31 sty 2016

Nie patrz, gdy cierpię


Dla Oli, według której życie pisze wystarczająco piękne scenariusze.

Nie patrz, gdy cierpi, nie pomagasz w ten sposób. Bo tacy jak ona są na tyle odważni, by iść samotnie, wolą walczyć w pojedynkę i żyć dla siebie. Być samowystarczalni. Ale nie mogą. Muszą mieć kogoś, kto zadzwoniłby na karetkę, kto pomógłby się załatwić, kto potrafiły unieruchomić złamanie, zatamować krwotok tętniczy. To błędy w sztuce lekarskiej, taki przynajmniej zaimek obrał sąd, osoby, które nie posiadały prawa do narodzin, które jako płód nie miały się najlepiej i od teraz, do końca życia muszą polegać na innych. Nie patrz, bo jeszcze poznasz ich historię. Bolesną falę zmagań, gipsów typu żabka, kruszącą serce opowieść. To osoby z OI, osteogenesis imperfecta, czyli wrodzoną łamliwością kości. Wygoogluj sobie, kliknij w grafikę i spróbuj nie zmięknąć. 
Czytaj dalej

26 sty 2016

Jestem tu jako cyrkowy artysta



Zrobiłam test, bo nie znam siebie, nie potrafię znaleźć szkoły i zawodu odpowiednio, które będą dla mnie dobre. Zrobiłam test osobowości, całe czterdzieści pięć pytań ankiety online, piętnaście minut zastanawiania się, doczytywania, mrużenia oczami, marszczenia czoła. Wynik dostałam po dwóch dniach, zmęczona trochę już obawami, że e-mail zły podałam, że literówka nastąpiła jakaś. W końcu otwieram pocztę, zagłębiam się w poszukiwaniu mojej przyszłości, a tam pośród dziesiątki propozycji widnieje: Artysta Cyrkowy. I nagle pomyślałam sobie, BIERE TO! 

Kiedy byłam znacznie młodsza niż jestem teraz, a nie były to czasu przesadnie zamierzchłe, cyrk w okolicy pojawiał się dość często. Pamiętam ogromny namiot rozstawiany zawsze w tym samym miejscu, czerwono-białe paseczki, które go pokrywały, pamiętam wszędobylskie flagi, lampki i wstążki. Ogólny hype w szkole, kiedy rozdawali nam zaproszenia, tumult kumulującego się podniecenia, i – w końcu – bolesne rozczarowanie po występie, gdy okazało się, że cyrk to nic innego jak jeden wielki ścisk, gnębienie bezradnych zwierząt, parada debili, którzy pozorują się na zabawnych. 

Ale przełomem był Cyrk, który pojawił się znikąd. Ten sam, który raz na zawsze obalił sztampowy i konwencjonalny system cyrkowania. Cyrk Nocy. I to standardy takiego widowiska mnie zadowalają, jeśli o moją przyszłość się rozchodzi. 

A jeśli rozchodzi o całą resztę – przeczytajcie teraz uważnie:

Cyrk Nocy działa tylko nocą, przecząc wszelkim stereotypom i łamiąc przyjęte schematy. I wcale nie ujmuje, ten nocny tryb pracy, zainteresowaniu, jaki budzi, efektom, jakie wywołuje. Wręcz przeciwnie: ludzie lgną do Cyrku, przyciąga ich do niego coś magicznego. Może jest to klimat, jaki wywołuje – Cyrk Nocy utrzymany jest w barwach bieli i czerni, z akcentami srebra jedynie, a może sieć, aglomeracja dużych i małych namiotów – tu nie ma jednej sceny, widz sam jest swoim przewodnikiem, kontroluje to, co ogląda, decyduje, jaką ścieżką ma podążyć. Za każdym razem odkrywa inny czar, dotychczas mu niezbadany i na pewno, zauroczony enigmatycznością, jaką emanuje ten obszar, nie zdaje sobie sprawy, że nie sztuczki są częścią Cyrku, a najprawdziwsza magia. Cyrk Nocy jest bowiem areną popisów dwójki utalentowanych ludzi, szkolonych przez największe magiczne osobistości i wystawione jako pionki, biorące udział w pojedynku. Rywale nie znają zasad i nie wiedzą, że zwycięzca może być tylko jeden, co okazać może się wyjątkowo ciekawe, jeśli dadzą się ponieść wzajemnemu uczuciu. 

Tak w połowie czytania książki – kiedy w końcu raczyła ona rozkręcić się na dobre, – pomyślałam sobie, że jeśli moje nazwisko miałoby figurować na jakiejkolwiek z wydanych już powieści, wybrałabym bezkonkurencyjny "Czas Żniw", a zaraz potem, "Cyrk Nocy" Erin Morgenstern. To. Jest. Coś. Pięknego. Autorka rozkochała mnie w sobie wyobraźnią, klimatem, jaki zbudowała i przepięknym językiem, nawet nie potrafię go opisać, on emanuje taką precyzją, subtelnością i wagą o najmniejszy detal. Zresztą, sami to poczujcie. 
"Nagle zostaje tylko nicość. Nie ma deszczu. Nie ma ognia. Połać spokojnej białej pustki. Gdzieś w tej pustce zegar zaczyna wybijać północ. Zatrzymaj się, myśli. Zegar nadal bije, ale Celia czuje nadciągająca ciszę. Rozbić jest łatwo, uświadamia sobie. Prawdziwą sztuką jest scalić."
Gdyby nie on, auta tajemniczości nie istniałaby, a fabuła znacznie straciła bez magicznego okraszenia. I podobnie jak w wyżej gdzieś wymienionym "Czasie Żniw" wątek romantyczny, jest cudownie delikatny ale i też niespodziewany, nabywający tempa dopiero wtedy, gdy traci się nadzieję na jakiekolwiek jego rozwinięcie. A całość nabierze idealnego charakteru w momencie, gdy czytelnik wczuje się w tę XIX wieczną aurę, podczas której toczy się akcja. 

"Cyrk Nocy" to naprawdę ujmujący debiut. Czaruje, wodzi za nos i prowadzi do świata zarówno mrocznego, jak i oszałamiającego. Jest zasobny w dwa tory fabuły, dzieli się na parę eterycznie rozpoczętych części. Posiada subtelny i ujmujący wątek romantyczny, oraz bohaterów z tajemnicą, która nie została odkryta ani obnażona. (Ja czekam na część z ich perspektywy!) Za każdym razem zachodzę w głowę, ile wyobraźni i polotu wlała w tę powieść Erin Morgestern, że jest pełna tak nieodpartego uroku. Jedynym mankamentem pozostaje nużąca i mocno rozwleczona fabuła, której punktu kulminacyjnego nie widać, ale jak to mówią, nic nie jest idealne.
Z wyjątkiem zawodu Artysty Cyrkowego.
Czytaj dalej

14 sty 2016

Nie z tego świata


Obsydian | Onyks | Opal | Origin | Opposition

Mieliśmy już wampiry i wilkołaki. Czytaliśmy o elfach, półbogach, anielskich wojownikach, upadłych aniołach, a nawet o tygrysach. Przerobiliśmy każdą kulturę, odszukaliśmy wszystkie możliwe paranormalne opcje, aż w końcu… wielki hype na nadziemskie kreatury wyblakł. Ulotnił się. I trwałby zapewne w nicości dalej, gdyby wydawca dwa lata po premierze oryginału, nie obudził się z wydaniem "zupełnie nowej, nowatorskiej wersji paranormal romance" z rolami głównymi obsadzonymi przez postacie z nie z tego świata – "Lux". Jesteście ciekawi, co z tego wyszło?

Zmierzchopodobny klops. Nie wiem, czy autorka pisząc "Obsydian" sugerowała się nieco "klasyką" tegoż gatunku, ale… no nie ma innej opcji. Fabuła nieskomplikowana, główna bohaterka Katy wprowadza się do nowego domu i już od początku jej obecności nie da się nie zauważyć dwójki nastolatków z na przeciwka. Okazuje się, że to jej rówieśnicy: przepiękna i przyjacielska Dee oraz Deamon, zupełne przeciwieństwo, oczywiście nie licząc urody. Arogancki, wyniosły i zarozumiały. Oboje mają w sobie coś magnetyzującego, jednak wiecie jak to w paranormalach jest – coś z nimi nie gra. A idealnym dowodem tego jest fakt, że  kiedy Katy była bliska śmierci, Daemon dosłownie zamroził czas i… no uratował jej życie, oczywiście.

Nie bardzo rozumiem dlaczego wszyscy biorą Kat za taką odważną wojowniczkę. To, że umie odpyskować, nie znaczy, że wyróżnia się na tle innych bohaterek, wręcz przeciwne: nic w niej niezwykłego, jest nudna i całkiem przeciętna. Irytuje mnie jej naiwność. Co innego pozostałe osoby. Kreacja bohaterów to chyba najlepsze, co można w tej książce znaleźć. Żywi, intrygujący, świetnie przedstawieni. A ich rozmowy? Zgaduję, że marzeniem każdego autora jest właśnie tak umiejętne prowadzenie dialogów, wymiana spostrzeżeń pełna tej żartobliwej kąśliwości, potężnej dawki ironii i, choć niekoniecznie przepadam na tym określeniem, tak zwana "lekkość pióra". No jestem oczarowana. Za sprawą genialnego języka, przeczytanie tej książki to sprawa kilku godzin, a satysfakcja, myśli i pożądanie kolejnego tomu pozostają z czytelnikiem znacznie dłużej. Bo zakończenie panicznie domaga się wznowienia. A to się ceni.

Ujął mnie również fakt, że bohaterowie nie padają sobie w ramiona po dwóch rozdziałach. Ba! W ogóle nie padają w swoje ramiona, przynajmniej tak "na serio" – może jak się ktoś potknie czy zostanie zaatakowany. Wątkowi paranormalnemu też nie mam wiele do zarzucenia, wyjaśnienie czekać nas będzie ani od razu, ani chwilę przed zakończeniem. Jest idealnie wyśrodkowany, dając chwilę na własne podchody, a i ułożenie sobie wszystkiego przed zamknięciem książki. Jennifer L. Armentrout prezentuje nam naprawdę świetny i ciekawy świat, gdzieś tylko natknęłam się na wzmiankę o diametralnym podobieństwie między tą serią (po raz pierwszy wydaną w 2012r.), a serią książek "Roswell: w kręgu tajemnic" (Polska – 2001r.) i serialem na jej podstawie (1999-2002r.). Czytając opis "Roswell" faktycznie można przełożyć to na "Obsydian", ale nikt przecież nie wie, jak naprawdę było i czy Armentrout czerpała z powieści Da Capo tak, jak na to wygląda.

Ciekawe, co w podsumowaniu napisałaby Katy, która (sic!) jest blogerką książkową! (Jakby inaczej.) Pewnie oniemiałaby z wrażenia, ja, co prawda, zachwycona nie jestem. "Obsydian" nie jest książką słabą, ale wybitną także. Przeciętną, powiedzieć mogę z czystym sumieniem, trochę czerpiącą z innych "paranormali" i zwyczajnie konwencjonalną. Romantyczną, ale w dawkach znikomych, za to pełną akcji, mistrzowskich i zwalających z nóg dialogów, perfekcyjnej kreacji bohaterów, którą czyta się niebezpiecznie szybko. Polecam tym, których sentyment do paranormal romance nie wygasł, i którzy potrzebują jeszcze jednej, lekkiej książki na zimowy wieczór. Tak z gatunku guilty pleasure. Być może się zakochacie.
Czytaj dalej

9 sty 2016

Miesiąc w pigułce! Grudzień 2015


Zakładałam, że grudzień będzie świetny i okazał się taki! Co prawda, nie przeczytałam dwunastu książek, a zaledwie 8 przez co mój plan na pobicie rekordu 89 przeczytanych książek w roku spalił na panewce, ale i tak się cieszę! Było romantycznie, dramatycznie, odkrywczo, była fantastyka i paranormal! Ogólnie, dużo intensywnego czytania.

Mam za sobą:

"Pułapka uczuć" Colleen Hoover
"Małe Wielkie Odkrycia" Steven Johnson
"Jedyna" Kiera Cass
"Krucha jak lód" Jodi Picoult
"Posłaniec Strachu" Michael Grant
"Obsydian" Jennifer L. Armentrout
"Jeden Dzień" David Nicholls
"Onyks" Jennifer L. Armentrout

A ponadto mogliście poczytać:


I to by było na tyle. :D Czuję, że nie mam co liczyć na podobne wyniki w styczniu, bo minął pierwszy tydzień, a ja zaczęłam dwie książki, które za sprawą różnych obowiązków, odeszły na boczny plan. Ale do końca jest sporo czasu, może ponownie się wkręcę?
Miłego weekendu!
Czytaj dalej

5 sty 2016

"Nie ma zbrodni bez kary", w literaturze po raz kolejny


Złe czyny pozostawiają na nas odcisk. Piętno, które przez zlekceważenie i beztroskie wyparcie, dla sępów stać się może powodem do dumy, ale i w głębi duszy ciążące na sumieniu, powodujące nieprzyjemne skurcze i zatruwające nas od środka. Jedni odczuwają to bardzo, drudzy – znaleźli sposoby na zagłuszenie. Zagłuszenie poczucia winy. A ofiary? Nie ma dla nich recepty. Nie potrafią pobyć się złych myśli, nie mają siły na machnięcie ręką, nie są na tyle odważni, by wyjść i o tym zapomnieć. Umierają. A gdzie kara? Gdzie pokuta dla winowajców? Czy wyrzuty ciążące im, jeśli w ogóle tam są, do końca życia stanowią dostateczny wyrok? Czy może istnieje ktoś, kto ich z tego rozliczy? Karma, ludzie, a może… Posłaniec Strachu?
"Posłaniec dostrzega ciemność w młodych sercach. Widzi szkody, jakie młodzi wyrządzają na świecie. Gdy pozostają bezkarni, oferuje im nikczemną grę. Jeśli wygrają, mogą odejść bez konsekwencji. Przegrana oznacza, że będą musieli przeciwstawić się swojej największej fobii."
Mara budzi się we mgle, nie pamiętając żadnego szczegółu z jej życia. Tuż obok stoi czarnowłosy młodzieniec z wytatuowanymi rękoma, w długim płaszczu z guzikami w kształcie czaszek – Posłaniec. Od tego czasu zostaje on jej nauczycielem, Mara – uczennicą i przemierzają razem czasoprzestrzeń w poszukiwaniu winnych i w celu przywrócenia równowagi. Jednak dziewczyna nie trafiła tam przypadkiem: nauka i późniejsza służba jest jej pokutą za czyny wyrządzone w przeszłości. Lecz jak wielki występek ukarać można tak surową naganą: dożywotnim obserwowaniem bólu, wydawaniem wyroków przerażonym ludziom, wtrącaniu ich do czeluści piekieł? Czym zasłużyła na to zasłużyła?

Jeśli szukacie książki niekonwencjonalnej – trafiliście w dobre miejsce, bo dawno nie spotkałam się z tak genialnym pomysłem na powieść. Michael Grant stworzył własny świat: dziwną nicość, w której przemieszają się tysiące Posłańców i piekło, gdzie trafiają ci, którzy przegrali zaproponowaną im grę. Tego nie było wcześniej. Przywoływanie obrazów z przeszłości, analizowanie poczynań, wnikanie w umysły i szukanie tam największego lęku – to sprawia, że powieść czyta się z zapartym tchem. Jestem pod ogromnym wrażeniem wyobraźni autora, a za intrygę oraz zamysł należą mu się głębokie ukłony. Również poświęcenie uwagi należytej równowadze ying i yang: zło równoważyć należy dobrem, niesprawiedliwość – sprawiedliwością. Posłańcowi nic nie umknie, i to właśnie on stanowi najbardziej frustrujący element książki – człowiek wykonujący swoją powinność, ale ograniczony jednocześnie i niezdolny nawet do dotyku drugiej osoby. Jego postać przedstawiona była bardzo ciekawie: w formie męczennika za kratami, jeńca odbywającego karę, uziemionego w nicości, a jednocześnie rozważnego, skupionego i przepełnionego zrozumieniem chłopca, który doświadczył prawdziwej krzywdy.

Mara, jego uczennica, już nie była aż tak bardzo pasjonującą postacią. Bardzo cieszy mnie fakt, że z biegiem czasu zmienia się ona i wydoroślała, jednak na początku była jedynie głupiutką nastolatką, nie mogącą uwolnić się od myśli: "On jest biały, ja jestem Azjatką. On jest… piękny? Ja jestem… ładna? Tak, może jestem ładna, ale nie piękna." Litości. Irytowała mnie swoim zachowaniem, nawet narracją, tym zauroczeniem po paru stronach. Muszę również zaznaczyć, iż mimo, że pomysł jest bez zarzutu, wykonanie utrudniało mi czytanie, było, mówiąc zwięźle, ciężko. Nie było między mną a powieścią "chemii", ludzie mówią, że nie mogli się oderwać, a ja? Bardzo łatwo mi to przychodziło i czasem nawet robiłam to z ulgą. I myślę, że właśnie problem tkwi w chwiejności tej powieści, braku stabilizacji. Znacie pewnie książki z motywem podróży. Tu jest podobnie; książka pełna różnych przeskoków między historiami winnych i ofiar, jest wiecznie w ruchu, rzadko w spoczynku, ciągle żywa i zmieniająca otoczenie. Przestrzeń, którą też trudno było sobie wyobrazić. Mara jakoś nie spieszyła z opisywaniem otoczenia, a gdyby książka napisana była w trzeciej osobie liczny pojedynczej, może czytelnik nie "wisiałby" tak w pustce, a przyjemniej uzmysłowił sobie, jak mniej więcej wyglądać może ta tajemnicza nicość.

"Posłaniec Strachu" ma jeszcze jedną kolosalną zaletę – nie jest jedną powieścią. To dwa tomy i nowelka #1,5 wydana w jednej książce i bardzo cieszę się, że wydawnictwo Jaguar zdecydowało się na taki sposób wydania, zważywszy na to, że w Polsce rzadko jakiekolwiek nowele uzupełniające się wydaje, a i same książki nie należą do najgrubszych. Spodobało mi się również, jak autor przedstawił nienawiść, jak zbudował historie ludzi, zwieńczając je na końcu puentą i ważnym morałem. Powieść składa się z kilku przeplatanych ze sobą historii ludzi, tak aktualnych i potrzebnych nam tematów: rasizm, uznawany przez młodzież za coś śmiesznego, znęcanie się nad zwierzętami, prześladowanie w szkole, chorobliwa zazdrość i problemy w rodzinie, to tematy bardzo dosadnie w "Posłańcu" przedstawione, ale i bardzo dosadnie ukarane.  

"Posłaniec Strachu" Michaela Granta to powieść piekielnie nowatorska, ze świetnym i niespotkanym mi wcześniej pomysłem na fabułę. Porusza trudne tematy jakimi są śmierć, prześladowania i rasizm, wyciąga wnioski i zmusza nad refleksją, jednocześnie stawiając czytelnika jako głównego sędzię i wykonawcę wyroku. Niemniej jednak, coś w tej powieści doskwierało mi podczas czytania, i choć nie była to podróż przez mękę, wolałabym czerpać z jej lektury więcej przyjemności. Ale dajmy szansę Michaelowi Grantowi, szczególnie dać ją powinni wszyscy fani serii GONE, bo jest to naprawdę, do głębi poruszająca i wstrząsająca historia.
Recenzja napisana we współpracy z wydawcą.


PS. Tajemniczy Posłańcy, piekło, yin i yang – czujecie się zachęceni? :D
Czytaj dalej

2 sty 2016

Świąteczny Berek Książkowy, którego złapałam trochę za późno


Poświątecznie do Świąt wracam, nominowana do tagu tego przez Olę z bloga Książkownia i przedstawiam parę zimowo-świąteczno-noworocznych porównań. Naprawdę bardzo Ci dziękuję!


Z przyjemnością mogę o serii "Lux" Jennifer L. Armentrout powiedzieć, że w tej kategorii sprawdzi się idealnie. Właśnie skończyłam "Obsydian" oraz "Onyks" i nie mogę się doczekać chwili, w której dorwę trzecią część! Brakuje mi w nich paru rzeczy, fakt, nie są to książki idealne: nieco sztampowe i miałkie, ale piekielnie wciągające, zabawne i błyskotliwe! Dlaczego akurat zimowe wieczory? Nie mam pojęcia, ale sama czytałam je głównie po zmroku, nie mogąc się oderwać, więc jeśli się na serię "Lux" zdecydujecie, macie gwarancję nocy zarwanej. 



Tutaj to na pewno któryś z Cichych Braci z książek Cassandry Clare. Mają zaszyte usta, nie posiadają oczu, przyprawiali mnie o dreszcz za każdym razem, gdy czytałam "Miasto Kości". Jeszcze ta mistyczność, komunikowanie się za pomocą mowy myśli, fakt, że nie mogą opuszczać Cichego Miasta. Do tego jeszcze pamiętne wydarzenia z "Miasta Popiołów", kajdany, podziemne więzienia, grobowce. Nieźle. :D



Jedzenie jakoś nie przykuwało mojej uwagi podczas czytania książek, ale fasolki Bertiego Botta z "Harry'ego Pottera" na wigilijnym stole? To byłaby niezapomniana i na pewno niesamowicie zabawna kolacja!



Moja pierwsza myśl powędrowała do Grovera z "Percy'ego Jacksona". Może trochę nieporadny, ale jakże przyjacielski! Odważny, zdolny do poświęceń. pogodny i optymistyczny! I hej, jest satyrem uzależnionym od kawy!


Zdecydowanie Ronnie z "Ostatniej Piosenki" Nicholasa Sparksa! Ja ją UWIELBIAM! A poza tym, jest świetną pianistką. W filmie jej postać grała Miley Cyrus, a każdy wie, jaki głos ona ma. :D Śpiewanie z Ronnie byłoby przecudowną sprawą.


Podobnie jak Iza z Kolejny Rozdział marzę o białym wydaniu Wiedźminie :D Specjalnie zatrzymałam się na wypożyczaniu Sapkowskiego z biblioteki, żeby nie psuć sobie zabawy w przyszłości, kiedy już zestaw będę miała.


No "Harry Potter"! Co innego, niż HP, skoro to na tym się wychowałam, dzięki temu polubiłam czytanie i jestem właśnie tutaj? Nie ma bardziej rodzinnej książki, ona po prostu jest niesamowicie ciepła, przyjacielska i świąteczna sama w sobie!


Nie mam niczego takiego! :D Liczy się fakt, że na święta zawsze bardzo starannie wybieram lektury, żeby uniknąć dłużenia, rozczarowania itd.? Nie? To jak wspomniałam, nie mam anegdotek :D


IDRIS! Wyobrażacie sobie te szklane wieże, sale balowe, rezydencje utrzymane w starym stylu? I Jace'a? No to wiecie, dlaczego to najlepsze miejsce :D


Odpowiem tak samo, jak Ola, która mnie to Tagu nominowała. "Morze Spokoju". Jestem pewna, ba! - to moje małe postanowienie, że przeczytam tę książkę raz jeszcze. Jest ona tak motywująca, posiada najpiękniejsze zakończenie, trafiła nawet do złotej grupy 2015! A to mówi samo za siebie.

Jestem ciekawa, gdzie spędzilibyście Waszego wymarzonego Sylwestra i jakie książki dostaliście pod zeszłoroczną choinkę! Czekam na odpowiedzi! :D
Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.