31 sie 2016

Znaczy dla mnie tak wiele


Nigdy nie napisałabym tego postu, gdyby nie fakt, że ciężko mi z myślą o zapomnieniu. O oddaniu właścicielowi, o pożegnaniu się z zawartością. Z krzywdą, nostalgią, sztuką. Mam przed sobą książkę, nie należącą nigdy do tych, które miałam w planach, do mojego życia wkradła się przypadkiem. I może nie zawojowała tak, bym mogła czytać ją kilka razy, ale wytrąciła z równowagi na tyle, że zastanowienie się nad kilkoma sprawami pozostawało tylko kwestią czasu. Szalenie melancholijna, słodko-gorzka, zapadająca w pamięć. Chcąc utrwalić moje uczucia względem tej książki, piszę by w pamięci nie zgasła, piszę głównie dla siebie, czerpiąc przyjemność myślenia o niej, ale pragnę byście wiedzieli – całość jest napisana również dla Was. Bo myślę, że warto jest dzielić się jej historią.

Mamy przyjaciół, mamy wielu znajomych. Każdy z nich jest inny, stanowi indywidualny element społeczeństwa, może Twój najlepszy przyjaciel mieszka parę kilometrów od ciebie i znacie się z czasów liceum, być może codziennie spotykacie się w pracy – niezależnie od tego, jacy oni tak naprawdę są, świat przy nich nabiera koloru. Tak jak nabrał w przypadku June Elbus, do czasu gdy jej wujek Finn, a zarazem najlepszy przyjaciel, umarł. Czternastolatka to specyficzna dziewczyna, nikt nie rozumiał jej tak dobrze, nikt nawet nie chciał próbować rozmawiać z nią, tak jak robił to Finn. Był człowiekiem-artystą, był gejem, był chory na AIDS. Był pierwszą miłością swojej siostrzenicy. Na jego pogrzebie June zauważyła jednak tajemniczego mężczyznę, który kilka dni później proponuje jej spotkanie. Wkrótce dziewczyna dowiaduje się, że nie była jedyną bliską osobą Finna...


Carol Rifka Brunt w swojej powieści podejmuje szereg tak intrygujących kroków, tak nurtujących wydarzeń, że grzechem byłoby tę książkę nie przeczytać do końca. Melancholia bije od niej z ogromną siłą, ale nie przytłacza, buduje jednak ten fajny, charakterystyczny klimat. „Powiedz wilkom, że jestem w domu” to przede wszystkim książka psychologiczna. Świetnie obrazująca introwertyzm od środka, gdzie rewelacyjna June jest centrum, jej osobowość jest centrum, wszystko okala te dwie rzeczy, tę pięknie przedstawioną osobę, żywą, wręcz namacalną. Kompletnie zgadzam się ze zdaniem z tyłu okładki, June to bohaterka „rozbrajająco szczera, niczym dziecko z ufnością patrzące w przyszłość, a zarazem melancholijnie mądra, niczym dorosły doświadczony przez życie”. Zapada w pamięć jako jedna z najbardziej oryginalnych bohaterek książkowych (zamiłowanie do średniowiecza, tańca w za dużych botkach w lesie za szkołą, Requiem Mozarta), jak i równiej jej relacja ze starszą siostrą, która również nie należy do osób typowych – ciekawi mnie jej historia, bo dziewczyna przedstawiona jest jako buntownicza szesnastolatka, która dojrzała trochę zbyt szybko. Jest cyniczna, jest wręcz odpychająca, czerpie przyjemność z krzywdy June i niejednokrotnie stawia ją w obliczu niebezpieczeństwa. Ogromnie chciałabym przeczytać coś o Grecie samej w sobie, ponieważ fragmenty, które zostały jej poświęcone, błyszczały. Obie z siostrą diametralnie się różnią, ich rywalizacja więc jest skomplikowana i w pewien sposób niewytłumaczalna – kilka lat temu przecież, były one dla siebie jak najlepsze przyjaciółki. Co się więc wydarzyło?

Drugie skrzypce, tuż obok konfliktu sióstr, gra wątek portretu. Portretu June i Grety, który namalował dla nich przed śmiercią wujek Finn, a który nazywa się właśnie „Powiedz wilkom, że jestem w domu”. Pamiętam, że Greta zapytała, co właściwie to znaczy, pamiętam, że June znalazła pewne odniesienie do nazwy obrazu na nim samym oraz w swoim życiu, ale mimo wszystko, to nadal jest tajemnicą, to nadal pozostaje zagadką. Tak samo jak zagadką pozostaje Finn, Finn, którego mamy okazje poznawać przez kilka pierwszych rozdziałów, a który sympatię naszą wzbudza przez całą tę powieść: fascynuje. Zagadką jest również tajemniczy człowiek z pogrzebu Finna, który gra skrzypce trzecie, ale to niech pozostanie niespodzianką.
„Ja chcę sobie wyobrażać fałdki w czasie, lasy pełne wilków, oraz ponure wrzosowiska o północy. Marzą mi się ludzie, którzy nie potrzebują seksu, żeby móc się kochać. Ludzie, którzy całują się tylko w policzki.”
To rok 1987. Tutaj nawet przebywanie z osobą chorą na AIDS wydaje się niebezpieczne, oddychanie wspólnym powietrzem wprawia ludzi w zdenerwowanie. Chorych traktuje się gorzej niż psy, nie ma jakiegokolwiek wytłumaczenia nieświadomości bycia nosicielem, Ty po prostu chciałeś kogoś zabić. I zrobiłeś to. „Powiedz wilkom, że jestem w domu” to magia. Ja nie potrafię znaleźć nawet odpowiedniego przymiotnika, mój szacunek do autorki za tę książkę nie mieści się w żadnym ze 200 tys. słów, które są w języku polskim. Piękna, mocna narracja, cytując „Bookpage” – „przypomina odsłonięty nerw pulsujący w agonalnych drgawkach”. Toksyczna, jadowita więź między siostrami, oraz silna, wzruszająca siła przyjaźni skazanej na śmierć. Marzę, by każda młodzieżówka oferowała czytelnikowi tyle, co własnie ta. 
„Jest coś pięknego w stąpaniu po śniegu, po którym nikt jeszcze nie szedł. Zaczynasz wierzyć, że jest w tobie coś wyjątkowego, choć jednocześnie wiesz, że to nie prawda.”
Czytaj dalej

27 sie 2016

Zamiast czarownic spalmy naukowców

 
Próba Ognia | Taniec w ogniu | Witch's Pyre

To nie jest świat dla nowatorskich pomysłów. To nie jest świat dla ludzi o światłych umysłach. To nie jest świat dla tych, którzy m y ś l ą. I to brzmi pewnie jak idea panowania Wielkiego Brata, ale za myślenie naprawdę czeka absurdalny wyrok – tam zamiast czarownic pali się naukowców, a na sam widok egzekucji zgromadzonym spada ciśnienie a oczy błyszczą, pozbyliśmy się zagrożenia, myślą, już po wszystkim. Ludzie boją się osób, które nie wyznają religii, jaką jest magia. Osób, które straciły nadzieję w czarownice i postanowiły zagłębić się w tajniki nauki, by dbać o swoje bezpieczeństwo, by kogoś wyleczyć, by walczyć. Tam posługiwanie się umysłem, jest swego rodzaju herezją – w świecie czarownicy Lillian, nauka przegrała z magią. Jednak poza murami miasta, w miejscu, gdzie osiedlili się koczownicy, czyhają potwory bardziej przerażające niż cokolwiek innego na tamtym świecie. I gdy Lillian odmawia pomocy, do gry przyłącza się Lily, dziewczyna z naszego świata. Lily, która odkryła w sobie czarownice, i która jednoczy swoją moc z nauką – razem z naukowcami bierze sprawy w swoje ręce i staje naprzeciw Lillian, swojej alternatywnej wersji samej siebie.

Tak przynajmniej wygląda to w „Próbie Ognia” i szczerze współczuję, jeśli się pogubiliście w opisie fabuły na tym poziomie, bo zawiłości w tej trylogii jest jeszcze kilka. Ogólnie cała historia bazuje wokół nieskończonej ilości światów, w których każdy z nas ma swoje alter ego. To najlepszy, najmocniejszy punkt w książce, świetnie wyglądają momenty, kiedy bohater z „naszego” Salem spotyka samego siebie. Kolejnym elementem, który uwielbiam to właśnie walka między naukowcami, a czarownicą – świat na opak, w którym pali się tych pierwszych, niezależnie czy jest to lekarz czy zwykły nauczyciel: każdy musi zostać zgładzony, ponieważ stanowi bezpośrednie niebezpieczeństwo dla czarownicy, buntuje, uświadamia i zachęca innych do swych praktyk. Co uwielbiam dalej? Czarownice. Autorka świetnie przedstawiła rolę, jaką odgrywają one wobec świata: to, że tworzą elektryczność, napędzają komunikację, uzdrawiają oraz zapewniają dostawy jedzenia i wody. „Tamto” Salem wygląda trochę jak średniowieczne miasteczko: cechuje się podobnym klimatem, modą i przydomkami, a mimo tego, technologicznie jest na zupełnie zaawansowanym poziomie.

Nie mogłabym zapomnieć o bohaterach! Lily jest z rodzaju tych, którzy nie irytują swoją chęcią wybawiania ludzi, jest bohaterką niezależną, nie szuka poklasku, mimo, że to, co robi naprawdę na niego zasługuje. Rowan jest po prostu mistrzem, uwielbiam tego gościa i mimo paskudnej rzeczy, którą odwalił w „Tańcu w ogniu”, jest tak ciekawą postacią, że po prostu trzeba o niej przeczytać samemu. Tuż obok Tristan, a raczej Tristanów dwóch, bo zarówno w pierwszym, jak i drugim tomie mamy do czynienia ze swoimi alternatywnymi wersjami: i właśnie tutaj spodobała mi się ich więź, wyczuwalna od momentu, kiedy tylko się poznali i fakt, że naprawdę są tą samą osobą – ich poglądy nie odbiegały znacznie, denerwowały ich te same rzeczy, za inne zaś oddaliby życie. Jeden z Tristanów jest również zaangażowany w wątek romantyczny, a raczej delikatnie zarysowany trójkąt: tylko nie obawiajcie się, proszę! Nie ma tu bójki o dziewczynę, chłopaki wiedzą, że jakikolwiek konflikt zagroziłby Lily, czarownica bowiem swoich mechaników potrzebuje na każdym kroku. No właśnie, mechaników! To kolejny punkt, który całkowicie mnie ujął – czarownica ma zdolność „wlewania” siły do osób przez siebie naznaczonych (w razie walki, na przykład), ale też potrzebuje osobistego sztabu ratunkowego, który zabezpieczałby ją i uzdrowił, gdyby z magią przedawkowała. Jedynym słowem, czyste szaleństwo.

Nie jestem nawet w stanie wymienić, jak dużo elementów, jak mnóstwo aspektów i jak wiele punktów buduje to mistrzowskie uniwersum. Ja chyba nadal jestem pod wrażeniem. I pewnie też długo będę. Josephine Angelini zaskoczyła mnie śmiałą wizją, czymś tak zupełnie różnym od znanej nam, typowej fantastyki z krasnalami i elfami. Owszem – znam kilka powieści o czarownicach, ale tylko ta jest tak napisana, że w żadnym stopniu nie przypominają one typowych czarownic. Ciężko mi trafić na tak dobrą fantastykę, na coś tak przełomowego i błyskotliwego jak „Czas Żniw”, ale dziś, w zupełności szczerze mogę polecić „Próbę Ognia” Josephine Angelini każdemu miłośnikowi tego gatunku i nie tylko – sama nie jestem przesadną fanką fantastyki, ale lektura „Próby Ognia” i kolejno: „Tańca w ogniu” uświadomiła mi tylko, że jest to gatunek wart uwagi. 
Recenzja napisana we współpracy z wydawcą.
Czytaj dalej

20 sie 2016

3 najważniejsze problemy w "Julia. Trzy Tajemnice"



Julia. Trzy Tajemnice | Dotyk Julii | Sekret Julii | Dar Julii

Dziwna ta książka. Dziwna ze względu na swoją bezsensowną, nic niewnoszącą formę i ze względu na tę przepaść między nią, a całą trylogią, która była fantastyczna. Która była niezwykle dobra, przejmująca i poetycko ujęta. Którą uznałam niegdyś za jedną z lepszych trylogii, jakie czytałam. Nie jestem zwolenniczką urywania historii. Wolę poznać całość i dopiero potem zabrać się za ogólną ocenę – dlatego też po pełnej pasji lekturze „Dotyku Julii”, „Sekretu Julii” i „Daru Julii”, „Julia. Trzy Tajemnice” była dla mnie pozycją obowiązkową. Jak się spisała? Cóż, fatalnie to małe słowo. Pozwólcie zatem, że przedstawię te trzy ogromne wady dodatku do trylogii Tahereh Mafi, które naprawdę mnie zabolały.
Czytaj dalej

16 sie 2016

Powieść warta tysiąca słów


Próba Ognia | Taniec w ogniu | Witch's Pyre

Od dawna już nie należę do grona zagorzałych czytelników fantastyki: co dwudziesta jedynie książka zdaje się być warta poświęconego czasu, tak naprawdę za każdym razem sięgam po tę samą historię. Albo wzorowaną na J.K. Rowling, albo na Tolkienie, albo na Georgu R.R. Martinie. To mnie paraliżuje. Kiedy tylko mam zamiar sięgnąć po coś z tego gatunku, mam wątpliwości i moja głowa paranoicznie doszukuje się elfów, krasnali i orków, trójki bohaterów, którzy idą do szkoły magii lub średniowiecznego królestwa z chwiejnym rządem. Sama więc nie wiem, co podkusiło mnie do przeczytania „Próby Ognia” – nie jestem fanką Josephine Angelini, nie czytałam „Spętanych przez bogów”, nie wyszukiwałam też recenzji, nie widziałam żadnych opinii, a z racji pewnej zasady – nie zerknęłam nawet na opis książki. A teraz trzymam ją w dłoni i mam wrażenie, że nie mogłam wybrać lepiej.

Są książki warte tysiąca słów, są i te, o których wręcz mówić nie wypada. Ja o „Próbie Ognia” mogłabym rozmawiać godzinami. Mogłabym chwalić jedynie: monumentalna i nowatorska, mogłabym porównywać ją do wielkości „Czasu Żniw”, mogłabym czytać ją wciąż na nowo i na nowo zakochiwać się w tym niezwykłym uniwersum. Czuję, że to właśnie ta jedna na dwadzieścia. Podskórnie również dokucza mi uczucie, że z tomu na tom będzie jeszcze tylko lepiej.

Twoja sprawa, czy przeczytasz ten opis, czy nie. Być może – jak zakłada teoria wieloświatów – przeczyta go jedno z Twoich tysiąca żyjących alter ego. Bowiem, tam nad nami, ponad stratosferą,  istnieje kilka takich planet typu Ziemia – z takimi samymi kontynentami, z Pałacem Kultury w Warszawie i podobną siecią autostrad – i każda z nich zamieszkiwana jest przez osoby takie jak my. Nam prawdopodobnie nigdy nie będzie dane ich poznać, dokonała tego jednak pewna dziewczyna. Lily Proctor jest obywatelką „naszego” Salem w stanie Massachusetts. Ten świat zdecydowanie jej nie służy – lekarze nie mogą zdiagnozować przyczyn jej nieustającej gorączki, a ryzyko ataku drgawek wyklucza wszelkie przyziemne przyjemności. Gdy pewnego dnia, w towarzystwie Tristana, chłopaka na którym bardzo jej zależy, pozwala sobie pójść na szkolny bal dochodzi do tak paskudnego incydentu, że dziewczyna chce po prostu zniknąć… Jej życzenie się spełnia. Lily trafia do równoległego świata, w którym to, co było jej słabością, staje się siłą. Nowe Salem to mroczne i niebezpieczne miejsce, rządzone przez potężne czarownice. Najsilniejszą i najbardziej okrutną z nich jest ona sama… A raczej alternatywna wersja Lily – Lillian.

To, co dzieje się potem jest pasmem nieodgadnionych wydarzeń, masą niespodzianek otoczoną przepięknym światem przedstawionym nam na stronicach „Próby Ognia”. Ogromnie cenię sobie dobre pomysły, mam wrażenie, że Josephine Angelini myśli podobnie – jej powieść to świat na solidnie wzniesionych fundamentach, bardzo przestrzenny, a przy tym piekielnie wyjątkowy. Nie będę powstrzymywała się nad porównywaniem, z racji tego, że wiem, jak bardzo czytelnicy cenią sobie Samanthę Shannon i jej „Czas Żniw” czy „Zakon Mimów” – zatem uważam, że jest powieść na podobnie wysokim poziomie. Obie są niezwykle błyskotliwe, w „Próbie Ognia” bezustannie natykamy się na elementy chemii i fizyki (nie to, żeby były przesadnie wyeksponowane i ostentacyjne, ale mimo wszystko nadają powieści nieco bardziej dorosły wydźwięk), obie są również zaopatrzone w bohaterkę, która ma mocny charakter i nie należy do tych, które irytują na każdym kroku. Wątek romansu w „Próbie Ognia” jest bardziej wyrazisty, być może dlatego, że początek książki rozgrywa się w XXI wieku, być może też dlatego, że Angelini nie chce trzymać nas w ciągłym napięciu – delikatne powiewy, które serwuje między główną akcją, pozwalają się rozluźnić i też pogłówkować –nie jest to przecież przypadkowy wątek, a jego możliwe rozwinięcie intryguje na każdym kroku.

Jestem zachwycona, oniemiała i wręcz oczarowana. „Próba Ognia” to kolejny przykład piekielnie błyskotliwej fantastyki, która jest zupełnie nowatorska, której pomysł na każdym kroku zapiera dech w piersiach. To powieść, która łączy w sobie nutę romansu z elementami YA oraz historii, to solidnie zbudowane uniwersum, przerażające wręcz kreatywnością, to niebanalna historia, która pochłania od pierwszej strony i zdecydowanie nie należy do tych książek, które dezorientują i przytłaczają na starcie. To po prostu pięćset stron fantastyki, które trzeba przeczytać.
Recenzja powstała we współpracy z wydawcą.



Czytaj dalej

13 sie 2016

Co skrywa się między wierszami?


Między wierszami | Where You Are | Good For You | Here Without You

Czasami jedna historia wymaga wielu scenariuszy. Obserwuje się nowe wersje starych filmów, ekranizacje klasyków zakotwiczone w świecie teraźniejszym, każdego roku do kin wchodzą – mimo, że dobrze nam znane – baśnie. Siedem miliardów ludzi równa się liczbie różnych rozwiązań, reżyserowie biorą udział w wyścigu pomysłów, ale też historie domagają się opowiedzenia o sobie na nowo. Ekranizacje coraz częstej zdają się być tylko adaptacją i Percy Jackson coś o tym wie. Podobnie zresztą jak Cassandra Clare, której książki stały się bazą do serialu Shadowhunters, no właśnie – fundamentem jedynie, korzeniem rozkwitającej w inny sposób bajki. Weźmy także pod uwagę „Dumę i uprzedzenie” – nie wierzę, że ktoś nie słyszał, ale w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś nie przeczytał: sama utknęłam gdzieś na początku i jakoś niezbyt chętnie widzi mi się lekturę kontynuować. No ale – sama „Duma” ma dwie duże ekranizacje (rok 1940 oraz 2005), trzy ekranizacje telewizyjne, jak i również trzy wyprodukowane przez stację BBC, dwa filmy wzorowane jedynie na powieści oraz – powstały w tym roku „Duma i uprzedzenie, i zombie”. Jak widać – pomysłów na historię nie brakuje.

Zmierzam do faktu, jakim jest wypożyczenie „Dumy i uprzedzenia” do książek dla młodzieży. Tammara Webber, autorka powieści takich jak „Tak krucho…”, „Tak blisko…”, „Tak słodko…” napisała przeuroczą książkę z gatunku NA, której główni bohaterowie to młodzi – aspirujący lub już zdobywający rozgłos – aktorzy, zadaniem których jest wcielić się w rolę Elizabeth Bennet oraz Pana Darcy’ego. I takich ich poznajemy: Emmę jako dziewczynę czekającą na rolę, która odmieni jej życie, a jednocześnie skrycie marzącą o byciu normalną nastolatką oraz Reida – chłopaka, który pomimo młodego wieku zawojował całym Hollywood i ma mnóstwo fanów… zwłaszcza tych płci żeńskiej. Czują coś do siebie jako postacie wykreowane przez Jane Austen, ale także i kiedy kamera nie nagrywa, a światła gasną. Konflikt przekonań i ich własnych priorytetów miesza szyki parze zakochanych, a oni – obawiając się kolejnych rozczarowań – nie potrafią się otworzyć i pójść do przodu bez wskazówek reżysera. Czy sława nie uderzy im do głowy? Co stanie się, gdy prace nad filmem dobiegną końca i każde z nich zamieszka na innym krańcu kraju? Czy między nimi pojawi się ktoś inny? Jak odnajdą się w świecie paparazzi, fanów i show-biznesu?

„Między wierszami” Tammary Webber pochłonęłam niezwykle szybko, ale i także niezwykle przyjemnie. Zaintrygował mnie motyw aktorstwa, opisania tej sztuki z perspektywy nam nieznanej. Przyznam szczerze, że momenty nagrań, próby i castingi były najbardziej wyczekiwanymi przeze mnie chwilami, ze względu na moje zainteresowanie tym tematem, które zaspokajane było również naprzemienną narracją: raz bardziej doświadczonego Reida, następnym razem utalentowanej Emmy. Nie spotkałam się dotychczas z żadną powieścią traktującą ten temat w tak luźny, młodzieżowy oraz (mam nadzieję) wiarygodny sposób, w ogóle nie wydaje mi się, żeby książek w tym stylu było w Polsce dużo – ja w każdym razie czytałem tylko tę. I nie zawiodłam się. Tak do połowy to była czysta radość czytać „Między wierszami”. Ekscytująca powieść, przepełniona przyjaźnią, miłością, życiem bez ograniczeń, bez żadnych wyrzeczeń. Imprezy, rodzinne spotkania, sesje zdjęciowe i czerwony dywan. Niestety, niezbyt zadowalający był dalszy ciąg powieści, po pierwsze: Emma zbyt łatwo dała się podejść Reidowi, w ogóle nie zadawała pytań, nie chciała wyjaśnić spraw między nimi i między innym chłopakiem, była taką – nawet nie zakochaną, ale laleczką otumanioną faktem spotykania się z najpopularniejszym młodym aktorem, która bała się walczyć o swoje i dowiedzieć się, na czym tak naprawdę stoi. Kolejną makabryczną rzeczą było zakończenie. Straszne zakończenie. Ucięte jakby w połowie zdania, takie bum!... i koniec książki. Ja przewróciłam stronę, żeby czytać dalej, patrzę: a tam nic nie ma. Niefortunnie wybrnęła Tammara Webber z historii przez siebie opowiedzianej, według mnie, pod względem napisania, ponieważ całość, zakończenie fabuły uważam za dobre i przemyślane, zakończyłabym prawdopodobnie tak samo. Ale nie ścięłabym tego tak gwałtownie.

Podoba mi się to, jak dała sobie radę Webber z wątkiem romantycznym – wybrała mądre, przemyślane ale też nieszablonowe posunięcie. Posługując się młodzieżowym językiem stworzyła historię, która niesie wartości, przybliża świat show-biznesu: zalety płynące z przegrzebywania wśród wpływowych ludzi, ale również wady, konsekwencje i obowiązki. „Między wierszami” została napisana by zapewnić rozrywkę i tę funkcję spełnia. A ja żałuję, że nie ma polskiego wydania kolejnego tomu.
Recenzja powstała w wyniku współpracy z wydawnictwem.


Przeczytaj także o pozostałych książkach z Pastelowej serii, które zrecenzowałam;)


Czytaj dalej

9 sie 2016

Kiedy ulubiony autor wydaje książkę

 
Próba Żelaza | Miedziana Rękawica

Kiedy widzę jej nazwisko – wiem, że kupię wszystko, co napisze. Kiedy widzę jej nazwisko na okładce książki, wiem, że mogę lekturze zaufać, że prawdopodobnie się nie zawiodę, wiem, że to będzie po prostu dobry czas. Wielu z Was jej nienawidzi – czytałam tak dużo tekstów, dlaczego powinniśmy jej nienawidzić, tak dużo o tym, jaką jest ona plagiatorką i oszustką. Mimo to nadal nie mogę wyleczyć się z uwielbiania do niej. Nie chcę, zbyt cenną jest postacią w moim życiu, nawet jeśli się nie znamy, nawet jeśli dzieli nas ocean – to moja ulubiona autorka, Cassandra Clare, dzięki której zaczęłam czytać i dzięki której czytam dalej, tym razem, pochłaniam jej nową powieść, napisaną we współpracy z przyjaciółką, Holly Black – „Miedziana Rękawica”. 
Czytaj dalej

6 sie 2016

Lipcowy Przegląd Książkowy


Czas podsumować lipiec. Miesiąc, który mimo swojej intensywności i różnych wyjazdów, nadal obfitował w dobre lektury. Trzy razy więcej książek to wynik świetny w porównaniu do czerwca, owszem - zawsze mogło być lepiej, ale nie narzekam, bo w lipcu dotknął mnie książkowy kac oraz dwa seriale, które oglądałam bez opamiętania, Scream i - już wkrótce trochę o nim - Reign.

Czytaj dalej

2 sie 2016

To musisz wiedzieć, zanim wyjedziesz za granicę


Wakacje. Za nami ich półmetek, przed nami jeszcze tylko sierpień. To dobry miesiąc – mam wtedy o wiele więcej czasu do dyspozycji, ponieważ nie planuję większych wyjazdów i nie wytną one sobie dwóch tygodni poza domem i tygodnia – spędzonego na pisaniu i planowaniu postów. W sierpniu jestem wolna i spontaniczna, być może jednak Ty coś na ten miesiąc masz zaplanowane? Lub zastanawiasz się nad jakimś wyjazdem? Jeśli tak – gratuluję wyczucia czasu, ponieważ mam dla Ciebie coś specjalnego:). 

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.