29 lis 2015

Dom jest tam, gdzie nasi bliscy


Przeprowadzka nie kojarzy się z czymś dobrym. Opuszczenie rodzinnego domu, najbliższych przyjaciół i sąsiadów, zakończenie nauki w szkole i momenty zaaklimatyzowania się w nowej są trudne, nie da się ukryć. Wszystko jest trudne. Ale jeszcze gorzej mają ci, którzy przeprowadzają, z powodu trudnej sytuacji w domu. Teodor, Róża i ich mama są zmuszeni do ucieczki. Pakują swój nieduży dorobek i uciekają z Krakowa do małej miejscowości, by odetchnąć, poczuć się wolnym i przede wszystkim – bezpiecznym. Tam jednak nie czekają na nich rewelacyjne warunki – mały, nadający się niemalże do rozbiórki domek na ulicy Środkowej. Nie wiedząc czemu, nogi chłopca prowadzą go na Wschodnią, gdzie znajduje się ten tytułowy "Dom na Wschodniej", czyli – gwoli ścisłości – najbardziej dziwaczny budynek wszechczasów. Kim jest ekscentryczna starsza pani zamieszkująca dom na Wschodniej i jej podopieczni – ciemnoskóra Roksana, Stachu, Pi-Stachu, mały Wojtek i Konstancja, która sądzi, że jest on sarenką? Jakie sekrety kryje ich dom, pozbawiony współczesnych wynalazków, a posiadający służbę i lokaja? Oraz jakie drzwi otwiera tajemniczy klucz? 

Po lekturze "Skazanych" i "Zabłądziłam" termin "polski debiut" kojarzy mi się tylko z pozytywnymi odczuciami, a "Dom na Wschodniej" tylko podtrzymuje tezę, że Polacy też pisać potrafią. A autorka Sabina Jakubowska w zupełności jest tego przykładem. Jeśli nadal jesteście nieprzekonani: "Dom na Wschodniej" został wyróżniony Nagrodą Główną w Konkursie Promotorzy Debiutów 2015. Uzasadnienie? Proszę.
"Ta książka ma wszystko, co powinna mieć powieść dla młodzieży. Jest tu przyjaźń, pierwsza miłość, tajemnica, sporo trudnych tematów i wartka, wciągająca akcja. Ta książka ma także to, co powinna mieć po prostu dobra powieść: precyzyjną kompozycję, która zgrabnie splata wszystkie wątki i ujmującą plejadę niebanalnych bohaterów."
Strzał w dziesiątkę. "Dom na Wschodniej" to jedyna książka, która posiada tak ogromną liczbę bohaterów, – przy czym tak odrębnych i tak różnych od siebie – że to oni napędzają akcję. To oni są silnikiem napędowym i to ich problemy budują całokształt. Rasizm, dom dziecka, stalking, choroba, uzależnienia i niechciana ciąża to tylko część tego, z czym walczą. Ta książka ma trzysta stron, ale tylu nieszczęść i cierpienia nie widziałam w żadnej innej, nawet trzy razy grubszej. Każdy z bohaterów ma własne przeżycia, do każdego z nich można dopisać któreś z wyżej wymienionych przypadków i to właśnie dlatego oni wszyscy mieszkają, tam gdzie mieszkają – w domu na Wschodniej, ich osobistej ostoi i przystani, gdzie rządy sprawuje kobieta tak silna i pełna nadziei, że każdy z ich problemów – prędzej czy później – musi zostać rozwiązany. A ona włoży w to całe serce. Zdecydowanie ujęła mnie też tajemnica klucza, czyli coś, co po jakimś czasie ustępuje miejsca problematyce utworu, ale nadal krząta się z tyłu, by w ostatecznym momencie w końcu rozstrzygnąć powieść i chociaż na chwilę zmrozić krew w żyłach. A wartka i bogata w suspens akcja, jeszcze bardziej na to wpływa, zupełnie jak niedługie rozdziały, które w żadnym stopniu nie nużą, są rzeczowe i przyjemne w odbiorze.

Sam język autorki początkowo nie przypadł mi do gustu, musiało minąć trochę czasu zanim się z nim oswoiłam, ale nie wiedząc czemu: nadal mam lekką awersję na jego widok. Ale to też nie wszystko, ponieważ czasem wydaje mi się, że powieść ta bywa taka niepełna i pozostawiająca niedosyt. Nie w takim pozytywnym znaczeniu, kiedy powieść specjalnie zakończona zostaje w momencie najmniej odpowiednim, ale takim, że naprawdę odczuwałam potraktowanie historii pobieżnie, jakby brakowało w niej paru elementów. Ale nie muszę mieć racji, ja tu tylko sprzątam.

"Dom na Wschodniej" to nic innego jak historia nieszczęść, które istniały dla siebie nawzajem: by dodać otuchy, pokochać, zrozumieć. Nie jest to wprawdzie książka melodramatyczna, ale rozczulająca na pewno, kochana i bardzo, bardzo ciepła. Poruszająca tak dużą liczbę problemów i bohaterów, że pewnie nie policzyłabym ich na palcach u rąk, ale w sumie, czy nie jest tak, że im więcej osób w domu tym atmosfera milsza i weselsza? "Dom na Wschodniej" polecam każdemu, kto ma ochotę na kaskadę konfrontacji młodzieży i dorosłych z ich problemami oraz powracającymi wspomnieniami, jednak nie jest to powieść w żadnym razie dołująca i smutna, a dająca promyki nadziei oraz zapowiadająca lepsze jutro, niezależnie od tego, kim jesteśmy i co posiadamy.
Za powieść serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Relacja ;)
Czytaj dalej

26 lis 2015

Zegar tyka, walka trwa, a zasady uległy zmianie. Kto przetrwa?


Endgame | Klucz Niebios


"Dzisiaj nie jesteśmy już Amerykanami, Europejczykami, Azjatami czy Afrykańczykami, nie jesteśmy już ze wschodu, z zachodu, z północy czy z południa – mówi amerykański prezydent. […] Nie jesteśmy już uczonymi, księżmi, politykami, żołnierzami, nauczycielami, uczniami, nie jesteśmy z partii Demokratycznej, ani z Republikańskiej. Dzisiaj jesteśmy po prostu obywatelami Ziemi. […] Dzisiaj każda kość niezgody, każdy spór, każda różnica, która nas dzieli, przestaje być istotna. Jesteśmy tacy sami. Jesteśmy ludźmi, którzy potrafią i muszą się zjednoczyć, aby stawić czoła niepewnej i nagłej przyszłości.[…] I jeśli mamy przetrwać to nadchodzące nieszczęście, będziemy musieli polegać na wzajemnych dobrych chęciach, miłosierdziu, miłości; naszym człowieczeństwie. […] Niech Bóg błogosławi was wszystkich i każdego z osobna. I niech błogosławi planetę Ziemię."
Stało się. Nic już nie będzie wyglądało jak przedtem.

Stwórcy stworzyli Endgame, brutalną Grę, której uczestnikami są Gracze z dwunastu starożytnych cywilizacji. Klucz Ziemi, o którego bili się w pierwszym tomie – "Endgame" został już odnaleziony. Zostały jeszcze dwa. I dziewięciu Graczy, wyszkolonych z pokolenia na pokolenie, nauczonych wymarłych języków, kamuflażu, taktyki i posługiwania się bronią. Nie zapominając o sztuce mordu.

Zegar tyka, walka trwa, a Klucz Niebios – gdziekolwiek i czymkolwiek jest, będzie następny. Tym razem nie ma czasu na czułości – światu zagraża niezidentyfikowany wcześniej meteoryt, Gracze stracili anonimowość, zasady uległy diametralnej zmianie, a planecie Ziemia wyznaczyć można już datę przydatności. Oto Endgame.  

Czy będziecie zdziwieni jeśli powiem, że "Klucz Niebios" jest stokrotnie lepszy od swojego poprzednika? Autorzy starannie skupili się na nie powielaniu istniejących w pierwszym tomie błędów, zniwelowaniu wszystkich niedoskonałości (których i tak, de facto, była liczba znikoma); to jest na przykład obezwładniająca liczba bohaterów, których trzeba zapamiętać, nazwy ludów, miejsca, z których pochodzą, cele i cechy charakterystyczne. Oraz jeszcze te nieszczęsne imiona, przy których język można połamać. To był ogromny, ogromny minus "Endgame", wszystko to, dane bohaterów, pojawiały się niby powoli, ale ostatecznie i tak spadły na czytelnika na tej jednej stronie, którą należałoby sobie zaznaczyć w celu ostatecznego przypomnienia. Wychodzi no to, że w "Kluczu" jesteśmy już z światem przedstawionym nieźle zaznajomieni, zorientowani i wczuci, a problemów z nim być nie powinno. A jednak.



Najboleśniejszy jest właśnie fakt, że seria Freya i Johnsona-Sheltona zostawia naprawdę bolesny odcisk na samopoczuciu czytelnika. Miażdży, drobi, mieli. Zachwyca. Suspens zapiera dech, wartkość i minimalizm wrzuca nas bezradnych w wir wydarzeń, a śmiała wizja końca ludzkości wprawia w przerażenie i enigmatyczny podziw jednocześnie. Majstersztyk. Akcja galopuje, – poważnie – g a l o p u j e, na twarzy wykwitają rumieńce, czoło pokrywa perlisty pot zdenerwowania, a wewnętrzny mól książkowy rwie się z całej siły w stronę Stonehenge, starożytnych budowli w Peru, piramid wypełnionych po brzegi złotem. To książka z polotem. Wyróżnia się w niej paletę bohaterów, obecnie dziewiątkę, spośród której na pewno ktoś przypadnie Wam do gustu i zaczniecie mu kibicować. Jest osoba ze Stanów Zjednoczonych, na oko wyglądająca na taką typową amerykańską laskę z college’u, – lecz to tylko złudzenie – mamy także rudowłosą wyrachowaną Latenkę, ciemnoskórego Hilala ibn Isa al-Salta, czyli jednego z bardziej pokojowych Graczy, zaledwie trzynastoletniego Baitsakhana oraz dwójkę Azjatów, w tym niemowę Chiyoko oraz Ana Liu. I paru innych. Do wyboru, do koloru.

Z tyłu okładki przeczytać możemy takie słowa:
"Określenie tego multimedialnego, wykorzystującego rzeczywistość wirtualną projektu książką może być krzywdzące."
I owszem. Bowiem to nie tylko książka, to nie jest zwyczajna powieść i zauważyliście pewnie to po tych paru zdjęciach umieszczonych powyżej. To Gra również dla nas. Każdy egzemplarz to seria zagadek, doprowadzających do klucza, który otworzy skrytkę z wielkimi pieniędzmi. Pięćset tysięcy dolarów. Drugi tom – milion, a trzeci, półtora miliona dolarów. W złocie. Zaciekawieni? To jeszcze nie wszystko – "Endgame" posiada bowiem serię filmów która wyprodukowana zostanie przez 21st Century FOX, łączy media społecznościowe, YouTube, telefony, internet z jednym, ponadczasowym i ponad wszelką technologią rdzeniem: literaturą. Niesamowita i przełomowa, tak mogłabym określić "Endgame", ponieważ nawet swoją tematyką jakże bliską "Igrzysk Śmierci", – z zaskoczeniem muszę stwierdzić – w ogóle ich nie dotyka. Jest nam bliższa, bardziej teraźniejsza, oparta na świecie, który zamieszkujemy, a to również działa na wyobraźnie i poniekąd składnia do zadaniu sobie paru pytań.

Seria "Endgame" to – podkreślę raz jeszcze – naprawdę miażdżąca lektura. Napisana z rozmachem, nowatorska i dająca świeże spojrzenie na książki za gatunku "Igrzysk Śmierci", ale i na literaturę w ogóle. Zupełnie oszałamiająca powieść, która na status powieści w sumie zasługuje tylko w połowie – media społecznościowe, YouTube, telefony, internet oraz seria filmów wskazuje na to, iż nie jest to zwyczajna książka. Drugi tom, "Klucz Niebios" mogłabym opisywać w samych superlatywach, autorzy zajęli się pewnymi niedokładnościami, które wyniknęły w tomie pierwszym, poprawiając poziom czytania, ale i podkręcając przy okazji wszystkie możliwe "efekty" podczas czytania. Jestem zupełnie zachwycona i oczarowana, póki co – tej serii niczego nie brakuje. 
Czytaj dalej

21 lis 2015

Wielkie widowisko, wielka historia


Dziś sobota. Dwudziesty pierwszy. Jedni odpoczywają po pracowitym tygodniu, nadal w podświadomości mając te wszystkie sterty arkuszy, zaległe notatki, nieuzupełnione zeszyty i żmudne obowiązkiu. Ci drudzy spędzają czas w kinie, w restauracji, u przyjaciół czy z rodziną. I nie jestem pewna, czy którekolwiek z nich, którekolwiek z Was jest świadome, że dziś wieczór wyróżnia się jeszcze jedną grupkę (szacuje się 500 milionów, gwoli ścisłości) – kibiców. FC Barcelona i Real Madryt to drużyny, których sława obiegła Ziemię (choć może i nie tylko, Madryt w końcu "Galaktyczny"). O ich rywalizacji mówią wszyscy fani piłki nożnej i na tę chwilę – chwilę słynnego El Clásico czekają w niegasnącym napięciu i podekscytowaniu. 

Dziś sobota. Dwudziesty pierwszy. Tak się składa, że za chwilę, za parę godzin będziemy świadkami kolejnego już Klasyku w historii – meczu, który "wznieść może ponad niebiosa i który wtrącić możew najciemniejszą otchłań". I dlatego z tej okazji mam przyjemność zaprezentować Wam zupełną perełkę, unikatową książkę o wielkiej wojnie, o nadal rozgrywających się bitwach i o sercach pompujących krew w dwóch, zupełnie różnych barwach: bordowo-granatowym oraz białym. 

Real Madryt założony przez Katalończyka i chcący grać w rozgrywkach Katalonii? Dlaczego FC Barcelonę zawieszono za wygwizdanie hymnu Hiszpanii? Którzy kibice rzucili poduszki, butelki i świński łeb na murawę? Co robi palec José Mourinho w oku Tito Vilanowy? Te i setki innych pytań rozwieje powieść Alfredo Relaño, "Barça vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć". Czy to nie prawda? Czy tytuł nie idealnie odzwierciedla obu drużyn? Autor włożył ogromny wysiłek w dowiedzenie tego, w napisanie tej powieści, ale jeszcze większy – w doszukaniu się odpowiednich fragmentów źródłowych. To, co mi się podoba, to właśnie one: napisane mniejszą czcionką i odpowiednio wyróżniające się cytaty z hiszpańskiej prasy oraz opinie fachowców opisujące rozgrywany mecz. Relaño powieść rozpoczyna w okresie założenia Realu Madryt, około 1902 roku i pędzi tak, przez ponad czterdzieści pięć rozdziałów, snując historie dwóch klubów jednocześnie, ale nie odrębne i podzielone, a pełne wspólnych odniesień, takich jak konflikty, wzloty, nieporozumienia oraz naprzemienne zwycięstwa. Ujął mnie autor krótkimi rozdziałami na początku książki, lecz niestety zdarzają się i takie, – i z czasem zaczynają przeważać – kiedy wszystko staje się zbyt nużące dla osób nie znających historii, nie kojarzących postaci i danych wydarzeń. Bo informacji jest dużo, muszę przyznać – na tyle dużo, że nie rekomendowałabym lektury młodszym czytelnikom. To nie jest książka dla każdego, i warto się z tym liczyć, ale sądzę, że kibice obu klubów, zarówno Barçy, jak i Królewskich, będą zachwyceni. Ja jestem. 

Jestem, ponieważ Alfredo Relaño przede wszystkim urzekł mnie swoją neutralnością i obiektywizmem – nie trzyma strony klubu, któremu kibicuje, nie mówi nic złego o przeciwniku, a wręcz przeciwnie; jako fanka Barçy ani razu nie zauważyłam niczego dotykającego właśnie tej drużyny. To ogromna zaleta, ponieważ po wstępie, jaki nam serwuje, nie wiadomo, czego możemy się spodziewać: 
"Mój ojciec był socio Realu przed wojną, mój starszy brat jest socio Realu od ponad 50 lat, ja sam zostałem zarejestrowany jako socio na sezon 1962/63 […]."
Ale cała książka jest tak wyważona. Warto zwrócić uwagę na obwolutę, pomijając już niesamowicie intensywne barwy i całkowity minimalizm – dwa godła wtopione w jedno, na wewnętrznej stronie okładki wydrukowane hasła kibiców wyłonione w konkursie, odnoszące się do danych drużyn (patrz: poniższa fotografia). Są tak rewelacyjne, zabawne a jednocześnie o wiele bardziej błyskotliwe od tych na forach, że nie mogłam zdecydować, które jest moje ulubione.
"Real Madryt nadal szuka piłki Ramosa."
"Gracze Barcelony zbierają grzyby na stojąco."
"Real Madryt myśli, że Barszcz Sosnowskiego to staropolska zupa."  "Barca swoimi podaniami zapełniła już cały urząd miejski." 

Tak samo zdobienie rozdziałów (wyżej) – barcelońska Sagrada Familia i obok popularna wieża telekomunikacyjna Torrespaña, centrum ochrony i monitoringu Madrytu, zwana potocznie "lizakiem". Piękne. Wydanie jest niesamowite, z pewnością znajdzie się w czołówce moich ulubionych, a ponadto wyjątkowo bogate w fotografie źródłowe zarówno sprzed stu lat, jak i tych bardziej współczesnych. 

W Los Angeles będzie 09:15, w Buenos Aires 14:15, w Pekinie 01:15, a u nas, tak samo jak u nich, na Estadio Santiago Bernabéu w Madrycie – 18:15. Dla mnie spotkanie to będzie inne. Będę bardziej świadoma, bowiem powieść "Barça vs. Real" to prawdziwa skarbnica wiedzy, opowiadająca kolejną "niekończącą się opowieść", historię, którą z zapartych tchem śledzą miliony i śledzić będą, póki te dwa kluby grać będą razem. To powieść o rywalach, którzy są również najlepszymi przyjaciółmi, którzy wspólnie pracują dla dobra reprezentacji Hiszpanii, którzy stanowią idealny przykład ludzi z pasją, wytrwałych i zdeterminowanych. Polecam czytelnikom spragnionych książek o takich własnie osobach, a wszystkich fanom piłki nożnej wręcz nakłaniam do przeczytania tego cudeńka – to prawdziwa perełka nie tylko o lidze hiszpańskiej, ale i Hiszpanii we własnej osobie.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN!

Czyją stronę trzymacie dziś wieczór i co sądzicie o odwiecznej walce obu klubów?
Czytaj dalej

17 lis 2015

15 oznak, że przedawkowałeś książki


Czytam codziennie. Wy czytacie codziennie. Nie na wyścigi, nie w liczbach hurtowych, nie dla liczb hurtowych i nigdy na siłę. Nie pędzimy. Smakujemy. Mimo to, czasami mam wrażenie, że przedawkowałam. Znacie to uczucie? Jakie więc są oznaki przedawkowania?
1. Żałujesz, że w Polsce nie zwykło dawać się dzieciom anglojęzycznych imion. Przecież Elizabeth brzmi lepiej od Elżbiety, Rose od Róży, a Charles od Karola.
2. Musisz, absolutnie i za wszelką cenę zapytać lub podejrzeć, jaką książkę dana osoba w autobusie czyta.
3. Myślisz w trzeciej lub pierwszej osobie, w głowie piszesz scenariusze książek i udajesz, że jesteś bohaterem książki.
4. Pytasz pracowników Biedronki, czy to wszystkie książki, jakie mają.
5. Przyłapujesz się na spoglądaniu w stronę regału podczas wykonywania zwykłych czynności.
6. Zawsze wkładasz do książek kawałek kartki, na wypadek gdyby trzeba było zaznaczyć cytat.
7. lubimyczytac.pl masz w zakładkach i przynajmniej raz dziennie zaglądasz.
8. Słuchając piosenki wiesz, do którego momentu danej książki by pasowała.
9. Gdy znajomi mówią, że znajdą ci kogoś, ty odpowiadasz, że masz już drugą połówkę.
10. Przed zaśnięciem upewniasz się, że w Twojej biblioteczce wszystko gra i nic się nie poprzewracało lub stroi nierówno.
11. Śnią Ci się bohaterzy książkowi.
12. W portfelu nosisz kartę biblioteczną. A nóż się przyda?
13. Zanim pójdziesz po jeansy, skoczysz tylko do księgarni uzupełnić artefakt mocy, ewentualnie naładować manę delektując się dotykiem, zapachem i wyglądem książek.
EDIT:
14. Wąchasz książki!!
15. Nałogowo przeglądasz instagramowe tagi #books #bookcase itd!

Jak wyglądają Wasze przedawkowania?
Czytaj dalej

15 lis 2015

Jeśli nie nakłonię niebios, poruszę piekło


Miasto Zagubionych Dusz | Miasto Niebiańskiego Ognia

Z perspektywy czasu uważam, że Cassandra Clare spokojnie mogłaby zakończyć serię "Dary Anioła" na trzech tomach. Ale wtedy nie byłoby "Miasta Zagubionych Dusz" – tomu, który całkiem skutecznie zniesmaczył i znienawidził Jace’a Lightwooda w oczach tysiąca fanek. A tego do szczęścia właśnie mi brakowało – pozbycia się przeszkód i zbędnej konkurencji.
"Ci dwaj są teraz nierozerwalnie złączeni. Jeśli jeden umrze, drugi też. Żadna broń na tym świecie nie jest w stanie zranić tylko jednego z nich."
W tym tomie Jace nie emanuje swoją jaceowatością, nie kroi demonów z zamkniętymi oczami ani nie żongluje sarkazmem i ironią – jest opętany. Związany na wieczność magicznym znakiem widocznym na jego piersi z Sebastianem, łaknącym śmierci i mającym demoniczne plany psychopatą. Stał się sługą zła, swoim bezżartowym przeciwieństwem, kamieniem, maską. I tylko mała grupka, tak zwana "Drużyna Dobra", wierzy, że jest jeszcze nadzieja – Isabelle, Magnus, Alec i Simon poruszają niebo i piekło by uratować chłopaka…. Dosłownie. Tylko żeby to robić muszą zbuntować się przeciwko Clave, rządowi Nocnych Łowców i ich prawom oraz działać bez Clary – dziewczyna rozgrywa niebezpieczną grę zupełnie sama, gdzie dla Jace’a gotowa jest zrobić zupełnie wszystko. Czy tak wygląda koniec? Czy destrukcyjny plan Sebastiana zniszczy absolutnie cały świat Nocnych Łowców? I czy Jace naprawdę jest już stracony?

Cóż za emocje! Cóż za pomysł! Cóż za akcja!

Nigdy nie mogę się nadziwić – Clare jest naprawdę dobra w tym co robi, ma głowę pełną pomysłów i po średnim "Mieści Upadłych Aniołów" w końcu ma szansę się zrehabilitować. A robi to bezbłędnie. Czuć, że koniec jest nieubłagany. Nie tylko koniec serii (to piąty na sześć tomów), ale i koniec wszystkiego. Atmosfera się zagęszcza, robi się goręcej i cała akcja rozgrywa się w przeciągu tych paru ostatnich, powodujących duszności, klaustrofobię i hiperwentylację, rozdziałów. Miazga. Końcówka to moc, w przeciwieństwie do rozpoczęcia – tutaj, niestety, można się trochę pomęczyć. Można, bo nie trzeba – lata temu nie miałam z tym trudności, teraz w "Miasto Zagubionych Dusz" wbijałam się dwa miesiące. A czasu miałam pod dostatkiem. Początek to niesamowite lanie wody, trochę w klimacie poprzedniego tomu, który ogólnie rzecz mówiąc – był niezłym niewypałem. Ale Clare urozmaica trochę zakochanymi, intrygami zakochanych, sprzeczkami zakochanych i całą masą parringów – w tej części to chyba już każdy ma swoją drugą połówkę. Nawet Zgredek by kogoś znalazł, gdyby Clare go od Rowling przemyciła (if you know, what i mean).

Co w tej części jest, czego nie ma w pozostałych? Życie w drodze. Akcja nie ma stałego miejsca lokalizacji, co pewien czas się przemieszcza – Wenecja, Praga, Paryż, nie tylko Nowy Jork, jak działo się do tej pory. Czy muszę pisać, jaki wpływ ma to na czytelnika? Świetnie obrazuje klimat i zwyczaje tamtejszych narodowości, Clare zgrabnie a jednocześnie z precyzją i wiernie (w końcu uwielbia podróżować) odzwierciedla każdy szczegół: dania, budynki, mieszkańców. Świetnie. I chyba nie muszę wspominać, że to książka ich – chłopców. Więcej tutaj Magnusa i Aleca, ich rozpaczliwych perypetii, które mnie bawią, z kolei Simon przeżywa brak akceptacji ze strony rodziny i pragnie chociaż zachować dobre stosunki z siostrą, która niczego nie jest świadoma. A w centrum Sebastian, jego tysiące fanek (wiem, że tam jesteście!) w końcu mogą odetchnąć z ulgą i zaczytać się do omdlenia: jest psychopatyczny portret psychologiczny, jest jego chęć mordu, końca świata, hordy demonów itd.,itp. może to kogoś pociągać i jarać, jednak nie mnie. Ja czekam aż Jace znormalnieje. I czy w ogóle znormalnieje.
"– Więc mówisz, że będę miał bliznę?
– Dużą i brzydką. Na piersi.
– Cholera – mruknął Jace – A zależało mi na tych pieniądzach za pokaz mody plażowej."

"Miasto Zagubionych Dusz" to mój ulubiony tom serii (zaraz po „Mieście Szkła, oczywiście) i wiem, że faktycznie na to miano zasługuje. Jest wyrachowany, jest zupełnie inny od reszty i naprawdę od niego odbiega: miejscem akcji, bohaterami, nowym wrogiem. Fani Sebastiana nie zawiodą się na pewno – to w końcu on jest w centrum uwagi, przyćmiewając przy tym Jace’a, który w oczach niektórych faktycznie może stracić na sympatii. Poznajemy losy bohaterów drugoplanowych, szukamy rozwiązania wielu problemów. Czego możecie się spodziewać? Wzywania najpotężniejszego demona, armii mrocznych zabójców, wiru walki na każdym rogu, czyhającego i paraliżującego niebezpieczeństwa, ryzyka, spisku Królowej Ferie oraz wielu, wielu innych intrygujących i demonicznych rytuałów. A przy okazji zbierania mózgu ze ściany. Co to był za tom!

PS. A jaka jest Wasza ulubiona część "Darów Anioła"? – jeśli w ogóle czytaliście, jeśli nie – macie zamiar?
PS2. I znowu dla tych, którzy czytali – skończyłam właśnie odświeżanie serii, zaraz przyjdzie pora na MNO. Słyszałam dużo niepochlebnych opinii, więc – zgadzacie się z nimi?

Czytaj dalej

11 lis 2015

Dziesiąty raz odpowiadam!


W Święto Niepodległości czas jakby się zatrzymuje. To dzień wolny od pracy, więc godziny upływają raczej pomału, świat staje się rozleniwiony i spowolniony, a obowiązków nagle mniej. Wrzucam więc zaległą post LBA, żeby lżej się zrobiło i sympatyczniej. Za nominację bardzo dziękuję Kani Frani. ♥

A oto pytania: 

Gdybyś miał/a przeczytać w życiu tylko jedną książkę, to którą?
"Harry Potter i Kamień Filozoficzny", zdecydowanie. Pamiętam uczucia, pamiętam jak nakręcona chodziłam i nie mogłam usiedzieć, pamiętam, że płakałam nie mając kolejnego tomu. Marzyłam o drugiej części i w oczekiwaniu na nią, książkę tę przeczytałam jakieś trzy razy z rzędu. Relacjonowałam wszystkim wokół wszystko co się działo, każdy zaskakujący szczegół, każdy element układanki. Pamiętam jak patrzyła się na mnie pani z biblioteki, kiedy kolejnego po wypożyczeniu ją oddałam z powrotem, by ktoś inny mógł ją przeczytać. Nie ma innej opcji, HP rządzi.

Jacy bohaterowie książek budzą Twoją największą sympatię (niepokorni, mili, cisi, odważni, nietuzinkowi itp.)?
Odważnych uwielbiam. Wygadanych, ciętych, ironicznych, zbuntowanych. Tacy to mają przygody. Chociaż nietuzinkowi też mnie intrygują. Osoby niemówiące, niesłyszące, dumne i w niektórych przypadkach i te próżne. Dużo zależy od kreacji, W "Endgame" polubiłam zarówno i tych cichych, bezszelestnych zabójców, jak i odważnych i otwartych, więc według mnie główne skrzypce gra tu umiejętność stworzenia dobrej kreacji i oddania tego, jaki dany bohater jest. 

Jak najbardziej lubisz czytać: szybko czy wolno?
To zależy od książki; nie wybieram jak czytam, to książka wybiera, z jaką częstotliwością zostaje czytana. Ale preferuję raczej szybsze, bo chcę dobić do setki przeczytanych książek rocznie, a trochę mi brakuje.. :( 

Dokąd wybrał(a)byś się w swoją wymarzoną, literacką podróż?
XIX-wieczna Anglia, chociaż to dość trudne pytanie. Wybrałabym to miejsce zważywszy na sentyment do Tessy, Jema i Willa. A potem Idris! Tam byłoby w miarę bezpiecznie, poza tym klimat, Nocni Łowcy, Sala Anioła. Cudownie.

Jakiego gatunku książek nie lubisz?
Wojennych? Nie czytałam ich zbyt dużo, ale żadne z nich nie należały do najprzyjemniejszych lektur: zazwyczaj przekartkowałam połowę, a w drugiej czytałam tylko dialogi. Nie wciągają mnie, nie interesują. 

Jaki jest Twój ulubiony pisarz?
Colleen Hoover! Tworzy niezwykle nieprzeciętne historie, każda jej książka jest na swój sposób wyjątkowa, zupełnie inna, ale wywołująca podobnie głębokie uczucia. Uwielbiam jej pióro, nie mam pojęcia skąd czerpie pomysły, ale mam ochotę przeczytać wszystkie jej książki. Do tej pory udało mi się cztery. 

Kto zaszczepił w Tobie pasję czytania?
Sama się zaszczepiłam. Lubiłam czytać lektury i nigdy nie sprawiało mi to żadnego problemu, dlatego też zadecydowałam zrobić krok dalej – w stronę szkolnej biblioteczki i Harry’ego Pottera. Takie trochę przeznaczenie, że HP jako jedyny nie był obłożony w ten brązowy papier, tylko w przeźroczysty – to właśnie przykuło moją uwagę i się skusiłam. A co działo się potem to już w pierwszym pytaniu.

Jaka jest najgorsza książka, jaką czytałaś/eś?
Hm, "Achaja"? Ciężko stwierdzić, bo złe zazwyczaj wypieram z pamięci, a taką Achajkę nienawidzę już od dobrego czasu, napisałam dlaczego i parę razy o tym wspomniałam. Przywarło do mnie.

Jaka jest Twoja ulubiona bajka z dzieciństwa?
Scooby Doo! A z późniejszego – Młodzi Tytani.

Jaki jest Twój ulubiony książkowy cytat?
Mam wielki zeszyt z cytatami, ale nie chcę mi się robić selekcji, więc dam klasyka klasów, jak dla mnie.

"Może coś panu podać? Kieliszeczek cyjanku?"

Zafón ten żartowniś. 

Za co kochasz książki?
Za to, że czynią mnie inteligentną w komunikacji miejskiej!
Żarcik taki.

Kocham książki za świetne historie, niesamowity klimat i samą opcję czytania, bez której mój język nie byłby taki, jaki jest teraz. Książki są super!


Nie nominuję nikogo, daję Wam odpocząć :D
A może ktoś chciałaby zadać mi pytanie w komentarzu? Jeśli tak, to proszę śmiało ;)
Czytaj dalej

7 lis 2015

Najlepsze dziecko Wattpada?


Wattpad. Dla niektórych miejsce realizacji, spełniania swoich marzeń, miejsce nowych czytelniczych odkryć i doznań, lecz dla innych – dzieło zupełnie płytkie i niesprawiedliwe. Tam nikt nie spojrzy na fakt Twojego zaangażowania i gamę metaforycznych odniesień do klasyków literatury oświeceniowej – to świątynia łatwych książek. Tam "Wielki Gatsby" by się nie sprzedał. Pisana przez młodzież najczęściej i dla młodzieży głównie. Taka Anna Todd na swojej "powieści" dorobiła się tam miliarda odsłon, dobrych parę milionów zakochanych po uszy fanek, cztery ceglaste tomy i sprzedanie praw do ekranizacji. Abigail Gibbs, dziewiętnastoletnia autorka "Kolacji z wampirem" również doczekała się niezłej sławy w Polsce. Ale czy seria "Summoner. Zaklinacz" uda się śladem wattpadowych braci i sióstr? Czy czytelnicy docenią tę intrygującą i niesamowicie klimatyczną historię?

Taran Matharu jest jednym z tych pisarzy. Los szczęśliwym trafem połączył go z Wattpadem, a sumienność sprawiła, że po kwartale pierwsze rozdziały "Zaklinacza" zostały przeczytane przez ponad milion czytelników. Po szczęściu miesiącach były to już trzy. W swojej historii subtelnie nawiązał do klasyków, które uwielbiamy. "Władca Pierścieni", "Harry Potter", "Zwiadowcy", wszystko w dawkach znikomych, niewidocznych i niewyczuwalnych – tak tylko, by wzniecić sentyment i zainteresować zwolenników. Głównym bohaterem jego historii jest Fletcher, nastolatek znikąd, bez nazwiska, bez matki, porzucony po narodzeniu na pastwę losu. Chłopiec pilnie pracuje u mistrza cechu i widać, że praca ta jest wprost stworzona dla jego sytuacji – rzemiosło, jakim jest wyrabianie zbroi i kucie mieczy to biznes zawsze opłacalny. A szczególnie w tych czasach, obfitujących w spory z orkami i wieloma nieporozumieniami odnośnie sojuszy z rasą elfów oraz krasnoludów. Lecz jeden moment na zawsze zmieni życie chłopca w małej mieścinie. Kim jest tajemniczy wędrowiec i skąd ma rzadkie przedmioty, które chce sprzedać? Do kogo należy tajemna księga i na czym polega bycie "Zaklinaczem"? I… zaraz, jakim cudem Fletcher wezwał demona?

Nie jestem przesadną fanką takiej typowej fantastyki. "Gra o Tron" to inna sprawa, ale "Zwiadowcy" mnie kompletnie nie porwali, a z Tolkienem męczę się niemiłosiernie, jednak są takie książki, które potrafią wykrzesać z mojego newadultowego serduszka trochę miłości do fantasty. "Harry Potter", "Próba Żelaza", "Akademia Dobra i Zła" i już teraz, pierwszy tom serii, "Początek". Zupełnie przepadłam, widzę w tej historii ogromny potencjał, który autor wykorzystuje nienagannie. Tworzy świat, całe ogromne uniwersum, jego historię, początki i bitwy. Dorzuca szkołę, w której naucza się młodych Zaklinaczy, a gdzie panują dość nietypowe zasady. Tworzy trójkę bohaterów, którzy nie od razu zapałali do siebie sympatią, ale ich odwaga gwarantuje im świetlaną wręcz przyszłość. I możecie wywnioskować – nie dziwię się, też mam taki brzydki nawyk, – że to gdzieś już było. Że orki, elfy i krasnoludy to jeden świat, a szkoła, tutaj akurat zwana Akademią Vocanów – drugi. Nie mylicie się, pewne podobieństwo na poziomie pomysłu jest. Istnieje. Mamy szkołę, mamy trójkę przyjaciół, księżniczkę elfów, zbuntowanego krasnoluda i Fletchera, wśród nich są ci szlachetnie urodzeni, czujący się lepszymi, jest nauczyciel, który staje za bohaterami murem i jest ten drugi, zupełne przeciwieństwo. Fletcher trochę pachnie Willem ze "Zwiadowców", bo też dokładnie nie wiadomo kim on jest i skąd się wziął. Schematu nie wykluczam, chcę jedynie podkreślić, że w wykonaniu nie czuć go w ogóle. Zupełnie inne motywy, zupełnie inne przyczyny i skutki. Ani razu nie obudziło się we mnie uczucie "o rany, to gdzieś było", bo nie było. Taran Matharu jakby specjalnie napisał inaczej, by takie reakcje nie zaistniały, a jednocześnie podobnie, bo – jak wspomniałam na wstępie – w naszych głowach Tolkien i Rowling siedzą zawsze, przypominając o sobie i siejąc sentyment.

Podoba mi się, że świat nie jest idealny. Że pojęcie machlojek, niesprawiedliwości i uzurpatorów nie zginęło i wydało się mniej ważne. A owszem, jest tutaj bardzo pożądane. Buduje realność, sprawia, że świat przestaje być taki miły, bo dobrze wiemy, że rzadko mu się zdarza. Tu tkwi ogromna zaleta "Początku" – nawet główni bohaterowie posiadają złe cechy i potrafią być opryskliwi. Nadaje im to ogromnej przestrzenności, podkreśla ludzką naturę i sprawia, że przegraliby konkurs o najbardziej idealnego bohatera książki już na samym castingu. A jeśli chodzi o przestrzenność – nie tylko tyczy się bohaterów. Świat jest rozbudowany, nic nie jest miałkie, nudne i wyrwane z kontekstu.

"Początek" jest świetlnym wstępem do serii (tutaj okładka drugiego tomu!) i łączy to, co lubimy. Pobudza wspomnienia, ale nie tworzy schematów. I jest oryginalna, przysięgam. Nie wymyśliłabym bohaterów z mocą przywoływania demonów. Nie stworzyłabym ich rodzajów, nie określiłabym ich many i nie opisała poziomu. To najbardziej mnie zaskakuje, bo nie spotkałam się z tak nietypowym pomysłem w ogóle. Jestem pod wrażeniem i pod wrażeniem będą na pewno fani powieści wymienionych w tym tekście, fani Pokemonów oraz gracze League of Legends. Najlepszą rekomendacją niech pozostanie to, że mimo mojej awersji do fantastyki, zakochałam się w niej na nowo.
Za możliwość pobytu w Akademii Vocanów dziękuję wydawnictwu Jaguar!


Zachęcam do wzięcia udziału w konkursie, w którym możesz zdobyć ją i "Klejnot"!





PS. Są tutaj fani Wattpada? Polećcie się, albo jakieś opowiadanie;)
Czytaj dalej

3 lis 2015

Miesiąc w pigułce! Październik 2015


Nawet nie próbuję się tłumaczyć.

Bo przecież wiadomo, że ostatni rok to nie przelewki, że świadectwo pójdzie na wycieczkę po pobliskich szkołach, że są głupie lektury, nie ma się na nic czasu – a jeśli już jest, to zmarnuję go przy iZombie czy AHS, albo w ogóle jeszcze durniej na Facebooku czy innych social media. Tego miesiąca byłam uzależniona od wielu rzeczy bardziej niż od książek i nie czuję się z tym źle. Bo książki czytałam z zapałem. Znacie metodę paru naraz? 4 to mój wynik: 4 książki jednocześnie, z których skończyłam dwie, w tym tę, co liczy sobie prawie 600 stron. 

Więc nie jest źle, nie narzekam, bo gdyby wierzyć wyzwaniu "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu" byłabym już wzrostu niejednej siatkarki. Albo Messiego, o. 

Przytaczałam te oto:
"Dywizjon 303" Arkadego Fiedlera 
"Więzień Labiryntu" James Dashner
"Zabłądziłam" Agnieszka Olejnik
"Zaginiona dziewczyna" Gillian Flynn


A ponadto wrzuciłam recenzje:

"Szukając Kopciuszka" Colleen Hoover


Mam nadzieję, że Waszej uwadze nie umknął post, w którym smęcę jak to dobrze mieć swoje miejsce, zrobiłam też straszny Tag, w którym zostałam największym nieudacznikiem Halloween ever, no i konkurs! Mam nadzieję, że jesteście zainteresowani, bo nagrody zacne a zadanko nietrudne (wczoraj skończyłam "Summonera" i zakochałam się!).



Co u Was? 
Jak wygląda sytuacja z książkami? (Liczę, że lepiej! ;))

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.