. Choć starzy i zniedołężniali (80-130 lat), to nadal pełni wiary w to, że pewnego dnia ich życie zacznie się na nowo. I zaczyna, a oni są spełnieni. Przyczyną tego są Starterzy, a wśród nich nastoletnia Callie. Młodzi oddają swoje ciała, pozwalają wszczepiać chipy, podłączać kable by potem starzy mogli w nich mieszkać przez okres wynajmu i cieszyć się raz jeszcze: młodością, możliwościami, sprawnością fizyczną, nieskazitelnym wyglądem. Takie są zasady. Później Starterzy zabierają wypłatę i zaczynają zaznawać spokoju, ich sytuacja materialna znacznie się poprawiła, dlatego nie muszą już żebrać, kraść, rabować, uciekać. A jednak nie wszystko idzie po myśli nastoletniej Starterki Callie…

Nowych dystopii na rynku książkowym łapię się jak lian w wiecznie zielonych lasach Amazonii. Niejednokrotnie wspominałam już, jak bardzo pałam miłością do tego gatunku, dlatego zarówno i dla mnie, i dla reszty miłośników jest to gwarantowany must have. Ale co z resztą, czy dla wszystkich?

„Starter” to dystopia z krwi i kości – nie antyutopia, nie utopia a właśnie coś, co idealnie odnosi się do nowoczesnej technologii, która daje równie idealnie wymierzonego kopa samą tematyką już na pierwszej stronie. Zacznijmy od możliwości wypożyczenia ciała, która teraz wydaje się zbyt prosta, zbyt oczywista, a jednak poprowadzona w sposób, jakiego nie zrobiłby żaden inny pisarz. Autorka tej książki idealnie rozłożyła zagadkowość, narzuciła świetny klimat, coś jakby mgła mroku, wątpliwości i czającego się niebezpieczeństwa oraz niewiedzy. Czytelnik niewątpliwie zastanawia się nad prawdopodobieństwem; ja sama nie mogłam dopuścić do siebie takiej myśli, że kiedyś, za pięćdziesiąt, sto, sto osiemdziesiąt lat właśnie może wyglądać życie. I z takim właśnie intrygującym wejściem Lissa Price rozpoczyna tę powieść, początek duologii dziwnie frustrującej, wywołującej mieszane uczucia, a jednocześnie nadal nieidealnej.

Dosyć słodkości, zacznę od wad. Być może nie było czasu, być może nie było pomysłu, sposobu albo autorka w ogóle nie zdawała sobie tego sprawy, ale w moim odczuciu bohaterowie wypadli nieco papierowo. Główna bohaterka akurat nie, na nią i tak poświęcono czasu od groma, dlatego dziwiłabym się, że jest źle wykreowana, przeciwnie  jest w porządku. Polubiłam ją. Za to inni, ci poboczni – jej brat, przyjaciel, przyjaciółka – to osoby, o których dużo w książce się napomina, a niekoniecznie dużo oni robią, nie mają odrębnych charakterów, nie odznaczają się żadną cechą, a jeśli tak robią to w sposób tak nieudolny, że mam ochotę przestać o nich czytać.

Lissa Price za to rekompensuje się akcją. Jest ona mocno zarysowana, jest wyraźna i nieskomplikowana. Prawie jak rozpędzony pociąg pędzący prosto na Twoją twarz, kiedy stoisz na torach kolejowych, niczym słup soli, który pragnie uciec, lecz nie może. Pociąg nie zatrzyma się, tylko z impetem huknie i zmiażdży każdą tkankę ciała po kolei. Drapieżność, nieokiełznanie, brak jakichkolwiek hamulców. To chyba największy aspekt tej książki. To, i nieprzewidywalność. To ja po przeczytaniu zakończenia. To ja, kiedy dociera do mnie ta cała bezsensowna perfekcja ostatnich rozdziałów, kiedy świat potraktował mnie kolanami w brzuch, odebrał oddech, odebrał nadzieję. Co-to-było-za-zakończenie! Totalny wybuch mózgu, niesamowicie nieprzewidywalne i serce odbierające, wywołujące zarówno płacz jak i materialną wściekłość. Co-to-było-za-zakończenie! Wow!


Starter to must have dla wszystkich wielbicieli fantastyki przyszłości. Mocny zarys akcji, drapieżność i nieprzewidywalne zakończenie, które zrobiło papkę z mojego mózgu to zapewne jedne z wielu zalet tej powieści, których nie wyłapałam. Jedyne, co odrzuca mnie w „Starterze” to słabe wykreowanie bohaterów pobocznych, ale nie jest to na tyle rażące by przez książkę nie przebrnąć. To książka lekka, książka dynamiczna i przede wszystkim książka, która daje do myślenia. O tym, czy faktycznie przyszłość może zaskoczyć nas takim obrotem spraw i czy bylibyśmy w stanie się jej przeciwstawić. 

Starter | Ender

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Albatros! :))
Czytaj dalej

3 cze 2015

Majowy Przegląd Książkowy


Maj był cudny.
Co z tego, że tak bardzo miałam go dosyć? Co z tego, że nie pozwalał realizować mi się inaczej niż naukowo? Co z tego, że czasem nie miałam siły,  co z tego że panicznie bałam się biologii? 

Pojawił się nowy szablon, który przyjęliście niezwykle ciepło. Pojawił się ranking TOP5, który został również niesamowicie odebrany. Dostałam masę fajnych książek, wzięłam udział w paru ciekawych konkursach. Książkowo było wspaniale, dawałam z siebie wszystko.

I przeczytałam 8 świetnych książek!


"Czerwone jak krew" Salla Simukka
"Próba żelaza" Cassandra Clare & Holy Black
"Skazani" Alice Hill
"Stowarzyszenie umarłych poetów" N.H. Kleinbaum
"Hopeless" Colleen Hoover 
"Starter" Lissa Price
"Pozory Mylą" Sara Shepard



Wierzę, że czerwiec (pomimo ostatnich chwil na poprawy i ganiania za ocenami) będzie naprawdę obfity w książki :D Póki co, zapowiada się nieźle i nie mam zamiaru przestawać. Mam nadzieję też, że forma, na którą zdecydowałam się w Przeglądzie będzie znacznie lepsza od poprzedniej i przypadnie Wam do gustu :)

Trzymajcie się!
Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.