27 wrz 2015

Kto może mnie teraz uratować?



Bogato zdobione sale balowe, bankiety, szlachetnie urodzeni goście. Mnóstwo jedzenia, mnóstwo przepychu i te damy w strojnych sukniach obwieszone tonami klejnotów. Choć… w Klejnocie nikogo nie powinno to dziwić; nie bez powodu krąg ten nosi tak dumną nazwę – jest kolebką życia, centralną częścią Samotnego Miasta, owianego nutą tajemniczości i magii. Okazuje się, że tamtejszych ludzi stać na wszystko – choć nie do końca jest to prawdą. Dziedzic z niewiadomych przyczyn dla szlachetnych dam jest nieosiągalny, niezdolne do zajścia w ciążę decydują się więc na zakup surogatek, ale – warto też wspomnieć, nie byle jakich. Szkolone od dwunastego roku życia, odseparowane od rodziny, pozamykane w Magazynach i – co ważne – zdolne do wpływania na wygląd dziecka, psychikę i jego rozwój. Wśród nich poznajemy szesnastoletnią Violet, niezwykle piękną, niezwykle utalentowaną, ale i – niezwykle przestraszoną. Nachodzi bowiem Aukcja, gdzie zostanie zlicytowana, straci imię oraz osobowość, a zyska numer i nową właścicielkę.

Jak zacznie wyglądać jej życie u boku jednej z najbardziej wpływowych kobiet w mieście, czy zdoła sprostać jej wymaganiom i jednocześnie uniknąć gniewu zawistnych Szlachcianek, które są w stanie zrobić absolutnie wszystko w celu wyeliminowania surogatek konkurencji?

Podobna okładka, tak samo zaczynające się rozdziały, identyczny font w tytule. Perfekcyjny makijaż, szlachcianki, pokojówka i balowe outfity. Wszystko to na myśl przywodzi "Rywalki", prawda? A jednak nie jest to ta sama historia, nie jest to ta sama autorka i na pewno nie jest to ten sam styl pisania. Styl Amy Ewing podoba mi się bardziej. W ogóle, "Klejnot" podoba mi się bardziej niż "Rywalki", których czytanie i tak sprawia niezłą frajdę. Poważnie. Autorka "Klejnotu" nie rozwodzi się nad liczbą falbanek, nie określa odcieni sukien, tego czy podkreślają urodę, czy pasują do oczu, czy nie. Autorka też nie wciska bohaterki między dwójkę mężczyzn, nie robi sztampowego trójkąta miłosnego, nie daje jej głupiej, kłótliwej i impulsywnej osobowości. Owszem, nie sprawia to, że powieść automatycznie staje się Bóg wie jak trudna, wymagająca i niosąca moralne wartości – nie. Też bywa dosyć głupiutka, lekka, miałka a jednocześnie przyjemna.

Łatwo wyczuć klimat innych powieści i jest to, niewątpliwie, chyba największa wada "Klejnotu". Nie jestem też w stanie, mimo moich chęci, bo powieść naprawdę mi się podoba, usprawiedliwić autorki. Niektóre sceny, takie jak jazda do Klejnotu od razu na myśl przywodziła mi tę, gdy Peeta z Katniss jechali do Kapitolu, podziwiając przez okno całe jedenaście dystryktów. Z tymi dystryktami to też ciekawa sprawa, bo i tu wyróżniamy podobne: Bagno, Farma, Dym, Bank – w tej właśnie kolejności, – które słyną w danych specjalizacjach i obdarowują Klejnot, rzecz jasna, jak tylko mogą. Mamy również Violet, która opuszcza rodzeństwo i matkę (ojca nie ma, podobnie zresztą jak Katniss). Podobieństwa do "Rywalek" wymieniłam w poprzednich akapitach, ale i warto zaznaczyć – tu i tam również niewiele mówi się o historii; co i dlaczego jest tylko pustym hasłem i mam nadzieję jedynie, że jak "Elita" klarownie wszystko wyjaśniła, tak i "The White Rosie" nam na niedopowiedzenia odpowie. Nigdy nie czytałam powieści o surogatkach, a już na pewno nie o obdarzonych supermocami, więc akurat ten punkt znacznie rekompensuje powtarzające się tu schematy i czyni powieść niesamowicie ciekawą oraz w pewnym stopniu wyróżniającą się.

Wcześniej wspomniałam o stylu autorki – jest maksymalnie łatwy, ale potrafi zaskoczyć ciekawym spostrzeżeniem wymagającym zaznaczenia i wpisania do zeszytu z cytatami. To właśnie on sprawia, że wystarczy jeden wieczór – jak też było w moim przypadku – i książka połknięta. Amy Ewing potrafi bardzo dobrze operować akcją, świetnie bawi się granicą rozsądku, gdzieś tam czającą się w tyłu głowy czytelnika, mam na myśli to, że często szarpie za nasze nerwy, pobudza instynkty, wyczula na czyhające niebezpieczeństwo a czasem tłumi je by zadać cios ostateczny. I tym mnie chyba dobiła. Nie spodziewałam się, jak bardzo zaskoczy mnie pewnymi obrotami akcji, i mimo, że paru rzeczy się domyśliłam, ona i tak obrała inną drogę do urzeczywistnienia tego. A zakończenie mnie naprawdę poruszyło. Ostatnie zdania, ostatnia wiadomość, ostatnia nadzieja. Maksymalne pobudzenie ciekawości, chapeau bas.

Amy Ewing podała nam piękną historię siły przyjaźni, oddania jakiego nie powstydziłby się Szekspir w swojej "Romeo i Julii" oraz nie zapominania kim się naprawdę jest, pomimo przeciwności losu i tysiąca innych osób, które siłą nas do tego zmuszają. Powieść urzekła mnie stopniowym wzbudzaniem ciekawości, subtelnym wątkiem miłosnym, a jednocześnie intrygami potężnych kobiet, których zdanie w Klejnocie liczy się najbardziej. To powieść zdecydowanie obowiązkowa dla fanów i fanek Kiery Cass, chociaż nie tylko – Ewing wypiera się trójkątów miłosnych, toksycznej rywalizacji i zawiści innych konkurentek, które budowały mur irytacji u autorki "Selekcji". Szczerze, nie podziewałam się, jak bardzo intrygująca i wciągająca okaże się historia Violet Lasting i jak bardzo zaskoczy mnie zakończeniem autorka. To zdecydowanie lektura, którą połyka się bez przeżuwania, a po której skończeniu myśli o ulicach Klejnotu błąkają znacznie dłużej, a trawienie mogłoby trwać wiecznie.
Za powieść serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar! :))

Playlista piosenek, które mi się z "Klejnotem" kojarzą, akurat leciały podczas czytania lub, po prostu, świetnie oddają klimat!

Ps. Co sądzicie na temat plagi książek igrzysko-podobnych? Omijacie szerokim łukiem, czy nie przeszkadza Wam taki stan rzeczy?
Ps. Zaciekawieni? :D
Czytaj dalej

24 wrz 2015

Rainbow Rowell, dlaczego to zrobiłaś?


Nawet nie wiecie jak bardzo chciałam dziś napisać o tym, jak Rainbow Rowell skradła moje serce, jak mnie wzruszyła, jaki ogień wybuchnął między mną a bohaterami – tytułowymi Eleonorą i Parkiem – i jak oczarowana jestem całokształtem: lekkością pióra, nieidealnymi postaciami, subtelnością ich związku. Tylko że to nie jest do końca prawda, bo o ile Rowell pisze dobrze, młodzieżowo i lekko, to niekoniecznie na tyle umiejętnie by stworzyć powieść ciekawą, pełnowymiarową. A miało być tak pięknie, co?

Akurat Eleonora piękną nazwać się nie może – nie dość, że natura nie dała jej figury i w miarę posłusznych włosów o normalnym kolorze, to jeszcze ulokowała ją w rodzinie jaką tworzy jej matka i ojczym, który bohaterkę traktuje jak dziwoląga, upokarza przy każdej najbliższej okazji a życie przy nim wygląda jak pole minowe pełne tykających bomb. Eleonora przykuwa wzrok krawatami owiniętymi wokół nadgarstków, rozciągniętymi flanelowymi koszulami, które nosi. Nie dziwmy się zatem, że gdy dziewczyna pierwszego dnia szkoły wsiada do autobusu, a na jej widok wybuchają z podniecenia wszyscy hejterzy, cwaniacy i zwolennicy ciętych zaczepek. Gdzieś wśród nich siedzi on, Park, czyli Koreańczyk w połowie, którego reputacja zapewniła dość bezpieczne miejsce na środku autokaru, który – nie wiedząc czemu – robi miejsce rudowłosej by do końca dnia nie odezwać się do niej ani słowem. A mówią, że liczy się pierwsze wrażenie.

Bo gdyby faktycznie się liczyło książkę tę oceniłabym 13/10. Trzy strony rekomendacji opływających w zachwytach czytelniczkach na początku pozwoliły mi myśleć, że może faktycznie będzie idealnie, oceny na LC też były całkiem niezłe, a blogi oszalały. Co więc poszło nie tak? Ja rozumiem, że to YA, gatunek lekki itd., ale wymagałabym jakiegoś wątku nieopierającego się na dwójce bohaterów i ich rodzinach. To było po prostu nużące. Nieciekawe. W dodatku te wszystkie ciężkie tematy: ojczym Eleonory, problemy finansowe, przemoc w rodzinie i brak akceptacji ze strony rodziców Parka na tle ich miłości są jak puste hasła, bezbarwne i płaskie. To pojęcia ważne i zasługujące na omówienie, lecz nie tak, nie w ten sposób. Nie tak pobłażliwie, nie tak po łebkach. Nie wczułam się w sytuacje bohaterów, nie przejęłam się zbytnio ich losem, więc automatycznie oczekiwałam czegoś obok, czegoś co zaplusowałoby u mnie kiedy to Eleonora z Parkiem sobie nie radzili, czegoś co wyda się słodkie, jakim to słowem recenzenci i recenzentki określali powieść. Mianem "słodkiej" właśnie.

A mnie było po niej niedobrze. Zbyt bardzo frustrują mnie takie książki: pełne porażek życiowych, kompleksów i bójek; czuję się przytłoczona kiedy obserwuję jak ludziom życie wali się na głowę, a nie potrafię zarazem stwierdzić, czy za zabieg ten należy się plus czy minus. Plus, że książka wywołuje emocje. Minus, że po niej popadamy w doła. Z "Eleonorą i Parkiem" jest gorzko i słodko na przemian. Podczas lektury czułam się jakbym zamiast książki trzymała drobne stworzenie, ich związek w niektórych momentach był tak kruchy, tak delikatny, że bałam się, że wystarczy jedna sytuacja by całość runęła, prysła jak mydlana bańka, po tym jak idealnie się to okazało – i to było urocze. Jednak cała reszta? Nic ciekawego.

Hejtuję tę książkę za wielkie niedopowiedzenie, jakim stało się zakończenie. To kurde, niewybaczalne, Rowell. Jak można napisać tak słodko-gorzką książkę, z momentami które faktycznie przejmowały a potem skazać całość na śmierć? Jak można zrobić to tak szybko, jak mrugnięcie oka, wręcz niezauważalnie? "Eleonora i Park" wywołała u mnie sprzeczne uczucia, fakt, ale o mojej nienawiści do zakończenia nie byłam jeszcze tak przekonana. Niedopowiedzenia są dobre u Colleen Hoover, ale to co zrobiła Rowell nazywa się gilotyna w środku rozdziału.

Wiem, że Rainbow Rowell napisała książkę z myślą o ludziach nieidealnych. Nie tych, którzy dowiedziawszy się o upośledzeniu drugiej osoby stają się nagle aniołami stróżami i nie tych, którzy nawet w nocy mają ochotę na przebieżkę i skalpel Chodakowskiej. Tych, w których domu nie dzieje się zbyt dobrze, którzy nie mają figury modelki oraz tych, którzy mają problemy w szkole i nie cieszą się szacunkiem reszty uczniów. To właśnie największy i chyba jedyny plus tej książki – wreszcie są bohaterzy, którzy nie są ideałem człowieka. Szkoda jedynie, że autorka tak bardzo skupiła się na na ich kreacji, że nie zauważyła tła opowieści jakie pozostało – białe, nędzne, nudne. Bez żadnych wątków pobocznych, bez ciekawostek, bez bliższej historii innych bohaterów. Wydaje mi się, że albo autorka była zbyt zagubiona by wychwycić ten problem lub zbyt leniwa by dopisać parę stron. Też bywam trochę leniwa, więc wykorzystam okazję: nie przedłużając – "Eleonora i Park" to powieść całkiem w porządku, ma problemy i ma romans. Nie ma za to reszty ważnych dla powieści aspektów, raz jest maksymalnie beznamiętna i a raz niebywale frustrująca oraz słodko-gorzka, co sprawia, że pewnie o niej zapomnę i osobiście raczej nikomu nie polecę. Ale można spróbować, jasne – tylko proszę, nie spodziewajcie się czegoś wielkiego.
"Jezu, czy można zgwałcić komuś rękę?"


Ps. Kto wraz ze mną ubolewa nad zmarnowaną historią, a kto wręcz przeciwnie?
Czytaj dalej

21 wrz 2015

The Name Book Tag


Cześć wszystkim!
Dzisiaj nieco luźniej, taryfa ulgowa na poniedziałek dzięki cudownej Izie z bloga Kolejny Rozdział, dzięki której zawsze mam mnóstwo Tagów w pogotowiu! :D Dziękuję!

The Name Book Tag, czyli wyjawiamy swoje imiona i do poszczególnej litery dopisujemy książkę na nią się zaczynającą. Jakoś nie przepadam za zdrobnieniami swojego imienia, więc dzisiaj całe, w pełni okazałości. Zapraszam!

N

"Natalii 5" czyli odpowiednie rozpoczęcie tego tagu, prawda? :D Wspominam naprawdę dobrze, lekki kryminał z przezabawnymi, wyrazistymi bohaterkami, które po latach dowiadują się, że są siostrami i postanawiają zamieszkać w domu zmarłego ojca bigamisty, gdzie czeka na nie masa intrygujących zagadek.

A

"Akademia Wampirów", czyli moja pierwsza książka o tych kreaturach, która jest naprawdę wspaniała! Trudno uwierzyć? Na pewno usłyszeliście o Rose i Dymitrze (pkt. 4!) na kanale Anity, która uwielbia ich równie mocno jak ja (a to już powinno być zachęceniem samym w sobie!). Nie ma tam schematu wampirów w college’u, jest intrygujący podział na moroje i dampiry – ogólnie, książki na bardzo wysokim poziomie. 

T

Cieszę się, że dałam "Toxic" szansę. Okazała się naprawdę dobrą, zdecydowanie mniej miałką niż poprzedniczka częścią serii, miała świetnie wykreowanych bohaterów, masę frustrujących retrospekcji dawnego życia. NA na całkiem wysokim poziomie.

A

Mam naprawdę spory problem z literą A, ale na moje (nie)szczęście przeczytałam kiedyś "Achaję", która okazała się mega klumpem (ponownie nawiązując do Anity). Zdecydowanie nie polecam, język wulgarny i grubiański, bohaterka z tych, które czytelnik chciałby często policzkować, dziwna liczba pytajników, wykrzykników… Odradzam. 

L

"Love, Rosie", cudowna, magiczna "Love, Rosie" (tutaj powinna znaleźć się kolejna wzmianka o blogu Anity, bo to właśnie jej zawdzięczam własny egzemplarz!). "Ta książka jest cudem. Nie chcę mówić nic innego, bo naprawdę nie wjem czy istnieją jeszcze jakieś słowa opisujące trafnie tę historię, i które z równie mocną siłą trafią w Wasze serca." Po prostu przeczytajcie! 

"I nie było już nikogo" czyli moja pierwsza książka Agaty Christie, naprawdę cudowna zarówno na to pierwsze, jak i kolejne spotkanie – nie bez powodu okrzyknięta najpopularniejszą powieścią pisarki na świecie oraz najlepiej sprzedającą się powieścią kryminalną wszech czasów! Jest naprawdę niesamowita, nieprzewidywalna, krótka a przejmująca i dynamiczna!

I magiczna, baśniowa, niepowtarzalna "Akademia Dobra i Zła"! Piękne ilustracje, cudowne przesłanie, przyjaźń wystawiona na próbę oraz klimat Hogwartu: szkolne bale, zauroczenia, bieganie na nielubiane zajęcia. Drugi tom jeszcze lepszy, jeszcze bardziej baśniowy, uroczy i godny polecenia!

Dziękuję za uwagę i zapraszam do zabawy wszystkie osoby, które tagu tego nie robiły oraz:
Olę z bloga Aleksandra Kropka
Suzan z bloga Zaczytana Suzan
Geek Girl z bloga Books by Geek Girl

I hej, wiecie, że mam Instagrama? :D
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @k.uskrzydla
Czytaj dalej

18 wrz 2015

"Dopóki nie zgasną gwiazdy", czyli nikt już nie jest bezpieczny


Świat przed Upadkiem był zupełnie inny. Teraz ludzie po zmroku nie wychodzą z domów, nie ma już księdza, który odprawiałby egzorcyzmy, starzy i młodzi nie spotykają się tak chętnie jak kiedyś, nikt też nie cieszy się z małych rzeczy: dziecięcych obyczajów, białego puchu za oknem, towarzystwa najbliższych. Wszyscy żyją w strachu. Za zaryglowanymi drzwiami i zasłoniętymi oknami w ciemności czyha niebezpieczeństwo o niewinnych rozmiarach i niepozornej nazwie. Świetliki. Plaga jaśniejących owadów, rozprzestrzeniająca się jak pożar, która ponad wszystko pragnie opętać blaskiem duszę człowieka, gdzie – zyska pełną nieśmiertelność. Irracjonalne? Cóż, to nie koniec. Ich powstanie zapoczątkowała roztrzaskana kometa, z której się wylęgły – i jako że mieszkańcy jej pojawienie się uznali za karę boską, przyjęła ona imię Lucyfera. Więc aby gniew Boga mieszkańców nie dosięgnął – przenieśli się oni w góry. I w takiej rzeczywistości żyje Kacper – buntowniczy nastolatek, którego ambicja każde opuścić rodzinę i dom i wyruszyć się na wyprawę, która może kosztować go życie. Wystarczy jeden nieostrożny krok by jaśniejące w ciemności światła ogarnęły jego duszę...

Epicka, ciśnie mi się na usta za każdym razem, gdy przewracam stronę. A za nią tysiąc "a jednak": a jednak można stworzyć coś zupełnie, w stu procentach innego, a jednak możliwe jest napisanie post-apokalipsy zdecydowanie różnej niż te powszechnie znane, a jednak jest coś bazujące na wizji przyszłości, które nie uczepiło się nastolatków zjednoczonych przeciwko systemowi oraz nie rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych. I wiecie co? Jestem dumna, pomimo, że nie czytało mi się tę książkę najlepiej i bywały momenty nieco nużące – szóstą książkę Piotra Patykiewicza, a zarazem moją pierwszą spod jego pióra uważam za całkowicie udaną.

Chociaż początki mieliśmy trudne. Strony z jedną tylko linijką dialogu (a raczej monologu) pośród długachnych opisów przywodziły mi na myśl "W pustyni i w puszczy" w wersji "na zimno". Jedni mogą być w pełni usatysfakcjonowani bogatymi opisami przyrody, śniegu, jaki pokrywał stoki i dzikich pustkowi – ale nie ja. Ja czytałam tę książkę prawie miesiąc, nużyła mnie w sposobie przedstawienia historii – nie była nudna, co to to nie, ale trudna w odbiorze, wymagająca pełnego skupienia. Automatycznie więc towarzyszył mi problem, kiedy to musiałam wmuszać sobie czytanie tej powieści; owszem, byłam ciekawa losów bohaterów, nie mogłam usiedzieć myśląc o zakończeniu (swoją drogą wyjątkowo słabym i niesamowicie otwartym), ale –  wizja zmierzenia się z ciężkim językiem autora i pełnych słów, których na pewno nie znajdziecie w książce tłumaczonej, oraz myśl o ogromnej liczbie opisów zniechęcała mnie okropnie. (Więc trochę z nich ominęłam, to naprawdę niezła metoda).

Powytykałam, ponarzekałam i ogólnie można by rzec – zniechęciłam połowę z Was zapewne wzmianką o ukochanym nobliście Henryku, którego cuda tak dobrze znamy z list lektur szkolnych, czyt. przymusu edukacyjnego. Ale uwierzcie – wcale nie miałam tego na celu. Kojarzycie "Drogę" Cormaca McCarthy’ego (albo film o tym samym tytule)? Tak, tę książkę która otrzymała w 2007 nagrodę Pulitzera, i którą jedni z Was uważają za arcydzieło, emocjonalną oraz wzruszającą post-apokalipsę, a drudzy – smętną wędrówkę ojca z synem opisaną tak mozolnie, że już ten Sienkiewicz bawi lepiej? (Ja zdecydowanie zaliczam się do pierwszej grupy!) Niezależnie od opinii – Patykiewicz przemycił z "Drogi" do swojego dziecka klimat błąkania po opustoszałych ulicach, surową rzeczywistość, masę wyrachowania, sprawiając, że polska powieść stała się równie poruszająca, co klasyka gatunku.

Ogromną rolę w tej powieści odrywa religia, która właściwie składa się z wielu niedopowiedzeń i tajemnic – Lucyfer, meteoryt, egzorcyzmy, próba św. Jerzego.  To ogromna zaleta tej książki – właśnie ta mistyczność, opanowanie przeplecione przejęciem, chwile religijnego uniesienia. To cegiełka budująca rozległy i trójwymiarowy świat, niepowtarzalny klimat i niespotykany podczas czytania – moment wywołujący ciarki. To książka dla wszystkich wiekowo, ale nie koniecznie dla każdego. To lektura mądra, piękna, niosąca na pewno pewne wartości i co za tym idzie – dosyć wymagająca. Czasami trudna, czasem frustrująca i przydługa, ale niepowtarzalna w każdym calu. Jestem dumna.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN! :))

Ps. Spójrzcie tylko jakie piękne ilustracje!
Ps2. I jak? Skusicie się?
Czytaj dalej

15 wrz 2015

Liebster Blog Award #9


Dziewięć edycji LBA za mną, a dopiero teraz dostałam tak wyjatkowy pakiet pytań. Małoksiążkowych, tak na marginesie, ale jakich! Za nominację serdecznie dziękuję współtwórcom bloga Aksamitne Stronice!

Spotkałeś złotą rybkę, kazała ci spełnić trzy życzenia. Jakie one będą?
Och, nie mogę uwierzyć, że takie pytanie się tutaj znalazło :D Pierwsze wykorzystałabym na akcję charytatywną dla chorych, ponieważ nie jestem pewna czy całkowite zabranie chorób ze świata nie zaburzyłoby pewnej równowagi. Drugie podarowałabym rodzinie – niech sobie zażyczą co im tam do głowy przyjdzie, a trzecie zostałoby zarezerwowane a raczej zarezerwowałby mi miejsce na jakimś festiwalu z samymi ulubionymi zespołami. (Ten wyżej między innymi.) 

Masz przed sobą kopertę ze swoją datą śmierci. Otwierasz?
Nie wytrzymałabym nie otwierając jej. Jestem cierpliwa, przynajmniej tak mi się wydaję, ale nie potrafiłabym się powstrzymać.

Czym kierujesz się przy wyborze książki?
Nosem :D Czytam to, co zasługuje na uwagę, wyda się ciekawe, nieszablonowe albo zrobiło wokół siebie ogromny szum. Przeglądam opinie na LC, podczytuję blogi i dopiero potem stwierdzam, czy warto.

Ulubiony tytuł książki?
"Martwa Strefa"

Czy jeśli mógłbyś kogoś zabić bez żadnych konsekwencji, zrobiłabyś to? Jeśli tak - kogo?
Nienienienie. Jestem wysłannikiem pokoju, nie jestem zawistna, pamiętliwa i na pewno nie jestem zdolna do morderstwa. Niezależnie o jaką osobę chodzi, niech zajmie się tym ktoś inny.

Ulubione słowo? Dlaczego akurat ono?
Nie musi być polskie, no nie? To dobrze, bo sam język nie wydaje mi się wyjątkowo piękny, dlatego wybiorę coś z angielskiego. "Patience" czyli cierpliwość i "Honest" oznaczające szczerość, ponieważ oba naprawdę cudownie brzmią w na przykład "Honest" The Neighbourhood, to pierwsze w "Patience"  Guns N' Roses, a samo drugie u Kodaline. Uwielbiam ich melodyjność i delikatność, przy ich wymawianiu nie trzeba się w ogóle wysilać (nie to żebym była taka leniwa), samych ust też nie trzeba tak układać jak do polskich odpowiedników, prawie w ogóle nie trzeba ich otwierać.

Jaką magiczną istotą chciałbyś być?
Nocni Łowcy się zaliczają do magicznych istot? :D

Czy wierzysz w istnienie istot pozaziemskich?
Czyli UFO? Raczej nie :D

Zaglądałeś do szafy lub pod łóżko, aby sprawdzić czy nie ma tam potworów, kiedy byłeś mały?
Do tej pory boję się wystawić rękę za łóżko, by dosięgała podłogi…

Czy kiedykolwiek znalazłeś się w takiej sytuacji, iż myślałeś, że Twoje życie dobiega końca?
Boże, kiedy przeczytałam "Mroczne Umysły" :D

Planujesz swój dzień czy raczej jesteś spontaniczny i żyjesz chwilą?
Na co dzień nic nie planuję, chociaż wiem, jak wiele czasu można w ten sposób zaoszczędzić. Słuchałam kiedyś Hani na Periscope, która opowiadała o najbardziej wydajnych latach swojego życia, które stały się takie nie z przypadku a – z zaplanowanych co do minuty czynności. Wiecie, trzy minuty na umycie zębów, potem równo o 7.13 spakowanie plecaka, na które miała pięć minut i pół minuty, załóżmy. Jestem spontaniczna, chociaż gdy mam poczucie zrobienia czegoś następnego dnia to robię to o godzinie, którą sobie wcześniej wyznaczę. To też świetnie motywuje.

Pytania są naprawdę wyjątkowe, więc przekazuję nominację tylko chętnym, biorąc pod uwagę fakt, że w poprzednim LBA nominowałam całą jedenastkę. Trzymajcie się, cześć!

Ps. Korzystając z chwili: jakie tytuły książek są Waszymi ulubionymi? Jakie słowa lubicie najbardziej?
Ps2. Licznik dziwnie stanął i nikt nie chce go rozruszać :(
Czytaj dalej

12 wrz 2015

Czy istnieje baśń bez księcia?



Akademia Dobra i Zła | Świat bez książąt | Długo i szczęśliwie

Śpiąca Królewna podpala wrzeciono, Królewna Śnieżka zatruwa krasnali jabłkiem a później pięściami rozbija szklaną trumnę. Czerwony Kapturek podcina wilkowi gardło, Kopciuszek wtrąca księcia do lochu zaraz po przepisaniu jej całego królestwa. Księżniczki odziane są w kolczugi, trzymają miecze i okrągłe tarcze. Łowczynie pokonują demony i spiskują za plecami mężów, zupełnie tak jak Ginewra, królowa Camelotu i żona Króla Artura, która zdradziła go Lancelotem, jego najlepszym przyjacielem.

A książęta? Myśliwi? Mężczyźni, którzy spieszyli im na ratunek i ratowali życie? Po prostu zniknęli. Zarówno z baśni, jak i Akademii. Nie istnieje już podział na Dobro i Zło, "Akademia Dobra i Zła" przeistoczyła się w "Akademię dla Chłopców i Dziewcząt", a to wszystko wskutek zwieńczającego pierwszy tom wyboru – wyboru Agaty, który zaburzył równowagę i sprawił, że chłopcy zostali ośmieszeni i uznani za bezużytecznych. Od tamtego dnia mija sporo czasu, a dziewczynki ponownie wracają do Akademii, gdzie wiedźmy i księżniczki nie są już wrogami a tworzą sojusze i przygotowują się do wojny. Wojny z Akademią Chłopców z rozwścieczonym Tedrosem na czele.

Pierwszy tom był bardzo dobry, ale nie zrobił szału z wielu powodów. Młody wiek dziewczynek był nienaturalny, autor wykorzystał motyw Hogwartu, całość była nieco przewidywalna, napisana chaotycznie i nieporadnie oraz zbyt dynamicznie poprowadzona, przez co łatwo było się zgubić. W recenzji poprzedniego tomu – „Akademii Dobra i Zła – pisałam właśnie, że praca nad językiem, kreacją bohaterów i stopniowym przekazywaniem informacji wpłynęłaby bardzo pozytywnie na książkę tę, i wiecie co? Soman Chainani odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Wyżej wymienione wady już nie istnieją. Owszem, Agata, Sofia i reszta nadal zachowują się nieco dojrzalej niż dwunasto- czy trzynastolatki, ale to nie gra roli. Autor również popracował nad językiem – "Świat…" czyta się zdecydowanie przystępniej, nie trzeba więc powtarzać parokrotnie lektury strony, by załapać o co kaman? W tej chwili widzę tylko ogromną przepaść między dwoma tomami, tak bardzo one się różnią. Tak widocznej poprawy bardzo dawno nie zaobserwowałam, jestem naprawdę oczarowana.

Teraz nawet historia wydaje się ciekawsza. Pierwszy tom był bez większego wątku głównego – ot, przygody dziewczynek, które trafiły do złych Akademii, próbujące za wszelką cenę się stamtąd wydostać. Tutaj zaś sam podział – w tym przypadku Chłopcy i Dziewczęta – jest tylko tłem. Na pierwszy rzut oka widać rywalizację płci, nieufność rodzącą się ze strony bohaterek oraz – ich własne pragnienia. "Świat Książąt" posiada także o niebo lepszą wizję na baśnie. Nie pokazuje historii księżniczek, książąt, wiedźm i zbójów podczas pobytu w Akademii, gdzie uczyli się by stać się takim Kopciuszkiem, Robinem Hoodem czy kimś innym, jak to było w tomie pierwszym, a daje zupełnie niespodziewaną, surrealistyczną i wręcz nieprawdopodobną wersję. Przez ten zabieg książka staje się tysiąc razy lepsza. Jak wspomniałam w pierwszym akapicie: Czerwony Kapturek podrzyna gardło wilkowi, Śnieżka zatruwa krasnali jabłkiem itd. – to, według mnie, tylko namiastka tego, co mógł zrobić Soman Chainani, bo prawdziwy geniusz ujawnia się w zgrabnych splotach fabuły, przyjemnie wyważonych i naprawdę pozostawiających dobre wrażenie.

"Świat…" jest w rzeczy samej podobnie skonstruowany jak "Akademia". Tu i tam akcja niesamowicie wciąga, nie daje od siebie oderwać, początek jedynie wydaje się trochę ociężały i powolny, ale później i on staje się maszyną napędową fabuły i w tym przypadku: gwarantuję, że będziecie go wspominać przez lekturę całej książki. Oczywiście gdzieś pomiędzy mrożącymi krew w żyłach momentami zdarzą się pewne zastoje i chwile pauzy, ale to nie powód by ocenić tę powieść z mniejszym entuzjazmem. Na drugi tom "Akademii Dobra i Zła" czekałam z niegasnących podekscytowaniem. Nie dlatego, że pierwszy tom wywarł na mnie niesamowite wrażenie (choć po namyśle w sumie też), ale głównie dlatego, że wiecie – świat bez książąt, księżniczki i wiedźmy we współpracy – wspólnie kolczugi, uzbrojenie i cel. Soman Chainani zachwycił mnie idealnie wyważonym całokształtem, dobrą kreacją bohaterek i tym niepowtarzalnym, groteskowo baśniowym klimatem, którego szczerze mówiąc – żałuję, że nie poznałam wcześniej.
Za prawdziwą lekcję baśni dziękuję wydawnictwu Jaguar! :))


Ps. Jesteście zwolennikami śmiałych spojrzeń na baśnie? Co o nich sądzicie?
Ps2. Kto skusi się na drugi tom "Akademii..."?
Czytaj dalej

9 wrz 2015

Ci, którzy ją dręczyli gorzko tego pożałują


"szturchańce i kopniaki, złośliwe podstawianie nogi w przejściu między ławkami, żeby się potknęła, przechodząc, jej książki zrzucane na ziemię, pornograficzne pocztówki wkładane do jej torebki; Carrie, która na parafialnym pikniku klęka niezgrabnie, żeby się pomodlić, a wtedy w jej starej spódnicy z madrasu z donośnym hukiem pęka szew przy zamku błyskawicznym; Carrie, która nigdy nie trafia w piłkę, nawet na treningach, która przewraca się na twarz na zajęciach z tańca nowoczesnego w drugiej klasie i wybija sobie ząb, która wpada na siatkę podczas gry w siatkówkę; wiecznie oczka w pończochach, wiecznie bluzki przepocone pod pachami; i ten dzień, kiedy Chris Hergensen zadzwoniła do niej po szkole z Kelly Friut Company i zapytała ją, czy wie, że "świński ryj" pisze się C-A-R-R-I-E…" 
Nic dodać, nic ująć. Oto Carrietta White, dziewczyna w istocie nie tak śliczna jak filmowe wyobrażenie (nawet jeśli jest oblane krwią) i oto Stephen King, którego powyższą damę nazwać można pierwszym literackim dzieckiem. Bo to ten debiut, trzydziestokrotnie odrzucony przez wydawców, przyczynił się do tak wielkiej sławy pisarza (chwała żonie Mistrza, że wyjęła „Carrie” z kosza i zmusiła Kinga do ponownego rozesłania). Carrie nie jest lubiana, traktuje się ją jak śmiecia, gwoli jasności i jeden moment jej życia sprawia, że iskierka tląca się weń zamienia się w istne pandemonium; dziewczyna odkrywa w sobie zdolności telekinetyczne, które zamierza wykorzystać by zemścić się na prześladowcach. 
"Mamo, przyszłam, żeby cię zabić. A ty tu czekałaś, żeby zabić mnie."
Stephen King jest synonimem gawędziarstwa. Z biegiem czasu zaobserwować możemy, że jego nowsze pozycje, takie jak "Joyland" czy "Przebudzenie" to przegadana obyczajówka, garść faktów i ciekawostek, w tle może jakiś kryminał. W 1974 roku, wszystko malowało się znacznie inaczej. Kiedy dostałam "Carrie" byłam przerażona jej objętością, dwustoma stronami, które wyglądały jakby wyrwano z trzy czwarte książki lub zamiast powieści dano mi jakiś słaby przewodnik filmowy. To właśnie one, tak mała ilość stron powoduje, że wszystko dzieje się bardzo szybko a autor nie ma czasu na niepotrzebne gadki i opisy, powieść połyka się jednym tchem. Oprócz małej objętości, debiut Kinga na tle innych książek, pochwalić może się również charakterystycznym stylem: większość książki to powieść epistolarna, składająca się z depeszy, fragmentów książek czy słownikowych przypisów. Telekineza tutaj traktowana jest bardzo naukowo, jakby faktycznie istniała możliwość przenoszenia przedmiotów siłą umysłu (chociaż kto wie?). Te elementy tworzą niezwykle klimatyczną otoczkę: podczas gdy Carrie spokojnie idzie do szkoły my znamy już relacje ludzi z przyszłości, co sprawia, że między dziewczyną a niedalekim wydarzeniem tworzy się przepaść niegasnącej ciekawości. Często przyłapywałam się zbulwersowana faktem, że depesza lekko dotknęła tematu pewnego wydarzenia, które się jeszcze nie wydarzyło, pozostawiając mnie w niewiedzy, zdecydowanie budując intrygę i, co ważne, skutecznie utrzymując czytelnika przy książce. 

Osobą budzącą ogromne zainteresowanie podczas lektury jest niewątpliwie matka Carrie, fanatyczka religijna, która siedemnaście lat temu swoją ciążę uznawała za niszczącego ją od środka raka, rosnącego z tygodnia na tydzień, przybliżającego tym samym do przejścia na drugą stronę, do nieżyjącego już ojca Carrie. To ona, Margharet White jest tyranem w tej historii, nie biedna Carrie. To ona kolor czerwony uważa za kolor szatana, zamyka córkę w ciasnym pomieszczeniu (swoją drogą brzmi to jak w American Horror Story, no nie?) by ta oddawała się modlitwom, prysznic uznaje za diabelski przyrząd oraz policzkuje, obraża i grozi córce za jedno nieodpowiednie słowo. Takie jak: bal. Ten pamiętny bal 1979 roku. 

"Carrie" może nie usatysfakcjonować przy pierwszy spotkaniu – tak czytałam na blogach. Osobiście sądzę, że to wręcz idealna alternatywa dla osób, które coś od tego autora chcieliby spróbować, bo o ile jego reszta książek nie wbiła mnie w fotel pod względem grozy, horroru i tak dalej, to ta zbudowała całkiem niezły klimat i miała na to spore zadatki. A i objętość sprzyja zwolennikom cienkich książek. To moja piąta książka Kinga i może traciłam cierpliwość co do słynnego określenia "Mistrz Grozy", którego zupełnie kupić nie mogłam, stąd moja opinia, a może faktycznie "Carrie" jest jedną z książek lepszych. Język nadal typowo debiutancki, nie da się ukryć, obecnie King pisze lepiej, ale podziwiam go za tę książkę, bo naprawdę była mocniejsza od innych i zgrabniej przedstawiona. Kolejne "tak" dla Kinga, który pisze o życiu, bo wiemy wszyscy, że książki rodzą się na podstawie doświadczeń własnych, zaobserwowanych, a te Mistrza już w oparciu o jego własne fobie. Sam fakt, że stworzył książkę na fundamentach żywej nienawiści i stalkingu tak niewyobrażalnego, niesamowicie daje do myślenia. Podjął świetny, według mnie, temat. Temat, który niezależnie co by się działo, zawsze będzie na czasie a ludzie będą takie rzeczy czytać, bo uwielbiają cudze problemy. 

"Carrie" jest idealnym odzwierciedleniem tego, nie zależnie nawet od tych czterdziestu lat różnicy między wtedy a dziś, że wśród młodzieży, nadal panuje prawo dżungli, prawo silniejszego, który siłą rzeczy tworzy własnego kozła ofiarnego. Że szkoła nie zawsze jest najbezpieczniejszym miejscem, że nauczyciele czasem wolą zmieść problem po dywan, i że zazwyczaj ma to niestety, opłakane skutki. "Carrie", jak to książka Stephena Kinga, nie ma szczególnych wad czy minusów. Jest wyjątkowa, bo cienka i bez zbędnej gadaniny, wartka oraz urozmaicona wstawkami powieści epistolarnej, które genialnie budują napięcie. Czy "Carrie" to horror? Nie wiem. To raczej powieść psychologiczna z elementami thrillera, ale jaka! Stephen King zaskoczył mnie tym, że jako początkujący pisarz, który nie miał wyrobionego stylu i doświadczenia pisarskiego stworzył arcydzieło. Arcydzieło. "Carrie" to powieść ponadczasowa, którą trzeba znać, więc ogromnie ją Wam polecam.

Ps. Mimo tych wszystkich dziwacznych upodobań, "Carrie" jest całkiem fajna, więc przyznać się szczerze – kto zdążył poznać, a kto dopiero planuje?
Czytaj dalej

6 wrz 2015

"Nasz świat się nie skończy, kiedy zamkniesz książkę"


Czarownica | Dar | Ogień | Pocałunek

Z przykrością muszę to przyznać – ja, gorąca fanka powieści antyutopijnych, utopijnych itd. itp. – że moje uwielbienie do wyżej wymienionych typów słabnie. I to w przerażającym tempie. Bo człowiek, kiedy chce się w danym gatunku literackim wyspecjalizować, zauważa wszystko. Schematy, podobne światy, wyszczekane bohaterki, ruchy oporu oraz wielkiego, najlepiej łysego kolesia żądnego władzy. I jest zwyczajnie zmęczony, ma dość niczym nie wyróżniających się powieści i przede wszystkim, szkoda mu spędzonego przy nich czasu.
Jak było  więc z serią Jamesa Pattersona i trzecim już tomem, "Ogniem"?

Powieść zaczyna się nietypowo, bo między "Ogniem" a końcówką poprzedniego tomu maluje się znaczna przepaść – ni stąd ni zowąd Whisty staje się wolontariuszką w szpitalu, gdzie panuje epidemia, która wkrótce dotyka i dziewczynę. Whit stara się znaleźć dla siostry schronienie, jednak rodzeństwo nie ma jednak chwili do stracenia – Nowy Ład depcze im po piętach, żołnierze przeszukują domy a Ten, Który Jest Jedyny pragnie tylko jednej rzeczy. Magii czarodziejów.
"Co mamy do stracenia, poza życiem?"
Kiedy to "Czarownica" była przeciętna, "Dar" mnie pozytywnie zaskoczył, to o trzecim tomie – „Ogniu” nie mam za bardzo wyrobionej opinii. Po prostu nie wiem. Z jednej strony całość nadal jest średnia, nie powala, powiela błędy poprzednich tomów, nie jest wyjątkowo nieprzewidywalna albo mrożąca krew w żyłach – po prostu jest – z drugiej całkiem mnie zaskoczyła. Doskonale pamiętam początek powieści, który był jak nie z tej planety. Tajemnicze rozpoczęcia akapitów "Witajcie w najgorszym koszmarze" albo "Chcecie bajki? No cóż, obawiam się, że ode mnie jej nie usłyszycie", sprawiły, że czułam się jakbym pomyliła książki. Poprzeczkę postawiono wysoko, wstęp i pierwsze parę rozdziałów niesamowicie mnie nakręciło, ale im dalej, tym gorzej. Chaotycznie, zagmatwanie, niespójnie.

A pomysł był genialny, przynajmniej na ten tom. Misja dla obojga z rodzeństwa – ona wchodzi do paszczy lwa, on odkrywa tajemnice zaświatów w poszukiwaniu rodziców – malowała się wyjątkowo ciekawie. Niestety, nie przekonała mnie. Wątek Whita był zabiegany i nieskładny, przez co czekałam tylko na rozdziały okiem Whisty, której historia w przeciwieństwie do brata przypadła mi do gustu. Pewnie dlatego, że w jednym z bohaterów widziałam kogoś pokroju Sebastiana z Darów Anioła, który sprawił, że obrót wydarzeń wreszcie wydał się wreszcie wart uwagi. Tutaj i tam dzieje się tak dużo, że w pewnym momencie można się zgubić. Rozdziały mają nie więcej niż trzy, cztery strony, czasem zajmują nawet jedną, styl pisarzy jest prosty, dosadny oraz zdecydowany –  dla niektórych to zaleta, dla mnie zdecydowany minus – nic więc dziwnego, że poczucie niestabilności na kartach tej serii dotyka nas coraz częściej.

Seria Jamesa Pattersona, która jeszcze niedawno miała być trylogią, nie spełniła wymagań górnolotnej książki, nie wyróżniła się na tle innych w gatunku, jednak czasu poświęconemu historii nastoletnich czarodziejów nie żałuję, ponieważ pomogła spojrzeć na antyutopię przez pryzmat magii oraz zapewniła – mizerną, ale jednak – dawkę wrażeń. A to się liczy. Nie jest to literatura dla wymagających czytelników, dla osób, które nie policzyłby przeczytane przez siebie antyutopie na palcach obu rąk. Myślę, że przypadną do gustu czytelnikom Ricka Riordana – narracja wyjątkowo przypomina mi tę Percy’ego a i jeszcze humor, lekka ironia i młody wiek bohaterów sprawia, że osobom z mniejszych bagażem książkowym na pewno przypadnie do gustu. 
Za powieść dziękuję wydawcy!

Ps. Są tu fani serii, cieszycie się ze zapowiedzianej kontynuacji, czy może nie czujecie się przesadnie zachęceni?
Czytaj dalej

3 wrz 2015

Miesiąc w pigułce: sierpień!


O nie, czy to naprawdę wrzesień?! Te wakacje minęły mi najszybciej w życiu, dlatego patrząc na listę przeczytanych książek dziwię się, gdzie ja na to znalazłam czas. Wyjazdy, przyjaciele: to w sierpniu moje wakacje rozkręciły się na dobre. Ale! Mimo czasu spędzonego poza domem sierpień nie wypadł gorzej od lipca, bo również przeczytałam 10 książek! A oto i one:


"Endgame" James Frey, Nils Johnson-Shelton
"Elita" Kiera Cass
"Dar" James Patterson, Ned Rust
"Carrie" Stephen King
"Eleonora i Park" Rainbow Rowell
"Chłopcy" Jakub Ćwiek
"Sześć lat później" Harlan Coben
"Szukając Kopciuszka" Colleen Hoover
"Ogień" James Patterson, Jill Dembowski
"Świat bez książąt" Soman Chainani

Nie, nie jestem w tyle z recenzjami. Prawie wszystkie posłusznie czekają w Wordzie :D


Jestem całkowicie pewna, że wrzesień nie wypadnie tak kolorowo, ale to nic, każda książka jest na wagę złota i każda z nich to i tak więcej od przeciętnej liczby nieczytającego Polaka.

A Wy zadowoleni z sierpnia? Jakie plany na wrzesień?

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.