30 lip 2015

Girl Online Tag


Hej!
Nadrabianie nominacji wre, tym razem miałam przyjemność odpowiedzieć na pytania dotyczące książki "Girl Online", której nie czytałam, ale gdyby wpadła w moje ręce nie miałabym nic przeciwko zajrzenia do niej. Za nominację dziękuję Nurii Carax z bloga Książkopatia.

Czytaj dalej

28 lip 2015

10 punktów, które zmuszą Cię do zobaczenia iZombie


Już widzę ten wyraz twarzy. 

"Zombie? Zobaczyć? Musieć? Te słowa w ogóle można razem łączyć?" A owszem, można! Można też połączyć kryminał, fantastykę, dramat i dreszczowiec by powstało to – "iZombie", czyli najbardziej dziwny, groteskowy a jednocześnie niesamowicie fascynujący serial jaki miałam szansę oglądać!

"iZombie" to produkcja emitowana przez stację The CW, której pierwszy sezon ruszył 17 marca tego roku. To adaptacja komiksu o tym samym tytule, którego autorami są Chris Roberson i Michael Allred. Tyle musisz wiedzieć, nie będę wklejała tu Wikipedii.

No to jedziemy.

1. MORAŁ? LEPIEJ SIEDZIEĆ W DOMU

Olivia Moore, główna bohaterka naszego serialu, była najbardziej perfekcyjną kobietą świata. Genialne studia, staż superbohatera w szpitalu, przystojny narzeczony. Jej życie było zaplanowane, brak w nim miejsca na nieprzewidywalność, spontaniczne i głupie decyzje. Przyszłość stała przed nią otworem… niestety epidemia żywych trupów te drzwiczki zamknęła. Dziewczyna wybrała się na imprezę, którą mini zombie apokalipsa zamieniła w piekło. Dziesiątki ofiar, tłumy krwiożerczych potworów, jedno zadrapanie i bum! Liv budzi się na w worku na zwłoki, zdezorientowana i głodna. Głodna mózgów.


2. CZOŁÓWKA

Jeśli jakimś cudem ominęła Cię ta pasjonująca relacja przemiany głównej bohaterki w punkcie pierwszym – koniecznie zobacz czołówkę, wszystko wyjaśnia! Przez  parę pierwszych odcinków oglądałam ją z wypiekami na twarzy, szerokim uśmiechem i zachwytem (potem nauczyłam się tekstu piosenki "Stop, I'm Already Dead" Deadboy'a i the Elephantmen, wię miałam jeszcze więcej frajdy). Dlaczego motyw komiksu? Jak wspomniałam we wstępie, iZombie to adaptacja komiksu o tym samym tytule autorstwa Chrisa Robersona oraz Michaela Allreda, więc sporadyczne wstawki rysunkowe nie powinny nas zaskakiwać. Wracając, czołówka to jedna z najlepszych i najbardziej pomysłowych wstępów, jakie kiedykolwiek w serialach widziałam.



3. NAJLEPSZY SPOSÓB NA ZDOBYCIE MÓZGÓW!

Liv Moore wykazała się ponadprzeciętną inteligencją rzucając pracę w szpitalu dla zawodu koronera. Tam, gdzie dostęp do trupów jest łatwiejszy niż na cmentarzu, nie trzeba kopać w ziemi, zabijać i włamywać się do domu pogrzebowego. Jej szef – dr Ravi Chakrabarti to bohater, który w każdym serialu ma swoje miejsce. Zawsze znajdzie się mężczyzna, którego nie łączą żadne więzi z bohaterką, który nie jest wystarczająco przystojny i ma dziwny charakter. Taki jest Ravi. Osobliwy, z poczuciem czarnego humoru, mający obsesję na punkcie wynalezienia lekarstwa na nieumarłych. Bo on, rzecz jasna, o zombie jest świadomy i przekonany, że jego geniusz uratuje cywilizację.



4. KRYMINAŁ I SKUTKI UBOCZNE JEDZENIA LUDZI

Pierwszym jest przyjmowanie cech charakteru zjedzonej osoby, takich jak pozytywne podejście do życia, witalność czy żal do świata i złość. Można również stać się alkoholikiem, gejem czy znienawidzonym przez masy hakerem internetowym. Ale to nie wszystko! Konsumenta nawiedzają również sporadyczne wizje, dotyczące życia ofiary, co – jeżeli akurat trwa dochodzenie w sprawie śmierci – zdecydowanie pomaga Liv rozwiązać zagadkę. Trzeba bowiem wiedzieć, że fabuła serialu dotyka głównie wątków kryminalnych, a pracująca jako koroner główna bohaterka, mając wizje po zjedzeniu mózgu ofiary, znacznie pomaga detektywowi – Clive’owi Babinaux. Kryminał tutaj nie jest jakiś bardzo zaawansowany i do nieodgadnięcia, ale były momenty, kiedy poważnie nie spodziewałam się takiego potoczenia wydarzeń.


Dr Ravi z lewej, detektyw Babinaux z prawej i Liv, czyli najbardziej porąbane trio świata.


5. DAWKA SZCZĘŚCIA

Nigdy, przenigdy nie ubawiłam się oglądając serial, tak jak tutaj! To groteskowa produkcja, strasznie irracjonalna, zabawna na każdym kroku. Uśmiech sam pojawia się na twarzy, kiedy widzi się przede wszystkim zombie – fajne zombie, w miłej odsłonie, ratujące świat. Kiedy śledzi się potyczki bohaterów, pod wpływem zjedzonych mózgów i reakcje detektywa Clive’a, który niczego nie jest świadomy i uważa Liv za zwykłe medium. Oglądanie tego serialu to świetna zabawa, pozytywna dawka szczęścia z nutą cynicznego spojrzenia na dzisiejszą rzeczywistość.


Czy wspomniałam już, że Liv to jedna z lepszych bohaterek, jakie znam? :D


6. TRZEBA BYĆ MARTWYM… BY ZACZĄĆ ŻYĆ. 

Mimo kryminalnej tematyki, zabawnej otoczki i dramatycznych wstawek, to serial z przekazem. To serial mówiący – że jak w nagłówku – Liv musiała umrzeć by zrozumieć, jak nudne miała życie. Jak przewidywany był każdy krok – studia, potem szpital, wkrótce małżeństwo i macierzyństwo, normalka nie? Zmieniając perspektywę, zmieniając życie zauważyła, że nie jest tylko Liv Moore. Że odnosi się też do Live More, czyli "żyć bardziej, więcej" lub po prostu "żyć", a nie dusić się codzienną rutyną, robić to, co wypada, mówić to, czego oczekują. Liv wyraźnie łamie szablonowość, ucząc tym samym szukania oryginalności.




7. ARTUR POWRACA NA TRON

Mój sentyment do Bradleya Jamesa spowodowany "Przygodami Merlina" nie zgaśnie chyba nigdy. Dlatego tym bardziej ucieszyłam się, widząc go tutaj. Wątek z nim jest kluczowy, początkowo zapowiada się niewinnie, ale później... wyrywa serce i wyciska łzy. Brutalnie. [punkt niżej]



8. ZABOLI

Gdzieś wyżej napisałam o dramatycznych wstawkach. Uwierzcie, to nie jest tylko drobne napomknięcie, bo wydarzenia tutaj zasługują na osobny punkt. To jest bomba emocjonalna! To jest serial, który złamie Wam serce, a prześmiewcza otoczka sprawia, że wcale na takiego nie wygląda. Parę razy zbierałam szczękę z podłogi. Z powodu zawrotnego tempa, z powodu zaskakującego obrotu spraw i totalnego braku empatii reżyserów. Nienawidzę faktu, że jeden odcinek jest w stanie bardziej mną wstrząsnąć bardziej niż ogromna ilość książek.



Blaine to świetnie wykreowany czarny charakter.


9. CEL: PAŹDZIERNIK

Zasadniczy plus serialu to to, że jest tylko jeden sezon. Wiem, że wiele osób nie lubi i wręcz przeraża je myśl, że ma przed sobą 8 sezonów, załóżmy, do nadrobienia. Tutaj tak nie jest, więc ogląda się znacznie przyjemniej. Są wakacje, więc sądzę, że bez pośpiechu te 13 odcinków można obejrzeć by zdążyć na drugi, mam nadzieję jeszcze lepszy sezon.


Brain Appétit!

10. ZOMBIE!

Jak mogłabym o tym zapomnieć? Jeśli – podobnie jak mnie – żywe trupy jakoś niezbyt Cię pasjonują sądzę, że to idealna okazja na pierwsze spotkanie. Zombie tutaj są złe, zabijają bez skrupułów i jedzą mózgi, ale robią to w tak cywilizowany sposób, że nie można nie zapałać do nich odrobiną sympatii! Potrafią się kontrolować i wtedy nie wyglądają tak, jak te z "The Walking Dead", nic z tych rzeczy. Zombie tutaj farbują włosy i chodzą do solarium by stać się neutralnym, pracują by poczuć się normalnym i kochają… bo mogą! Halo, ich serce przecież uderza raz na sześć sekund! One czują, one wzruszają się, chcą mieć dzieci i walczą by uratować świat… przed nimi samymi! Jeśli wolisz zaś bardziej ekstremalne formy zombiaków, to chociaż daj szansę. Ze względu na klimat przesączony zagadkami, ciekawą alternatywą ich życia, słodkimi momentami romansu i nauką, którą niesie cała historia.

Live more.
Czytaj dalej

25 lip 2015

Ksiądz jest szalony, ja nie lubię Peety i nie, nie pożyczę Ci książki


Cześć!
Z tagami jest jak z książkami. Cieszysz się z ich otrzymywania, ale prędzej czy później i tak lądują w kolejce, gdzie czeka na nie miejsce ściśle określone, tuż po egzemplarzach recenzenckich, wyzwaniach, książkach z biblioteki i w ten sposób zwyczajnie zapominasz o ich istnieniu.

Czytaj dalej

23 lip 2015

20 lip 2015

Favorite Songs Book Tag


Cześć! 
Dzisiaj bez zbędnego przedłużaniaFavorite Songs Book Tag to zabawa powstała stosunkowo niedawno – i, to w polskiej blogosferze. Sprawczynią #1 jest jego twórczyni, czyli Klaudia stąd, a sprawczynią #2 jest Iza, która zaczęła mnie nominować do wszystkich możliwych Tagów świata. Tego między innymi. Dziękuję, teraz tylko zabiję okna deskami i w ogóle nie ruszam się od komputera, bo sklejam, odpowiadam i wymyślam odpowiedzi! :D

Okej, ale jak to działa?
Kategoria-książka-piosenka, czyli odpowiadam na pytanie dotyczące książki/bohaterów i staram się dopasować do danych wydarzeń piosenki, które po prostu mi się z nim nimi kojarzą.



Nastya. Nastya Kashnikov z "Morza Spokoju" tak jak dziewczyny w powyższym teledysku nie szczędzi kosmetyków. To jej sposób na przetrwanie, fasada za którą z łatwością może się ukryć. Ucieka się do kusych minispódniczek, bluzek z dekoltami i szpilek tak wysokich, że sama po latach praktyk jeszcze nie opanowała sztuki w nich chodzenia. Josh Benett tę faskę zdziera, a Nastya staje się Emilią i wtedy pseudonim "Słoneczko" nie zakrawa na groteskę, tylko faktycznie odnosi się do jej osoby. Jest piękna, w moich wyobrażeniach i nawet na tej fatalnej okładce, która na myśl przywodzi paranormalne kreatury. Z tuszem, który spływa z jej twarzy wraz z potem podczas biegania, z podkładem, który pewnie niejednokrotnie zamazał jej koszulki, nawet z połową ciała odkrytą i natapirowaną burzą czarnych włosów – jest piękna, bez wątpienia.


"Heart By Heart" Demi Lovato 

Wybija północ, a ona obchodzi urodziny. Nie oczekuje prezentów, imprezy niespodziankowej, kluczyków do nowego mercedesa, bo dlaczego? Jej ojciec to psychopata, jej matka została przez niego uprowadzona, nie ma rodziny, a jej dom jest w kawałkach, więc mieszka w Instytucie Nocnych Łowców. Wybija północ i ktoś puka do jej drzwi. Prowadzi ją do oranżerii, daje miniaturowy torcik z jedną świeczką, rozmawia, w końcu całuje. Ta scena mnie urzekła, kiedy byłam młodsza i w podświadomości nadal gdzieś miga. Uwielbiam spontaniczność tej dwójki, w ogóle kocham ich, to jedna z najlepszy par ever. Mam na myśli Jace'a i Clary z "Darów Anioła" Cassandry Clare. Opisany pocałunek: "Miasto Kości" strona niewiemktóra, bo pożyczyłam książkę. Na górze link do filmowej interpretacji.


Rose Hathaway z serii "Akademia Wampirów", zdecydowanie. Niesamowicie odważna, niemożliwie zdeterminowana, sprytna i silna. To maszyna, która ukrywa uczucia takie jak lojalność, empatia i troska. Zrezygnowała z ostatniego roku nauki by wyjechać na koniec świata i wpakować się w istny rój, w centrum piekła, paszcze lwa. Innym razem uciekła by ratować przyjaciół, jeszcze wcześniej by uratować przyjaciółkę. To nie tylko najlepsza odważna bohaterka, a najlepsza bohaterka w ogóle. Chcę być taka jak ona! 


"Where We Belong" Thriving Ivory

- czyli najpiękniejszy i najbardziej wzruszający fanowski filmik o serii - 
Mogłabym dać tak jak Iza – Liesel i Rudego. Mogłabym dać Liama, Pulpeta i Zoe z "Mrocznych Umysłów", albo Willa i Chestera z "Tuneli", ale serio, jeśli chodzi o tę najlepszą to wybór jest całkowicie oczywisty. W moim przypadku to Harry, Ron i Hermiona, czyli trójka niesamowita i zdolna do najbardziej nieprawdopodobnych rzeczy. Uwielbiam ich i zawsze będę uwielbiała.

Do tych, którzy czytali - obok filmu powyżej nie da przejść się obojętnie. Istny majstersztyk.


"The Story" Thirty Seconds to Mars  

Tutaj wybór nie był już tak oczywisty, ponieważ każdy klasyk jaki tylko mam okazję przeczytać, natychmiast ląduje w kanonie książek ulubionych. Jednak niezaprzeczalnie w pamięci najbardziej utkwił mi "Portret Doriana Graya". To chyba jedna z tych najlepszych książek, jakie nie tylko miałam przyjemność przeczytać dwa lata temu, ale i w całym życiu. Powieść ta nie należy do najłatwiejszych, skłania raczej do przemyśleń. Piękny, wyniosły język czyni tę książkę bogatą w mądre cytaty lekturę, na którą obecne poluję, bo wydanie wznowili, a szkoda, że nie mam jej jeszcze na półce!


"Hurricane" Thirty Seconds to Mars 

Adam, zdecydowanie Adam z trylogii "Dotyk Julii". Nie wiem jak to możliwe, że zaszła w nim tak nagła zmiana – w pierwszej części był postacią cudną, bohaterem i naprawdę fajnym facetem. Potem, z tomu na tom atmosfera wokół niego coraz bardziej się zagęszczała, znienawidziłam go, zresztą pewnie jak każdy, kto czytał tę trylogię. Nie zrozumiem jego powodów, nie lubię, nie zroszę Adama.


Sky i Holder! Hopeless! Colleen Hoover! Rany, uwielbiam ich, uwielbiam! Jedna z par, które są zdecydowanie autentyczne, ciekawe, mają nietypowe podejścia do spraw i łączą je wspólne przeżycia. Niesamowita historia, zwykle nie wierzę w przeznaczenia i przypadki, ale kurde, to co wydarzyło się po tak wielu latach raczej nie jest zbiegiem okoliczności. 


"Clair de lune" Claude Debussy  

Żadne NA nie wzrusza tak jak Cassandra Clare. Nie "Morze Spokoju", nie "Hopeless" ani "Losing Hope". Z "Maybe Someday" było już trudniej się powstrzymać, ale nigdy nie płakałam tak jak przy "Mechanicznej Księżniczce". To jedna z najpiękniejszych książek jakie czytałam. Sprawia, że jesteś zdruzgotany, potem jednak odnajdujesz dobre strony i jesteś szczęśliwy, uśmiech pojawia się spod kurtyny włosów i fali łez. Zakończenie chwyta za serce, brutalnie wyrywa z piersi, rzuca nim o ścianę, potem wraca na swoje miejsce całkiem nowe, pełne nadziei. To był słodko-gorzki koniec, a jednocześnie taki bajkowy, magiczny, z nutą smutku jak i radości… To piękna historia, piękni bohaterowie i piękna miłość. Clare, jesteś geniuszem.



"Dead Inside" Muse  

O mojej miłości do Voldzia już gdzieś pisałam.
"Uwielbiam Voldemorta. A przynajmniej pewna część mnie go uwielbia.

Za niezwykle złożoną osobowość, pełną charyzmy postać, za to, że wszystko robi ze względu na przeszłość, dawne krzywdy, niewyrównane rachunki. Lubię go, bo jest postacią inną, ciekawą, mało szablonową. Lubię go też jako Toma Riddle'a – bawi mnie swoim wydumanym ego, przekonaniem, że jest lepszy i bardziej wyjątkowy. Nie miał łatwo, ale nie użalam się nad nim. Lubię go jako bohatera, bo pomimo odrażającego wyglądu kryje więcej ludzkich twarzy niż którekolwiek z nas."


"How To Disappear Completely” Radiohead  

Audrey z "Ostatniego pociągu do Babylon". Pomimo wszystkich głupstw, pomimo nierozsądnych chwil, pomimo nieodpowiedzialności, listów samobójczych, alkoholu, pomimo nocy, która miała być nocą Adama i pomimo tego, jaką osobą się teraz stała – uwielbiam ją. Nie potrafię określić dlaczego, nawet wolę nie wiedzieć. Nie należy raczej do potencjalnych autorytetów. Po prostu, uwielbiam Audrey niezależnie od przeszłości, a raczej ją za nią uwielbiam. Udowodniła, że w jakiś sposób można z nią żyć, przezwyciężać, zaakceptować.


"Same Old War" Our Last Night  

A tu odpowiedź mam już gotową.
"Anioły i demony" są dla mnie idealnym wspomnieniem zwiedzanego Rzymu. To niesamowite jest czytać książkę opisującą elementy renesansowych budowli automatycznie je zwiedzając, doczytując się i oglądając wszelkie zabytki na własne oczy. Niesamowite jest przechodzenie przez most ze świadomością, że w plecaku mam książkę, w której poprzedni rozdział poświęcony był właśnie jemu - zagadce z nim związanej. figurom coś symbolizującym, jego historii i fascynującej przeszłości. Polecam, niesamowita sprawa :D


"Morze Spokoju" wcale nie jest spokojem. Wcale nie jest niewinną ciszą, delikatnym pomrukiem kota, znajomym buczeniem komputera, czy szelestem przewracanych stron. Jest Armagedonem, który plądruje serca, który niszczy i razem z sobą zabiera wszelkie dobro, wszelką moralność i roztkliwienie. A pozostawia? Morze chaosu i bólu, w którym utopimy się, nawet jeśli mamy medal olimpijski. Ściągnie nas na dół i pozostawi samemu sobie, żeby pomyśleć, filozofować, pobyć." (recenzja)

I to by było na tyle. Świetny tag, naprawdę zachęcam Was do jego wykonania w wolnym czasie. Prosty nie jest, jeden z trudniejszych jakie robiłam, ale sądzę, że warto, bo zabawy przy nim było nie lada. 

Na Wasze propozycje czekam w komentarzach! Nie zapominajcie o piosenkach :D


Czytaj dalej

18 lip 2015

Polowanie na śniącego wędrowca


Czas Żniw | Zakon Mimów

Refaicka Apokalipsa, która przewija się przez "Zakon Mimów" to uliczna powiastka; to krótkie opowiadanie nieposiadające nawet autora – a jednak ludzie w SajLo powitali ją ogromnym z uniesieniem. To legenda, która dotyczy nowej rasy ludzi, zamieszkałej pod Londynem; jest o postaciach mocarnych i charyzmatycznych, którzy gotowi są do ataku. O Refaitach – bo tak się nazywają – mogliśmy czytać już w Starym Testamencie. W zamierzchłych czasach najwyraźniej mieszkali na wschód od Morza Martwego i byli plemieniem ludzi gigantów, często nazywanych Emitami. Nie mniej jednak, w Refaickiej Apokalipsie sprawy malują się inaczej – owszem Refaici są ogromni, jednak nie mają nic wspólnego z Emitami a Emmitami – ich rzekomymi wrogami, którzy żywią się ludzkim ciałem, i gwoli ścisłości: wyglądają jak kulka sierści. Nie mieszkają również w Jerozolimie, a pochodzą z Międzyświatów. Tylko, że to nie do końca uliczna powiastka. Po powstaniu, które wybuchło w ich podziemnej Kolonii za sprawą dziewiętnastoletniej Paige Mahoney, Refaici mają zamiar się odegrać, zarówno na dziewczynie jak i całej ludzkości. Rozpoczyna się polowanie na śniącego wędrowca.

Monumentalna – to pojęcie przychodzi mi na myśl po przerzuceniu ostatniej strony powieści Samanthy Shannon, "Zakon Mimów". Jak ja za tym tęskniłam. Za uczuciem czytania powieści, która świdruje umysł skomplikowanymi teoriami pochodzenia różnych ras, polityką tamtejszego systemu, jego eskalującymi się bez przerwy ułomnościami a czasem i nawet – atutami. Młodziutka pisarka stworzyła świat zaskakująco przestrzenny, pełen swoistej odmiany magii, zbudowany i osadzony w zasadniczo niedalekiej przyszłości – Londyn, 2059 rok. Szokująco dobra książka, wielkie brawa.

Bez ogródek – Paige Mahoney jest śniącym wędrowcem, a śniący wędrowcy, – których gwoli ścisłości jest prawie wcale – potrafią między innymi wpływać na ducha innego jasnowidza. Tych też również nie ominę: są wieszcze, czytający z rytualnych przedmiotów, wróżbici, media, sensorzy i augurzy, którzy specjalizują się w przewidywaniu przyszłości. Ponad nimi występują już jedynie stróże (kontrola nad duchami), narwańcy (podlegający wewnętrznym zmianom) i właśnie oni – skoczki, czyli wyrocznie i śniący wędrowcy. Wszyscy razem tworzą Eteryczne Stowarzyszenie, które działa w podziemiach Londynu w 2059 roku, nie wiedząc, że jeszcze niżej istnieje Kolonia Karna, czyli skromne królestwo Refaitów, którzy takowych jasnowidzów sobie uprowadzają, opcjonalnie: kupują. Dlaczego? To już zagadka pierwszego tomu.

Kontynuacji obawiałam się z dwóch głównych powodów. Pierwszym jest fakt, że "Czas Żniw" czytałam dawno temu i z pewnością nie zdołałabym przypomnieć sobie poprzednich wydarzeń i drugi –  czyli to, że autorka po tak dobrych notach nie zaprzątnie sobie głowy podwyższeniem poprzeczki. O ile w stosunku do pierwszego myliłam się diametralnie – przekazywane informacje zostały idealnie rozłożone, zaspokajając pustki ziejące w głowie – to w sprawie drugiego całość nie wyglądała tak bajkowo. Okej, może i wyglądała, ale na pewno nie sam początek. Rozpoczęcie dobrze wprowadza i przypomina, jednak nie porusza i wzbudza tylu emocji. Czy wyższa poprzeczka? Tak, choć na początku myśli się zupełnie inaczej. Shannon potrzebowała trochę stron by wbić się w rytm dynamicznie następujących po sobie wydarzeń; ociągała się trochę, przez co nie miałam problemu by odłożyć tę lekturę, która dopiero po przebrnięciu pewnej części okazała się uzależniającym monstrum.

Świat, który na łamach utopijnej powieści wykreowała Shannon to istny majstersztyk zapożyczeń: tylko tu język arabski, francuski, serbski i hebrajski idealnie komponuje się z slangiem przestępców z dziewiętnastowiecznego Londynu. Całkiem przypadkiem też, odkryłam fakt istnienia Refaitów w Biblii, jako lud olbrzymów zamieszkujących Jerozolimę. W ten sposób widzimy, że cykl "Czas Żniw" to konstrukcja bardzo skomplikowana, bezkonkurencyjnie  złożona i piekielnie intrygująca. Tylko Samantha Shannon potrafi sprawić, że mam ochotę przerwać lekturę, ponieważ wolałabym uniknąć dramatu, który w książce zaraz nastąpi oraz – co ważniejsze – nagłego wybuchu głowy. Nagłość, ciężkie do przyswojenia teorie, garść historii sprawiają, że naprawdę odczuć można pulsowanie.

"Zakon Mimów" to niewątpliwie idealne dopełnienie trochę chaotycznego, trochę mniej obfitego w wyjaśnienia i szczegóły "Czasu Żniw". Z pewnością to była główna rola tej powieści – rozwiać budzące się wątpliwości, zaspokoić głodne czytelnicze umysły a jednocześnie postawić na naszej drodze kolejne mentalne pułapki. Zakończenie akurat, nie było tyle co pułapką. Było niespodziewanym strzałem prosto w serce. Nie wzbudziło z pewnością tylu kotłujących się wewnątrz czytelnika emocji, jak czekanie na strzał w potylicę – ale bolało bardziej, ponieważ było zdecydowanie nieszablonowe i ciężkie do przyjęcia. Było aktem zdrady, najgorszym i zdecydowanie najboleśniejszym posunięciem.

Shannon chwali się również umiejętnością kreowania bohaterów charakternych, którzy znacznie dominują nad miałką i szarą warstwą społeczności. Przede wszystkim Paige – jedna z niewielu bohaterek, która w ogóle mnie nie irytowała. Jak reszta jej literackich rówieśniczek, idealnie odnajduje się na czele rebeliantów, jest pokaźną liderką, inteligentną i utalentowaną przywódczynią. Chwile poświęcone jej i Naczelnikowi to chwile tak sporadyczne i pośród chaosu nadchodzącej wojny krótkie, że zaledwie jedno słowo, jedno spojrzenie i w końcu jeden dotyk potrafią sprawić, że świat wokół czytelnika staje w płomieniach. Wyczekuje się, pragnie się, błaga się autorkę o chwilę oddechu od szalonego zgiełku, właśnie dla chwili poświęconej wątkowi tej dwójki wyjątkowych bohaterów. Cudownie. Cudownie, że wreszcie odnalazłam serię, w której miłość jest tylko dodatkiem, tylko świeżym i lekkim powiewem, ciekawym urozmaiceniem.

"Zakon Mimów" to lektura obowiązkowa dla czytelników fantastyki i śmiałych wyobrażeń utopijnej przyszłości. To zlepek kultur, prastarych mitologicznych wierzeń, które – dystynktywnie i konstruktywnie – skomponowane w całość dają świat niewyobrażanie przerażający a przy tym wyjątkowo enigmatyczny. Ciężko uwierzyć, że serię tę – tak skomplikowanie skonstruowaną, stworzoną od podstaw i przemyślaną do granic możliwości – stworzyła debiutująca trzy lata temu "Czasem Żniw" dwudziestoparoletnia Samantha Shannon.

To książka, o której opowiadać można w samych superlatywach i seria, którą czyta się tylko z niegasnącym podekscytowaniem. I niech to pozostanie najlepszą rekomendacją.
Za niesamowitą lekturę dziękuję wydawnictwu SQN! :)
Czytaj dalej

15 lip 2015

Coś się stało...


Prąd elektryczny nie jest bezpiecznym hobby i wiedział już o tym szanowny Doktor Frankenstein. Eksperymentując ze zwłokami wykazał on, że prąd podłączony do martwego ciała może stymulować pracę jego mięśni, w tym serca, aż do dwóch godzin od chwili zgonu. Odkrycie nazwane zostało "galwanizmem" i wykorzystuje się je do dziś przy zabiegach defibrylacji serca, które pewnie widzieliście w niejednym odcinku House’a – takie plastry z kabelkami przez które przepływa dużo dżuli.

***

Jamie Morton przeklina dzień, w którym pierwszy raz spotkał Charlesa Jacobsa. Był wtedy paruletnim dzieciakiem, a Jacobs świeżo upieczonym pastorem w pobliskim Kościele metodystów, więc wyobrażać możecie sobie zachwyt mieszkańców nad zarówno nim, jego piękną żoną i uroczym synkiem. Jednak kiedy rodzinę pastora spotyka tragedia, kaznodzieja publicznie przeklina Boga i szydzi z wiary, co skutkuje wydaleniem przez zszokowanych parafian. Wiele lat później drogi Jamie’ego i Charlesa się schodzą. Ten pierwszy wiedzie żywot tułaczego rockendrollowca, uzależnionego od heroiny i porzuconego na pastwę losu, zaś dawny pastor – odkrywa przed nim swojego nietypowe hobby i po raz kolejny uświadamia, że słowo "przebudzenie" ma wiele znaczeń.

"Przebudzenie" to – jak hucznie zapewniały media – "najbardziej elektryzująca książka roku". I wiecie, co Wam powiem? Dostałam piorunem. King mnie poraził! Po czytanych recenzjach byłam przerażona – "nie ten King", „jestem rozczarowany", "oczekiwałam więcej" – jednakże odczekawszy pół roku, zaryzykowałam… i zostałam zauroczona. Tylko zauroczona i aż, bo nie jest to szczyt możliwości Mistrza Grozy. Jednak mimo mojej ogromnej chęci wymienienia samych superlatywów, przejdę najpierw to wytknięcia tego, co mi przeszkadzało.

"Przebudzenie" to nie jest powieść, po której człowiek boi się zgasić światło, od razu mówię. Nie znajdziemy tam scen z horroru; samego napięcia i elektryzujących momentów również jest niewiele. To książka głównie obyczajowa, z rześkim powiewem thrillera od czasu do czasu i bardzo dobrym wpleceniem elementów nadprzyrodzonych. Powieść rozpoczyna się bardzo obiecująco, jednakże całość ciągnie się i przedłuża – nie na siłę, po prostu. Autor testuje naszą cierpliwość opisując lata życia dorastającego Jamie’ego i jego przyjaźń z pastorem. Aczkolwiek historia przedstawiona, jest na tyle intrygująca, że nie można się nudzić – King niesamowicie operuje swoimi zdolnościami. Jestem pod wielkim wrażeniem. Kiedyś czytałam zresztą, że aby napisać naprawdę dobre opowiadanie, należy zgrabnie wtrącać retrospekcje, wracać do wspomnień, przywoływać je. W "Przebudzeniu" łatwo jest się w nich zakochać. W nich i w umiejętnościach pisarza, bo zarówno język, jakim się posługuje i dawka humoru, jaką używa by rozładować napięcie, niesamowicie ujmuje za serce.

Bohater, jakiego po raz kolejny kreuje King to everyman, czyli człowiek szary i zwyczajny, przeciętny Jan Kowalski, (a może nawet i John Smith?), który sympatię zyskuje w mgnieniu oka, może wskutek narracji pierwszoosobowej, a może po prostu że jest świetnym kompanem. Towarzysząc mu na przełomie czterdziestu lat, z łatwością zauważamy jego przemianę: od ułożonego chłopca katolickiej rodziny, do muzyka i narkomana, a skończywszy na zdesperowanym mężczyźnie, który posunął się do podpisania paktu, "o jakim nawet diabłu się nie śniło". Wielkie brawa należą się również autorowi za tak wnikliwe przedstawienie sceny muzycznej zza kulis, życia rockendrollowego muzyka oraz, rzecz jasna, niewoli uzależnionych "Wielką H.". Sama ciekawość, jaką wzbudza tymi aspektami w czytelniku jest ogromna, ponieważ dotyka sfery całkowicie ludzkie, czyli coś bliskie każdemu z nas, i tak samo jak chętnie sięgamy po pamiętniki i wspomnienia czy biografie znanych muzyków – tak przyjemnie czyta się historię upadku człowieka, spowodowaną nie narkotykami, a nikim innym jak wielebnym pastorem Charlesem Jacobsem.

Nie wolno mi również zapomnieć o niesamowitym zakończeniu! Nie jest wyjątkowo straszne, ale następuje tak nagle, jak nagle uderza piorun w słup na Skytop (właśnie ten na okładce). Wmurowuje w ziemię i nie daje o sobie zapomnieć. Wiedziałam, że to będzie coś. Że mimo wolniejszej akcji, zakończenie powinno całość idealnie zrekompensować, ale… To przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Teraz już zawsze prześladować będzie mnie myśl: A jeśli to prawda? A jeśli King faktycznie miał rację i to, co wpajali nam przez całe życie okaże się kłamstwem? Na samą myśl, zaczynam się bać…

W paru zdaniach napomknę również o świetnych dodatkach do książki zorganizowanych przez wydawnictwo. Począwszy od kalendarzy i tapet na pulpit, a skończywszy na napojach energetycznych i interaktywnej okładki, którą wystarczy przeskanować aplikacją Actable. Cuda na patykach, drodzy moi. Prószyński stanął na wysokości zadania, bądźcie z siebie dumni, wielkie brawa.

Mimo, że "Przebudzenie" do roli thrillera z krwi i kości przebudza się dopiero w trzeciej czwartej książki, nadal jest powieścią wartą uwagi. Nie można przecież pominąć wstrząsającego zakończenia, po którym zbierałam szczękę z podłogi, a które wreszcie łączy wszystkie wątki w coś sensownego. Pięćset stron niektórych przeraża, wielowątkowość i raczej niespieszne tempo może sprawić że lekko w Kinga zwątpimy, ale posłużę się słynnym powiedzeniem Radka Kotarskiego: "Nic bardziej mylnego!", ponieważ "Przebudzenie" to bardzo dobra książka. Może nie idealna, może nie prezentuje wszystkich umiejętności pisarskich autora, może fabuła powinna płynąć intensywniej, ale można z niej wiele wynieść. Wiele przemyśleń i przypuszczeń napływa po zakończeniu, wiele lekcji udzielił mi też autor, opowiadając tragiczną historię Jamie’go i Charlesa, ale nigdy przenigdy nie zapomnę tej jednej.

E-dur.
E-dur to podstawa.


Czytaj dalej

13 lip 2015

Pod osłoną nocy


To miała być tylko studencka impreza. Kostiumy, alkohol, muzyka. Nic poza tym. Przecież nawet nie chciała tam być. Dopiero co dostała kosza od chłopaka, z którym chodziła trzy lata, a alternatywa patrzenia gdy obłapia inne jakoś jej nie pociągała. A jednak poszła.

I prawie nie wróciła.

Z dyskoteki poczuwszy się nieco wykluczoną, wymknęła się po cichu, nie śmiałaby przecież rzucać się w oczy. A jednak ktoś ją dostrzegł. Ten ktoś nosił imię dobrze jej znane, był przyjacielem byłego chłopaka i podszedł ją od tyłu. Parking wydawał się całkowicie opustoszały, szarpała się i wyrywała – na próżno. Była bezradna, uwięziona i na śmierć spanikowana. Dopóki nie pojawił się on – tajemniczy nieznajomy, dobry duch, niezłomny benefaktor.

Ach, te rycerskie prawa, ratowanie dam z opałów. Ach, ta tajemnicza otoczka, podwójna tożsamość, wewnętrzne demony. New Adult to gatunek tak uroczy, że chyba nigdy mi się nie znudzi. A historia przedstawiona przez Tammarę Webber w pierwszym tomie cyklu "Kontury Serca" jest akurat idealnym tego odzwierciedleniem.

I wcale nie żartuję.

"Tak blisko…" może nie jest idealną lekturą, ale swoje zalety ma. Przede wszystkim fakt, że główny bohater z opisu łudząco przypomina mi Andy’ego Biersacka – z czym, rzecz jasna, problemu żadnego nie mam. Najbardziej uwielbiam w tej książce nieprzewidywalność i nastrój "Uwaga, zaraz coś się wydarzy" lub "Jest za dobrze. Czekajmy, aż wszystko się posypie". Wiecznie rodzące się wątpliwości bohaterki – o której dłużej za chwilę – są idealnym twórcą napięcia i niepewności. Ta książka jest chwiejna, przygaszona aura, która ją spowiła trzyma czytelnika za szyję w niewiedzy i przydusza co jakiś czas, czy skutecznie? To zależy.

Główna bohaterka – Jaqueline, jest naprawdę fajną dziewczyną, problem w tym, że poznajemy ją w najmniej odpowiednim momencie. Traci chłopaka, w związku z czym – traci przyjaciół, jego elitę, oddanych sługusów. Zła passa idzie za ciosem i po raz trzeci uderza w psychikę dziewczyny w tę fatalną, halloweenową noc. Jednak to nie wszystko – nie chodzi na lekcje i opuszcza się w nauce. I co w takim krytycznym momencie decyduje się dać autorka? Bad boya, rzecz jasna. Szybko, nawet za szybko łączy tę dwójkę, tłumacząc się jedynie stwierdzeniem: "zauważyłem cię już w pierwszym tygodniu". Dla mnie to traci wiarygodność – owszem zdarzają się sytuacje, kiedy dziewczyna potrzebuje pocieszenia, ale związek tej dwójki wydaje się taki… udawany. Czy tylko ja to widzę?, bo w wielu recenzjach autorka pływa raczej w zachwytach. A mnie przeszkadzały właśnie wymuszone dialogi i wymienione uprzejmości. W niektórych momentach czuję satysfakcję, że tak szybko przeszli do czynów, bo nie zniosłabym drętwych rozmów, żali i "tak bardzo mi przykro".

Książkach o gwałcie nie znam prawie w ogóle. Czytałam jedynie "Hopeless", ale właśnie tu ten problem pojawia się wraz z rozpoczęciem historii i ciągnie się do ostatnich jego słów. To zdecydowany atut tej lektury. Autorka podchodzi to tego – jak i wielu innych problemów tu zawartych – bardzo dojrzale. Przede wszystkim ostrzega i uświadamia, jak ważne jest wówczas wsparcie przyjaciół i rodziny. Że nie wolno uważać tego za błahostkę – rozkazuje pożegnać się z dystansem i obojętnością. Trudne tematy nie są jak widać słabą stroną Tammary Webber a kreśląc postać bad boya i rycerza, o którym wcześniej wspomniałam, również nie zapomniała o nieciekawych doświadczeniach. Jego historia była wstrząsająca – nie znam innych słów by wyrazić to uczucie. Nie sądzę by niosła jakiś przekaz, ale na pewno wbiła w fotel lub – jeśli ktoś preferuje czytanie na stojąco – wmurowała w podłogę. Druzgocąca opowieść z perspektywy chłopaka, całkowicie nieszablonowa i bardzo mocna pojawia się w drugim tomie "Tak krucho…" i mam nadzieję, że nie zostanie ona popsuta.

"Tak blisko…" w oryginale nazywa się "Easy…" co oznacza tyle co "łatwy", "lekki" i "nietrudny", niestety nie wiem, jak ma się to do fabuły (chyba, że gwałty i morderstwa to dla autorki codzienność lub wyrazy te trafnie określają stan bohaterki, co również nie jest zbyt pochlebne), jednak wzorcowo odnosi się do tego, w jaki sposób historię przelała na papier pisarka. Czyli przystępnym językiem, idealnie na długie wakacyjne wieczory. Kilkakrotnie przyłapałam się na chichotaniu podczas lektury – ku mojej uciesze mimo tajemnic i trudnej tematyki znalazło się trochę miejsca na wplecenie luźnych rozmów i żartów. Nie ukrywam, że czytało mi się tę książkę nad wyraz przyjemnie, historia ma w sobie coś, co całkowicie uzależnia i rozkazuje pozostać z nią do końca. Jak wspomniałam na początku – jest naprawdę urocza. Nie było jednak wielkiego uderzenia, momentu tak wstrząsającego, że zamieniłabym się w kałużę łez. Obyło się bez wylewnych uczuć, jednak całość odebrałam z aprobatą i chętnie wrócę po kolejną dawkę emocji w drugim tomie, czyli "Tak krucho…".

Za powieść dziękuję wydawnictwu Jaguar!


Czytaj dalej

11 lip 2015

Pokaz waleczności, czyli biografia piłkarza z nauką dla wszystkich


Futbol nieodłącznie kojarzy się z monumentalnymi stadionami, milionem zielonych banknotów wydanych tylko po to, by kupić sobie nowe wzmocnienie, uzupełnić lukę, wytrenować kolejnych. Magazyny codziennie donoszą o tym kto z jaką modelką się spotyka, w jakiej willi rezyduje, ilu lokajów posiada oraz jaka kwota wpływa na jego konto. Ale to tylko otoczka. By poznać sztukę futbolu i jego piękno należy spojrzeć głębiej, należy wiedzieć, że piłka nożna to nie tylko gra. Piłkę nożną tworzą ludzie, których zafascynowanie dyscypliną emanuje w każdej sekundzie meczu, którzy w imię drużyny w stanie są odsunąć na bok potrzeby, poświęcić własne zdrowie. Takim człowiekiem jest właśnie Carles Puyol, czyli fundament FC Barcelony, bez którego wszystko mogłaby wyglądać inaczej.

Czytaj dalej

9 lip 2015

W kręgu tajemniczych zdarzeń...


Krąg | Ogień | Klucz

Chciałabym wspomnieć o tym, że liczba zalet książki, którą mam przed sobą, zdecydowanie przytłacza kolumnę z minusem, a jednak nadal nie czuję do niej wyjątkowej sympatii. Chciałabym napisać o cwanych zabiegach dwójki skandynawskich autorów, ich zamiłowaniu do tworzenia ogromnej ilości bohaterów, wśród których co najmniej trzy osoby próbowały popełnić samobójstwo. Chciałabym opisać Engelforts, małe miasteczko, które kryje wielkie tajemnice. Jego kręte i wąskie jak w Trogirze uliczki, pełne ciemnych zakątków i kryjówek. Chciałabym umieć opisać tamtejszy klimat – o pozbawianiu się życia już wspomniałam, pozostaje jedynie napomknąć o narkotykach, szerzącym się stalkingu i litrach alkoholu. To, co wyprawia się w tamtym miejscu powinno budzić zainteresowanie Wydziału Kryminalnego lub chociażby Prewencyjnego, a nie… istot nadprzyrodzonych. No właśnie.

„Krąg” Matsa Strandberga i Sary B. Elfgren to książka specyficzna i założę się, że drugiej takiej na rynku nie znajdziecie. Opowiada historię szóstki dziewczyn tak różnych, że w rzeczywistości z pewnością nie zaprzyjaźniłyby się. Jak zauważyłam już w pewnym książkowym TAGu, każda z nich jest inna i ma całkowicie odmienne podejście do rzeczywistości. Na przykład Minoo, geek z krwi i kości, która skrycie podkochuje się w nauczycielu, Vanessa – dziewczyna mieszkająca z kumplem największego dilera w okolicy, która upodobała sobie huczne domówki czy Ida, która nęka kolejną w nich, Annę-Karin. Wszystkie one chodzą do jednego liceum i pewnego dnia są świadkami dramatycznego zdarzenia. Pewnej nocy, gdy na niebie pojawia się krwisty księżyc, wbrew swojej woli spotykają się w parku, by dowiedzieć się o swoim przeznaczeniu, o mocy i wojnie, którą trzeba stoczyć.

„Krąg” jest zaskakujący, bez wątpienia potrafi zaintrygować a potem sekunda po sekundzie wbija czytelnika w fotel. To taki przebiegły kot, który łasi się, który delikatnie muska nasze nogi, zachwyca, ciekawi i daje poczucie złudnego bezpieczeństwa. Chwilę później potrafi zaskoczyć śmiertelnie, wrzynając pazury w naszą twarz by przyozdobić ją symetrycznie. I możemy się prosić, szarpać i wrzeszczeć – na próżno. „Krąg” jest naprawdę bezlitośnie dobrą lekturą. Zasobną w nagłe zwroty akcji, które mrożą krew w żyłach i nieźle kołują w głowie. Ale…?

Jedynym moim zastrzeżeniem jest to, jak dużo stron potrzebują autorzy by się rozkręcić. Początek książki naprawdę nie jest zbyt gwałtowny, rozkręca się wolno, nadmiar bohaterów potrafi zakręcić w głowie, ale za to rozdział pierwszy robi niesamowite wrażenie. Genialny wstęp, dający do myślenia, intrygujący i bardzo, bardzo mocny. Mind explosion. Wystarczy więc przebrnąć przez nijaką część pierwszą i średnią drugą by potem wkręcić się w książkę na dobre.

Podziwiam duet szwedzkich pisarzy za klimat, jaki starali się utrzymać przez całą powieść. Jest mroczny, równie tajemniczy jak okładka, nieufny i poprowadzony delikatnie, z wyczuciem. Nie brak tu magii, niebieskich płomieni, kręgów, zagadek, tajemniczych zdarzeń i czarnego charakteru. Akurat zła postać to to, co najbardziej zaostrza napięcie, bo początkowo nikt nie wie kim on jest i jak wygląda. To chodzenie na oślep i raczej żaden mistrz dedukcji nie wpadłby na odkrycie jego tożsamości. "Krąg" to znakomite połączenie thrillera, powieści detektywistycznej i magii w nowej odsłonie.

Spodziewałam się, że powieść porwie mnie bardziej – niestety język autorów (przynajmniej na początku) czytało mi się dość opornie, całość rozkręciła się o wiele za późno, (jednak dostatecznie by móc ogarnąć osobowości wszystkich głównych bohaterów). „Krąg” to książka niebywale zaskakująca i nieprzewidywalna – elementy kryminału, thrillera i fantastyki to idealne rozwiązanie dla spragnionych świeżości w literaturze. Całkiem nowatorski jest również pomysł na historię, bo powieść mimo że o czarodziejach i czarownicach, wydaje się całkiem odmienna i całkowicie dojrzalsza od pozostałych. Różnorodność bohaterów sprawia, że absolutnie każdy czytelnik spośród sześciu dziewcząt znajdzie którąś w swoim typie i to właśnie jej będzie kibicował.

„Krąg” mogę polecić osobom, które szukają mocnych wrażeń, nie boją się eksperymentować z gatunkami, i  które szczególnie upodobały sobie zagadnienia takie jak Noc Walpurgii, krwawy księżyc, magia oraz mroczne sekrety. Więc jeśli spełniasz choć jeden z powyższych punktów: nie wahaj się ani chwili.

Czytaj dalej

WYNIKI: "Skazani" Alice Hill


Drodzy!

Zdaję sobie sprawę, że mało kto przeczyta jakiś debilny wstęp, ale nie mogę się oprzeć, więc choć trochę go zminimalizuję. Wielkie dzięki za tak liczny wkład, to raz. Jest mi niezmiernie miło, że tak chętnie bierzecie udział i chcecie książki :D, więc konkursów kiedyś przybędzie. Zgłosiło się Was 46 osób, a mnożąc tak około 4 losy na głowę miałam nie lada wycinania. (Jeszcze raz, dziękuję..) Do drugie, facebook jest niezłym łgarzem i za każdym razem wciska mi inną liczbę lajków na fp, więc pewnego dnia zrezygnowałam ze sprawdzania i każdemu kto napisał, że polubił, zaliczyłam. Każdemu też, kto zaobserwował przez Disqusa a nie Bloggera, jak i osobie, która zgłoszenie dodała trzy minuty po północy. :D Takie fory z racji, że to pierwszy konkurs w mojej kadencji, wiecie. W przyszłości tak łatwo nie będzie.

I po trzecie, mała relacja z tego pasjonującego wydarzenia.

Teraz tylko powycinać... ♥♥♥

Na pierwszy rzut oka może niewiele. Takie tam 197 losów. 
Ale kto by liczył?


Tak wygląda wycięta i wymieszana całość.

"Skazanych" otrzymuje:

Marta Marple!


Jeszcze raz wszystkim dziękuję za udział!

Czytaj dalej

6 lip 2015

Walkę o koronę czas zacząć!


#1 Rywalki | #2 Elita | #3 Jedyna | #4 Następczyni | #5 Korona
#0,5 i #2,5 Książę i Gwardzista | #0,4 i 2,5 Królowa i Faworytka 

Illéa, niegdyś znana jako Stany Zjednoczone nikomu nie kojarzy się już z popularnym etosem amerykańskiego snu czy marzenia. Illéa to nazwa równie bajkowa, jak bajkowe skrywa pozory, jednakże historię posiada naznaczoną wieloma sporami, przelaną krwią, skrzywdzonym społeczeństwem.

W Illéi mieszka America Singer, której imię świadczy o patriotyzmie oraz pamięci dawnych czasów, a nazwisko o zawodzie jaki wykonuje. Trzeba bowiem wiedzieć, że w Illéi – podobnie jak w Indiach – panuje coś w rodzaju kastowego podziału społeczeństwa, gdzie ludzi dzieli się na grupy, a każdej z nich przysługują inne prawa, przywileje i zawody, które wolno im wykonywać. I tak rozciąga się tabela od szlachetnych Jedynek, czyli krewnych rodziny królewskiej i duchownych, aż do Ósemek – ludzi bezdomnych, schorowanych, bękartów i przestępców. America jest Piątką, a klasa ta to nic innego jak sztuka, taniec i artyzm, czyli coś, z czego przeżyć i wykarmić rodzinę bardzo trudno. Nadchodzące Eliminacje – to właśnie szansa. Szansa by jej rodzina nie musiała martwić się pustym portfelem, ciepłem, którego brakowało, elektrycznością, którą odłączali. Wielki konkurs może zapewnić rodzinie rangę Jedynek, dobrobyt a nawet luksus oraz – przede wszystkim – możliwość zdobycia serca samego księcia. Bo właśnie o to chodzi w Eliminacjach – 35 kandydatek i tylko jedno miejsce u boku przyszłego króla. To niezmiernie kusząca propozycja – sęk w tym, że America jest już zakochana i nie ma zamiaru opuszczać swojej miłości.

Już na samym początku powieści, udało mi się dojść do wniosku, że niestety, oryginalność to celny antonim "Rywalek". Sam podział na klasy, nawiązuje do niczego innego, jak do znanych nam dystryktów. Idąc dalej, począwszy od trudnej sytuacji materialnej rodziny i walecznego zgłoszenia się Americi do Selekcji (dla dobra ogółu, rzecz jasna), a skończywszy na zaciętej walce dziewczyn, które mimo, że w pięknych kieckach, wnętrza miały prawdopodobnie bardziej brudne od wściekłych trybutów z "Igrzysk śmierci" Suzanne Collins. Jednak Cass poszła dalej, sięgając po wychwalaną przez zarówno mnie, jak i miliony czytelniczek trylogię Tahereh Mafi "Dotyk Julii". Ten poplątany trójkąt Amierica-Aspen-Maxon to nic innego jak biedna Julia, której (podobnie jak Ami) do opieki został przydzielony Adam/Aspen (pierwsza miłość obu dziewcząt), jeden z żołnierzy Sektora 45/królestwa. No i na deser pozostaje Aaron/Maxon czyli niesamowicie intrygujący pan i władca, który zwodzi naszą główną bohaterkę Julię/Americę. Udało mi się znaleźć jeszcze jedno nawiązanie, mianowicie do trylogii "Przez Burze Ognia" Veronici Rossi. Obszary, przez nią opisane, znajdujące się poza strefą ludzi cywilizowanych/królestwa zamieszkują dzicy, czyli rebelianci. Ci rebelianci, określani również jako plemiona Północ-Południe napadają, rabują i – jak to na szkodniki przystało – robią niezły bałagan. Motyw ten, bardzo szybko skojarzył mi się z przygodami Arii i Perry’ego (które notabene niezbyt polubiłam), a szczególnie Arii, bo to jej wciskano kity dotyczące rebeliantów, kity całkowicie podobne to tych wciskanych tytułowym "Rywalkom".

Poza tym, i bohaterzy tacy jacyś nijacy, słabo wykreowani, pobieżnie potraktowani. Aspen ukazany jako obrażalski i humorzasty gbur z napompowanym ego, który narodził się by zbawić świat narzekaniem. A skoro pokojówki to osoby, z którymi bohaterka najchętniej spędza czas, to czemu nie wiemy nic o ich wyglądzie? Opisów jest mało, przemyśleń i monologów aż zbyt dużo, chociaż (!) to i tak nic w porównaniu z "Klątwą Tygrysa". Oprócz słabo wykreowanych bohaterów, autorka na tacy niesie nam słabo wykreowany świat – małe napomknięcia dotyczące III Wojny Światowej, Azji i Gregorym Illéi to zbyt mało, i podane zbyt szybko. Za jednym zamachem i na odwal się – żeby było. Ciężko wczuć się w powieść kiedy a) i czas bliżej nieokreślony b) i kontynent na początku nieznany c) oraz przyczyna upadku/wojen/biedy niewyłożona jak być powinna. To stanowi straszny minus "Rywalek", a nie zapominajmy – to niezwykle ważny temat w dystopiach.

Okej, ponarzekałam. Ale trzeba wiedzieć też, że najgorszą cechą "Rywalek" jest to, jak piekielnie one wciągają. Uzależniają wręcz. Jakieś sześć-siedem godzin wyjętych z mojego życia to słodki "Top Model" potraktowany cukrem pudrem, brokatem i chwilami miłosnych wzniesień. To było wspaniałe. Dynamizm, z jakim następują kolejno wydarzenia. Nieprzewidywalność, czyli coś co znacznie rekompensuje utarte schematy z innych książek. Cass zwraca uwagę na mnóstwo kamer, niezdrową rywalizację oraz cięte języki a to sprawia, że fabuła staje się naprawdę ciekawa, a losy bohaterów stają się ważniejsze niż piesza wędrówka do toalety. To powieść napisana niezwykle przystępnie i aż zdziwił mnie fakt, że nie miałam ochoty rzucić się z pięściami na główną bohaterkę. To wszystko razem wzięte – sentyment do zamków, baśni i książąt, plus niesamowicie ciekawa perspektywa dystopii z punktu widzenia tych najbardziej zamożnych, savoir-vivre, dyganie i zgięte paluszki, to świat tak odległy i nierealny dla nas, ludzi, którzy wyrośli z marzeń o pierwszym zawodzie bycia księżniczką, że aż mam ochotę płakać. Ostatecznie oceniam "Rywalki" całkiem wysoko. Może nawet zbyt wysoko, ale serio: podobało mi się. I to jak.

Mam nadzieję, że nie zniechęciłam Was aż tak bardzo. Nie miałam tego na celu, ponieważ "Rywalki" to lektura nader interesująca – miałka, infantylna, w przelocie irytująca, ale ciekawa, potrafiąca zaskoczyć czasem jakąś trafną myślą, nietypowym spostrzeżeniem. Nie polecam osobom, którzy zdeterminowanie dążą do przeczytania całej listy książek opracowanej przez BBC, albo w ogóle mają tę listę dawno za sobą, bo mogą dostać wylewu. Co najmniej. To książka typowo letnia, wakacyjna – w moim przypadku idealnie sprawdziła się po wolnym i cięższym "Przebudzeniu". To książka dla młodzieży przede wszystkim, dla fanek baśni i osób, których pierwszym wymarzonym zawodem było zostanie księżniczką (lub księciem). Szczególnie zalecana jako remedium na duszę wycieńczoną wymagającą lekturą, na książkowego kaca też zapewne wpisaliby to na receptę. I mam nadzieję jedynie, że książki zapewniające potrzebną dawkę dynamizmu, napięcia i miłości takie jak ta, nie wyprą nigdy z rynku tych, przy których ruszenie łbem będzie wymagane, bo "Rywalki" to nic innego jak właśnie luźna gadka, niewymagająca lektura, która jak żadna zakasuje skutecznością trzymania w niepewności przez chwilę, a nawet dłużej. Jeśli szukacie lekkiej książki, nie zawiedziecie się. Być może nawet zakochacie. 


Za możliwość uczestnictwa w Eliminacjach serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar! :))

Czytaj dalej

3 lip 2015

Miesiąc w pigułce: Czerwiec!


Czerwiec to cudowny miesiąc, bo właśnie wtedy wakacje odczuwa się najintensywniej. Ostatnie zaliczenia, ostatnie pożegnania i w końcu... ostatni dzwonek. Ten czerwiec był chyba najbardziej zabieganym czerwcem życia, ale moja chora ambicja lubi narzucać sobie takie tempo, co obrazować powinien mały stos czerwcowych lektur... ale wcale nie musi! Jestem pozytywnie zaskoczona, że pomimo tak wielu zajęć udało mi się przeczytać osiem książek, czyli wynik dwukrotnie większy niż przeciętna liczba normalnego miesiąca szkoły.

Czytaj dalej

1 lip 2015

Losing Hope



Frenetycznie. Frenetycznie czuję się po przeczytaniu tej książki. Frenetycznie chciałabym ją ubrać w słowa. Frenetycznie czyli jak na Hoover przystało: szaleńczo, euforycznie i z pełnią radosnego uniesienia. Jakby ta amerykańska autorka stała na scenie, oklaski nie byłyby tylko oklaskami na stojąco, a frenetyczną owacją, zakrawającą niemal na rzucenie się widzów w ramiona, pod nogi, na szyję pisarki. To, co Colleen Hoover robi nam, czytelnikom wiernym bądź aspirującym, przechodzi najśmielsze oczekiwania. Ona wywierca tunele w umyśle, knebluje i pogwałca, brudnymi butami wtarguje do wnętrza i pali czytelniczą duszę.

"Losing Hope" to piękna książka. Wprawdzie opowiada tę samą historię, z którą do czynienia mamy w "Hopeless", a jednak nadal inną, nadal nową, ciekawszą, śmielszą. I pokuszę się nawet o stwierdzenie, że książka ta, napisana okiem Deana Holdera, przebija swoją poprzedniczkę, której narratorką jest Sky. Powód?

Mam na swoim koncie parę książek, których narratorem jest mężczyzna, a autorem kobieta i żadna, uwierzcie żadna, nie była napisana tak dobrze. Hoover potrafi stać się facetem z jajami, stworzonym do uniesień, upadków, bluzgów i imprez, jak i wylewnych emocji czy pisania pamiętnika. Holder zaś, swoją historię potrafi zaprezentować ciekawiej od Sky. To opowieść pełna emocji, strat i rozczarowań. Zaczyna się w momencie tej największej straty, tego największego rozczarowania. Jego siostra miała problemy i wybrała drogę inną niż ich rozwiązanie, ale czy lepszą? Nikt tego nie wie. Holder też nie. Jest zdruzgotany, cała rodzina po zaginięciu Hope i lat poszukiwań była głęboko przekonana, że limit nieszczęść wyczerpali już dawno temu, a jednak żyli w błędzie. Narracja z jego perspektywy więc, nie jest pasmem niewiadomych, nie jest zagadką, szlakiem niedokończonych wspomnień, które poukładać jest trudno. Jest naładowana frustracją, emocjami, dynamiką. Frenetyzmem. Holder to dziewiętnastolatek, który przeżył więcej niż Sky (o ile w ogóle ich przypadki można porównać), doświadczył więcej niż ona, stracił i dorastał w pustce niekompletnej rodziny, a mimo to połączyła ich piękna i prawdziwa miłość.

Tak posumowałam recenzję "Hopeless":
"To cud pełen niedomówień i tym niedomówieniem skończę i ja, bo to książka której fenomenu nie można zamknąć w paru akapitach."
I wiecie? Nawet nie wiedziałam, jak dużo jest w tym prawdy. "Losing Hope" kasuje niedomówienia, kończy niepełne akapity, wyjaśnia niedopowiedzenia z "Hopeless" a jednocześnie tworzy własne. Tam, gdzie zastanawiamy się nad dziwną sytuacją, tu wszystko jest wytłumaczone, ma swój dokładny powód i komentarz. Ta książka zrywa kurtynę tajemniczości Holdera i pozwala nam na świat spojrzeć jego oczami, poznać go i poczuć siłę emocji, które na niego oddziałują. Obnaża jego tajemnicze zachowania, wyjaśnia humorzastość, napady gniewu i wzruszenia. Może się wydawać, że psuje nieco jego postać. To prawda, może się tak wydawać. Ale to, że poznajemy motywy tego tajemniczego chłopaka z "Hopeless" nie sprawia, że zaczynamy się do niego zniechęcać. To magia. Chwile, kiedy cała układanka nabiera sensu, chwile, kiedy przez mgłę pamiętasz historię Sky i nagle z impetem zalewa Cię jej relacja, która idealnie łączy się z tą chłopaka. To prawie jak rozwiązywanie zagadki, równie przyjemne i równie satysfakcjonujące. I nawet uczucie "O, wiem co teraz będzie!"nie popsuje ideału tej chwili, a jedynie wzbogaci tę książkę w jeszcze jedno przyjemne dopowiedzenie niedopowiedzenia.  

Colleen Hoover znacznie dojrzała, jej kunszt pisarski poszedł w górę o dwa i pół metra i nie potrzebuje ona w każdym razie żadnego magicznego przedmiotu by wycisnąć łzy czytelnika. "Losing Hope" to naładowana emocjami tykająca bomba, a każdy jej rozdział to kolejna minuta zbliżająca nas do wybuchu na końcu powieści. Polecam, oczywiście. Rekomenduję, nakłaniam, zalecam. To nie jest typowy romans dla nastolatek. To jedna z lepszych historii, która niesie mocną wiadomość, dotyka a jednocześnie nie boi się mówić o tematach tabu.

Opisać tę książkę w dwóch zdaniach może jedynie geniusz Witolda Gomborwicza:
"[…] krzyk biologiczny wszystkich komórek moich wobec wewnętrznego rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania. Lęk nieprzyzwoitej drobnostkowości i małostkowości, popłoch dekoncentracji, panika na tle ułamka, strach przed gwałtem, który miałem w sobie, i przed tym, który zagrażał od zewnątrz."
I niech to utwierdzi Cię w przekonaniu, że jest to książka więcej niż warta uwagi. 

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.