29 cze 2016

Gdybym miała napisać książkę...


Gdybym była dostatecznie gotowa na napisanie książki, gdybym chociaż potrzebowała odrobiny gotówki, gdybym marzyła o super-sprzedawalności, nakładach w kilku tysiącach, wielkich kolejkach po autograf i zdjęcie – napisałabym sensację pokroju Dana Browna. Do bólu kontrowersyjną, przywołującą tematy tabu, odważną, ale też niezwykle błyskotliwą. Ten rodzaj literatury uważam za receptę na sukces, nie ze względu też na sam gatunek i jego neutralność, ale fakt, że sensacja ma przecież wzbudzić efekt sensacji, powszechnego podburzenia i zainteresowania, które rykoszetem odbije się od magazynów i portali, trafiając na mnóstwo ludzi. Później, mając sławę, byłoby tylko z górki.

Czytaj dalej

25 cze 2016

Jak oglądać więcej seriali?


Nie jestem serialowym geekiem i rzadko kiedy bywam z daną produkcją na bieżąco – chyba że naprawdę muszę ją kochać. Często też nie mam czasu, lub boję się zacząć, bo wiem że wtedy już kompletnie nie będę go miała. Te seriale, które naprawdę lubiłam, albo się zepsuły, albo nie doczekały drugiego sezonu, więc dzisiaj, w pierwszy dzień wakacji, wrzucam listę tych, które zamierzam zacząć lub kontynuować, bo moja skóra nie toleruje słońca, bo czasu będzie pod dostatkiem, bo krąży w sieci ciekawe wyzwanie (ale o nim za chwilę).

Czytaj dalej

20 cze 2016

Królowa sześciu sekund


Powstał w czerwcu 2012 roku, a cztery miesiące później został kupiony przez Twittera. Początkowo zaczynał jako aplikacja na iPhone’a, wersję przeglądarkową utworzono dopiero w maju ’14, ale też w okrojonej wersji – tylko do odtwarzania; samo kręcenie na komputerze nie wypali. Vine to portal szczególnie popularny w Stanach Zjednoczonych, a jego sukces tkwi w prostocie użycia oraz wymaganiom, które stawia: twórca zmierzyć się musi z wyzwaniem nakręcenia sześcio-sekundowego filmiku, ażeby cały koncept w takim czasie zmieścić, trzeba być naprawdę kreatywną personą. Takie sześcio-sekundowe Vine’y kręci się bezpośrednio przez telefon – dotykając ekranu, nagrywamy wszystko z limitem czasu, oczywiście z możliwością ujęć skracania, zmiany kolejności czy wyciszenia. Można też nagrać w zewnętrznej aplikacji i potem zaimportować do portalu – byleby film się zmieścił w sześciu sekundach. 

Czytaj dalej

12 cze 2016

Poszukiwana: książka idealna na urlop


Aby w pełni czerpać radość z czytania, książki należy dobierać stosownie. Skłaniam się ku teorii, że każdemu z nas towarzyszy czytelniczy nastrój, którego dopełnić może tylko idealna do sytuacji lektura; co znaczy, że każdy moment i każda emocja ma swój literacki odpowiednik, z którego właśnie w tym, a nie innym momencie, zostanie wyniesione większa niż kiedykolwiek później, liczba doświadczeń. Czyli co? Czyli czytam Agathę Christie, ponieważ w moich żyłach nadal buzuje liczba godzin spędzonych nad brytyjskimi serialami kryminalnymi, czyli czytam "Medaliony" Nałkowskiej, ponieważ trauma po Auschwitz-Birkenau trzyma się drugi tydzień, i pochłaniam takie "Rywalki", bo jestem zdołowana i uschnięta po maturze i nic innego czytać nie jestem w stanie. Jasne, że można czytać dowolnie, ale mnie kręci przypisanie książki do danej chwili tak, czuję, że wkręcam się w temat i korzystam z niego w stu procentach. 

Dobranie książki na wakacje, na wyjazd, na urlop, wbrew pozorom nie jest łatwe. To czas wolny, więc darujmy sobie szkolne lektury czy popularnonaukowe wydania. Dobierzmy razem coś, co idealne będzie do miejsca, gdzie dana książka będzie czytana. Do samopoczucia, do sytuacji, w której aktualnie się znajdujesz. Odradzam również dramaty i Colleen Hoover (tak, dobrze widzisz :D). 
To co? Zaczynamy?


"Gra w kłamstwa"

Moją pierwszą propozycją, skierowaną nieco bardziej dla młodzieży (ale wiem, że starsi także lubią!), jest "Gra w kłamstwa" Sary Shepard. Głównie dlatego, że jest cienka na tyle, by pochłonąć ją w jedną stronę jazdy, bez przerywania i odkładania – a tego, uwierzcie mi, nie chcecie. "Gra w kłamstwa" to mieszanka młodzieżowo-kryminalno-thrillerowa, niejednokrotnie przysporzyła mnie o atak serca i niejednokrotnie zafascynowała swoją wyjątkowością. Narratorem jest martwa dziewczyna, która będąc pod postacią zjawy stara się rozwikłać zagadkę swojej śmierci. Odrobinę zwariowana i szalenie trzymająca w napięciu.


"Nevermore"

Mimo, że trylogia Nevermore, jeśli miałabym ją szufladkować, najbardziej pasuje pod mroczny paranormal romance, nie popada w żaden banał, nie jest mdłym romansem, nie naśladuje schematów, nie szuka łatwych rozwiązań. Czyta się ją podobnie do "Gry w kłamstwa", podobnie zresztą też oddziałuje na czytelnika. Wyjątkowa jest pod względem wolnych interpretacji poezji Allana Edgara Poego, mroku i tajemnic wręcz wylewających się w kart. Wyobrażam ją sobie jako książkę idealną do czytania podczas wakacji nad jeziorem. Wieczór, zachodzące słońce, które rzuca na tafli plamy miedzi, bordo, pomarańczy. A wokół delikatna szaruga.


"Ja, Ty, My" 

Jeśli Twoje wakacje czas poświęcony książkom przewidują tylko i wyłącznie podczas jazdy – nadal jest coś, co warto zabrać ponadto. "Ja, Ty, My. Książka wspólnych zapisków" jest książką, którą przeczytasz razem z rodziną czy przyjaciółmi! Polega na zapełnianiu jej stron według napisanych poleceń – tylko nie tak, jak było to w przypadku "Zniszcz ten dziennik" – ta daje szansę lepszego się poznania i twórczego wypełnienia wspólnego czasu. Zabierz ją w podróż i wróć z niezastąpioną pamiątką – pełną historii i opisów, pełną dat i tego, co tylko wpadnie Wam do głowy. Ja już zrobiłam połowę swojej i śmieję się, kiedy tylko zerknę na przypadkową stronę.


"Więzień Labiryntu" 

"Więzień Labiryntu" specjalnie dla fanów powieści antyutopijnych, który z pewnością do gustu przypadkiem także fanom fantastyki. Świeży pomysł na fabułę, niepowtarzalne zwroty akcji, rewelacyjnie przedstawieni bohaterowie. Epicka książka. Nie nastawiałam się na wylewne emocje, a przy "Więźniu" płakałam zupełnie jak u Nicholasa Sparksa. James Dashner stworzył diament, starannie wyprofilowany, skonstruowany z dokładnością zegarmistrza, zupełnie inny. Coś znacznie lepszego niż inne z tego gatunku, które znajdziecie na księgarnianych półkach.


"Kasacja"

Ostatnia moja propozycja to, uwielbiana przez rzesze Polaków, nasza rodzima "Kasacja"! Powieść brawurowa, poprowadzona w sposób niezwykły, kojarzony zapewne do tej pory tylko z filmami sensacyjnymi, dynamiczny i bardzo, bardzo wprawny. Intryga trzyma w napięciu, mimo, że autor robi przerwy na wstawki ociekające żartem, upodobaniami muzycznymi, kulinarnymi, przeplatając to ze sprawą narkotykową, konfliktem z mafią, porwaniami i szantażem. Od razu widać, że powieść jest maksymalnie przemyślana, a jej konstrukcja stabilna i zaplanowana – takiego rozwinięcia akcji i zakończenia nie przewidziałabym w najpiękniejszych snach, a sytuacja w mruganiem i aplikacją Endomondo? To tykający thriller, ociekająca ironią komedia, jednym słowem? Majstersztyk.


Kiedy to czytacie, prawdopodobnie będę popijała jakieś drinki z palemką nad naszym pięknym morzem. A lektury swoje również dobrałam z precyzją: jest ze mną coś epistolarnego, co będzie się łatwo i szybko czytać ("Listy Niezapomniane") i mam też powieść w stylu Dana Browna, tylko w stylu bardziej biologicznym ("Gen Atlantydzki"). Na dokładkę i dla pewności, że pobyt będzie świetny, wydanie specjalne magazynu English Matters, oraz – do odmóżdżenia, kiedy zmęczenie mnie dopadnie, – "Opposition" Jennifer L. Armentrout. 

PS. Nie pamiętam kiedy ostatnio wrzuciłam tutaj jakieś TOP5, od pewnego czasu skupiłam się na samych recenzjach i niekoniecznie na nadrabianiu nominacji. Dlatego też chciałam się zapytać Was, co sądzicie o takich postach? Warto spędzać czas na tworzeniu, czy wolicie tradycyjne recenzje? Czekam na odpowiedzi, bo to dla Was jest!

PS2. To co, udanego wypoczynku!

Czytaj dalej

8 cze 2016

Efektywna nauka, czyli jak się zabrać za czytanie po angielsku?


Nigdy nie przeczytałam książki po angielsku. Tak gwoli jasności. Zaczęłam dwie, krótkie i głupawe, żebym mogła się połapać o co w niej come on, ale nie była to bynajmniej znajomość ekscytująca. Umarła niedługo po rozpoczęciu. Głupia też nie jestem – żeby nie było – angielski kocham tak mocno jak książki i mogłabym te dwa cuda z pewnością połączyć w owocną całość. Ale jakoś zdechł ten zalążek pięknej relacji. Wyobrażam sobie dlaczego, chyba jestem na tropie kilku powodów, może to tylko moje domysły – tak czy inaczej – co jest tego powodem? 

Czytaj dalej

6 cze 2016

Gdzie kończy się gra, a zaczyna prawdziwe życie?


W sieci umysłów | Reguła myśli | The Game of Lives

Buddyjski mnich zadźgał trzydziestu swoich zwolenników. Nożem z klasztornej kuchni. Kiedy spali. Niezwykle wpływowy urzędnik z dnia na dzień zmienił ugrupowanie polityczne, a sławny futbolista po prostu przestał grać. Kierownik przedsiębiorstwa dokonał przelewu niewyobrażanej sumy pieniędzy, masowo zwalniając przy tym swoich pracowników. Kanadyjka słynąca z datków na cele charytatywne zabiła męża i dzieci. Policji powiedziała, że "ktoś kazał jej to zrobić". 

Zapanował chaos. 

Twory Kaine’a sieją spustoszenie. Te istoty, a raczej programy komputerowe, które wprogramowano do ludzkich ciał, stanowią poważne zagrożenie dla ludzkości. Życie Michaela także wywróciło się do góry nogami. Chłopak dowiedział się, że wszystko co znał, wszystkich, których kochał i wszystkim, czym był – było fikcją. Aranżacją. Po przejściu przez Ścieżkę, budzi się w ciele nieznajomego nastolatka i nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest pierwszym etapem wielkiego planu twórcy Doktryny Śmiertelności i cyberterrorysty. 

James Dashner w drugim tomie – "Regule Myśli" – kontynuuje swoją podróż po świecie Internetu, i robi to dobrze.J Może nie bezbłędnie ale – oszałamiająco ciekawie. Zaskakuje pomysłem na świat – świat, w którym istnieje jeszcze ten znacznie bardziej przystępny, ukochany przez zarówno młodszych, jak i starszych – świat VirNetu. Aby się dostać w głąb tej struktury, wystarczy tylko położyć się w podłużnym i wąskim pomieszczeniu, przypominającym trumnę, który gwarantuje nie tylko psychiczne odcięcie się od rzeczywistości, ale i – w pewnym stopniu, – to bardziej fizyczne. Gracz będąc wewnątrz VirNetu, posiłki, na przykład, spożywać musi jako osoba wirtualna, zaspokajając zarówno swój wyimaginowany, jak i ten rzeczywisty, prawdziwy żołądek. Tak wygląda VirNet, nic więc dziwnego, jak wiele osób przepada w nim na setki godzin. Dashner fascynuje i robi to w sposób podobny, jak robił to w "Więźniu Labiryntu" – zmienił jedynie tematykę, pozostawiając nawet głównego bohatera w takim stylu, w jakim jest Thomas, błyskotliwy, gwałtowny, odważny. I właśnie Michael, nastolatek, znany ze swych hackerkisch umiejętności, został poproszony przez władze SVN o to, by przeszkodzić w zaludnieniu całego świata programami komputerowymi, mieszającymi w ludzkich głowach. Aby raz na zawsze zniszczyć ideę kształtowania Tworów, które same w sobie, w tej części zostają rewelacyjnie przybliżone. To im poświęca się większość uwagi bazującej wokół problematyki powieści, to one najbardziej nurtują i niedomówieniami, wciąż narastającymi zagadkami, dręczą czytelnika. Tematem, pomysłem i wyobraźnią – James Dashner po raz drugi, skradł moje antyutopijne serduszko. 

Ale nie obyło się bez drobnych potknięć w wykonaniu. Nie jest to seria rewelacyjna i czuć to po lekturze początkowych rozdziałów – nuda, nuda, nuda. Pierwsza część jest ciężka, zresztą jest to zupełnie odwrotne do sytuacji w tomie pierwszym ("W sieci umysłów"), gdzie to początek stanowił najbardziej intrygujący i klimatyczny punkt. Teraz tutaj zakończenie satysfakcjonuje bardziej, naprawdę mindfuck totalny, że się tak wyrażę. Napięcia mnóstwo, po przebrnięciu przez początek szczególnie obficie, jednak do pewnego momentu – czytanie tego jest istną torturą. 

James Dashner zaciekawił mnie zakończeniem pierwszej części, ale końcówką drugiej – totalnie zniszczył. CZEKAM. Naprawdę CZEKAM NA FINAŁ tej trylogii, mimo, że miała ona słabsze, jak i lepsze momenty. Z tych pierwszych, to na pewno ciągnąca się fabuła i rozwleczone, żmudne rozdziały, z tych drugich – pomysł, wizja Internetu w przyszłości i cyberterroryzm, który pokochałam już w "Who Am I" (polecam!). Jeśli jednak chodzi o tę książkę i jej poprzedni tom – "Reguła Myśli" była lepsza, w moim odczuciu odrobinę bardziej interesująca. Czy warto czytać? Można, choć niekoniecznie. Ten wybór pozostawiam już każdemu z Was.

Tekst powstał wyniku współpracy z wydawnictwem Albatros.

Czytaj dalej

1 cze 2016

7 w maju


Wystarczy mi słońce, że pracować produktywniej. Żeby żyć lżej, żeby czytać więcej. Maj był takim miesiącem, kiedy miałam go pod dostatkiem, a za sprawą luźniejszych zajęć w szkole, książki czytałam nie tylko w domu, ale też na przerwach, lekcjach, w autobusie. 

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.