4 min Czytania

Próba Ognia | Taniec w ogniu | Witch's Pyre
To nie jest świat dla
nowatorskich pomysłów. To nie jest świat dla ludzi o światłych umysłach. To nie
jest świat dla tych, którzy m y ś l ą.
I to brzmi pewnie jak idea panowania Wielkiego Brata, ale za myślenie naprawdę
czeka absurdalny wyrok – tam zamiast czarownic pali się naukowców, a na sam
widok egzekucji zgromadzonym spada ciśnienie a oczy błyszczą, pozbyliśmy się zagrożenia, myślą, już po wszystkim. Ludzie boją się osób,
które nie wyznają religii, jaką jest magia. Osób, które straciły nadzieję w
czarownice i postanowiły zagłębić się w tajniki nauki, by dbać o swoje
bezpieczeństwo, by kogoś wyleczyć, by walczyć. Tam posługiwanie się umysłem,
jest swego rodzaju herezją – w świecie czarownicy Lillian, nauka przegrała z
magią. Jednak poza murami miasta, w miejscu, gdzie osiedlili się koczownicy,
czyhają potwory bardziej przerażające niż cokolwiek innego na tamtym świecie. I
gdy Lillian odmawia pomocy, do gry przyłącza się Lily, dziewczyna z naszego
świata. Lily, która odkryła w sobie czarownice, i która jednoczy swoją moc z
nauką – razem z naukowcami bierze sprawy w swoje ręce i staje naprzeciw
Lillian, swojej alternatywnej wersji samej siebie.
Tak przynajmniej wygląda to w
„Próbie Ognia” i szczerze współczuję, jeśli się pogubiliście w opisie fabuły na
tym poziomie, bo zawiłości w tej trylogii jest jeszcze kilka. Ogólnie cała
historia bazuje wokół nieskończonej ilości światów, w których każdy z nas ma
swoje alter ego. To najlepszy,
najmocniejszy punkt w książce, świetnie wyglądają momenty, kiedy bohater z
„naszego” Salem spotyka samego siebie. Kolejnym
elementem, który uwielbiam to właśnie walka między naukowcami, a czarownicą
– świat na opak, w którym pali się tych pierwszych, niezależnie czy jest to
lekarz czy zwykły nauczyciel: każdy musi zostać zgładzony, ponieważ stanowi
bezpośrednie niebezpieczeństwo dla czarownicy, buntuje, uświadamia i zachęca
innych do swych praktyk. Co uwielbiam
dalej? Czarownice. Autorka świetnie przedstawiła rolę, jaką odgrywają one
wobec świata: to, że tworzą elektryczność, napędzają komunikację, uzdrawiają
oraz zapewniają dostawy jedzenia i wody. „Tamto” Salem wygląda trochę jak
średniowieczne miasteczko: cechuje się podobnym klimatem, modą i przydomkami, a
mimo tego, technologicznie jest na zupełnie zaawansowanym poziomie.
Nie mogłabym zapomnieć o bohaterach! Lily jest z rodzaju tych,
którzy nie irytują swoją chęcią wybawiania ludzi, jest bohaterką niezależną,
nie szuka poklasku, mimo, że to, co robi naprawdę na niego zasługuje. Rowan
jest po prostu mistrzem, uwielbiam tego gościa i mimo paskudnej rzeczy, którą
odwalił w „Tańcu w ogniu”, jest tak ciekawą postacią, że po prostu trzeba o niej
przeczytać samemu. Tuż obok Tristan, a raczej Tristanów dwóch, bo zarówno w
pierwszym, jak i drugim tomie mamy do czynienia ze swoimi alternatywnymi
wersjami: i właśnie tutaj spodobała mi się ich więź, wyczuwalna od momentu,
kiedy tylko się poznali i fakt, że naprawdę są tą samą osobą – ich poglądy nie
odbiegały znacznie, denerwowały ich te same rzeczy, za inne zaś oddaliby życie.
Jeden z Tristanów jest również zaangażowany w wątek romantyczny, a raczej
delikatnie zarysowany trójkąt: tylko nie obawiajcie się, proszę! Nie ma tu
bójki o dziewczynę, chłopaki wiedzą, że jakikolwiek konflikt zagroziłby Lily,
czarownica bowiem swoich mechaników potrzebuje na każdym kroku. No właśnie,
mechaników! To kolejny punkt, który
całkowicie mnie ujął – czarownica ma zdolność „wlewania” siły do osób przez
siebie naznaczonych (w razie walki, na przykład), ale też potrzebuje osobistego
sztabu ratunkowego, który zabezpieczałby ją i uzdrowił, gdyby z magią
przedawkowała. Jedynym słowem, czyste szaleństwo.
Nie jestem nawet w stanie
wymienić, jak dużo elementów, jak mnóstwo aspektów i jak wiele punktów buduje
to mistrzowskie uniwersum. Ja chyba nadal jestem pod wrażeniem. I pewnie też
długo będę. Josephine Angelini zaskoczyła mnie śmiałą wizją, czymś tak zupełnie
różnym od znanej nam, typowej fantastyki z krasnalami i elfami. Owszem – znam
kilka powieści o czarownicach, ale tylko ta jest tak napisana, że w żadnym
stopniu nie przypominają one typowych czarownic. Ciężko mi trafić na tak dobrą
fantastykę, na coś tak przełomowego i błyskotliwego jak „Czas Żniw”, ale dziś,
w zupełności szczerze mogę polecić „Próbę Ognia” Josephine Angelini każdemu
miłośnikowi tego gatunku i nie tylko – sama nie jestem przesadną fanką
fantastyki, ale lektura „Próby Ognia” i kolejno: „Tańca w ogniu” uświadomiła mi
tylko, że jest to gatunek wart uwagi.
Recenzja napisana we współpracy z wydawcą.
fantastyka
Josephine Angelini
wyd.Jaguar