Dziwna ta książka. Dziwna ze
względu na swoją bezsensowną, nic niewnoszącą formę i ze względu na tę przepaść
między nią, a całą trylogią, która była fantastyczna. Która była niezwykle
dobra, przejmująca i poetycko ujęta. Którą uznałam niegdyś za jedną z lepszych
trylogii, jakie czytałam. Nie jestem zwolenniczką urywania historii. Wolę
poznać całość i dopiero potem zabrać się za ogólną ocenę – dlatego też po
pełnej pasji lekturze „Dotyku Julii”, „Sekretu Julii” i „Daru Julii”, „Julia.
Trzy Tajemnice” była dla mnie pozycją obowiązkową. Jak się spisała? Cóż,
fatalnie to małe słowo. Pozwólcie zatem, że przedstawię te trzy ogromne wady dodatku do trylogii Tahereh Mafi, które naprawdę mnie zabolały.
Nie wiem, jak bardzo zwyrodniałym
i zawistnym człowiekiem trzeba być, by napisać taką książkę.
Nie wiem, dlaczego ludzie
decydują się ją czytać, skoro już wcześniej wiedzą, jak działa na zmysły. Jak
działa na duszę, jak ją podrażnia, jak wstaje z kolan, podchodzi niepewnie i
nagle bierze ostry zamach i z siłą tysiąca gwoździ świdruje nasze wnętrze.
Jak działa na serce. Jak zaciska
na nim swoje orle szpony, które poruszając się działają niczym korona
cierniowa. Ja nie dramatyzuję i nie chcę pisać emocjonalnie. Niedługo minie
miesiąc, odkąd tę książkę przeczytałam, zdążyłam wszystko więc dokładnie przemyśleć
i zdajecie sobie sprawę, do czego doszłam?
Emocje towarzyszące tej lekturze
są nie do opisania. Od dzisiaj frustracja powinna mieć własne miejsce w
słowniku, zarezerwowałbym to słowo tylko dla Tahereh Mafi za to, że przez całe
godziny pewnie trzymała swą rękę na moim gardle, nie chcąc puścić, nie chcąc
sprawić by ucisk zelżał choć odrobinę.
Wiecie o czym jest ta książka?
O dziewczynie, która bała się
własnego cienia. O nastolatce zamkniętej w ośrodku dla wariatów, której moc,
jaką dysponuje przeraża wszystkich ludzi na Ziemi. Przebija się przez pancerne
mury gołymi rękoma. Przez betonowe ściany już w ogóle z niesamowitą łatwością; uderzając
pięścią w ziemię, potrafi w ułamku sekundy stworzyć nowy Rów Mariański. Jednym
palcem powala dorosłych facetów na ścianę. Wszystko dlatego, że ma niezwykły
dar.
Julia już nie jest tą samą
wystraszoną dziewczyną. Dołącza do Punktu Omega – przystani dla ludzi o
podobnych zdolnościach – i szykuje się na wojnę z Komitetem Odnowy. Czy
zwycięską?
Mafi posiada niewątpliwie
zdolności zapożyczone z Hogwartu, skoro potrafi tak manipulować uczuciami
czytelnika, podczas gdy jemu nie za bardzo podoba się to, co widzi. Bo to nie
jest najlepsza część. Sądzę, że bardziej nieprzewidywany był „Sekret Julii”
pomimo wewnętrznych monologów bohaterki, lamentu i tęsknoty. „Dar Julii” był równie trzymający w napięciu, ale wydawał się taki… zimny, oschły.
Wyrachowany. Część ta, na pierwszy plan obiera sobie wojnę, przygotowania do walki, ćwiczenia i taktykę. Zero luzu i czasu na uczucia. Z niecierpliwością czekałam na rozwinięcie wątku miłosnego i
naczekałam się pół książki. Sądzę, że ta powieść byłaby lepsza, gdyby spłynęła
na nią odrobina słodyczy. Poprzedni tom właśnie, zaimponował mi takim
wyważeniem, prawie idealnym przedstawieniem całej opowieści: wszystkiego po
trochu, z umiarem i cierpliwie. Tutaj było nierówno i odrobinę gorzko.
Ponad wszystko w tej książce, najbardziej wyrazistym zabiegiem jest metamorfoza głównej postaci. Młodej i silnej
kobiety, można by rzecz: drugiej Żelaznej Damy. Julia jako jedna z niewielu
wybiera coś więcej niż bycie bohaterką – staje się autorytetem, prowadzi wojnę,
wydaje rozkazy. To nie jest już ta postać z innych powieści tego gatunku: ani
Katniss, ani Lena czy Ruby nie posunęły się tak daleko. Wojna i możliwość
władzy zamieniła ją w niemalże dyktatorkę, za co ją podziwiam.
Jestem trochę rozczarowana
zakończeniem – szykować się do wojny przez dwa tomy i zawrzeć ją w zaledwie
paru końcowych rozdziałach. Zdecydowanie zbyt szybko, zdecydowanie zbyt łatwo.
Wątek walki został drastycznie spłycony, a czytelnika, który nieco wolniej
wbija się w tempo narzucone przez Mafi czeka niemałe rozczarowanie – ni stąd,
ni zowąd nadchodzi zakończenie, fanfary, aplauz i wielkie show na zakończenie.
Co jeszcze? Pamiętacie Julię w pierwszym tomie, zamkniętą w jednym z pokoi
Warnera? Wszędzie kamery, tysiące żołnierzy w jednym budynku, dziesiątki na
korytarzu, paru przy jej drzwiach. Byłam zaskoczona posunięciem Mafi – podczas
gdy w budynku przebywali rebelianci, którzy czuli się jak na wakacjach w
pięciogwiazdkowym kurorcie, nie trafili na żadnego z żołnierzy Warnera. Być
może zabronił on im wchodzenia do szatni, do siłowni itd., ale przecież i oni
musieli gdzieś trenować. Wiedzieli bowiem, że wojna – niezależnie po której
stronie będą stać – jest nieunikniona. Nie mogli siedzieć, nie mogli bezczynnie
czekać, wojowników nie zaprogramowano by oglądali sobie kablówkę. Uważam, że
gdyby autorka postawiła na drodze rebeliantów trochę problemów w postaci ludzi
Warnera, całość stałaby się o niebo ciekawsza, ale i przede wszystkim –
bardziej rzeczywista.
Odnoście wątku romantycznego
uczucia mam bardzo mieszane – z jednej strony, jak już wspomniałam – rozkręca
się po długiej przerwie, niecierpliwi czytelnika, a on popada w furię. Autorka
wodzi, trzyma nas na dystans i dopiero po długo wyczekiwanym momencie pojawiają
się fajerwerki. A z drugiej strony jest to całkiem niezły ruch. Bo gdyby nie to wielkie bum, które
spuściło ze mnie powietrze, nie byłabym tak tą książką zachwycona, nie
poczułabym tak wielkiej satysfakcji, że wreszcie się udało, i w ogóle nie
poczułabym nic.
Ta książka płonie. Żar bucha od
niej jak od płonących węgielków i nie ma substancji, która mogłaby ją ugasić.
Ale sama trylogia jest już ogniem i wodą. Raz rwącą rzeką, falą i wodospadem,
a innym razem gorącem dynamizmu, rozgrzanymi mięśniami i ciepłym od wysiłku karkiem.
Polecam ją spragnionym odrobiny liryki w epice – wszystko spod pióra
amerykańskiej autorki jest jednym wielkim cytatem. To trylogia z antyutopią w
tle trochę marną, raczej nazwałabym to fantastyką z domieszką Young Adult, ale!
Ale warto przeczytać, niezależnie od wad wyżej wymienionych – każda książka je
posiada, a te tutaj niczym nie psuły fenomenu Mafi. To książka o woli walki, trudnych zwycięstwach i gorzkich porażkach. To książka o pokonywaniu słabości, pracy nad własnym człowieczeństwem, cudzie drugiej szansy i ludzkich metamorfozach. Ta trylogia to jedna z
lepszych, które przeczytałam w swoim życiu, dlatego serdecznie polecam ją fanom
właśnie takich aspektów jak nadprzyrodzone umiejętności, walka z rządem i
wewnętrzna przemiana bohaterki w silną i zdecydowaną.
"Słowa, myślę sobie są takie
nieprzewidywalne. Żaden pistolet, miecz, armia ani król nie mogą się mierzyć z
potęgą jednego zdania. Miecze mogą ranić i zabijać. Słowa zagnieżdżają się w
naszych ciałach i pasożytują w nich jak robactwo. Niesiemy je ze sobą w
przyszłość, nie mogąc się od nich uwolnić."
Słyszałeś tę historię o
wystraszonej dziewczynie, której dotyk zabija? Jeśli nie – odsyłam do tekstu poświęconego pierwszemu tomowi jej przeszywających perypetii, jeśli jednak dwa
wpisy z rzędu to dla ciebie za dużo zostań tu, usiądź wygodnie, a ja wszystko
Ci opowiem. Ponownie.
Wyobraź sobie ją,
siedemnastoletnią dziewczynę, którą psychol w białym fartuchu przywiózł
furgonetką do budynku i zamknął w jednym z pokoi, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Była przykuta kajdankami do
siedzenia. A potem pasami do krzesła. Rodzice nie płakali, kiedy odchodziła.
Odczuwali ulgę. W odizolowanym pomieszczeniu obcy ludzie podawali jej małe porcje jedzenia, coś na kształt niejadalnych
papek bez kształtu. Błąkała gdzieś w nicości licząc płytkie wdechy,
mrugnięcia, strzykania kości, bazgrząc coś ukradkiem w dzienniku,
który ukradła komuś z personelu długopisem, który również ukradła komuś z personelu. Żyła w świecie nieustających wojen, konfliktów i nieporozumień.
Zabiła, zraniła, odebrała nadzieję. Stała się przeklęta, jej dotyk zabierał siły,
szczęście, energię. W końcu życie. Stała się narzędziem zniszczenia, potworem,
bronią. A teraz walczy by przetrwać. Ponieważ ma niezwykły dar.
„W pewnym momencie możesz spotkać
kogoś, kto będzie dla ciebie doskonały, w najmniejszych molekułach
zaprojektowany by być twoim największym skarbem i źródłem radości. Ta osoba
może albo całkowicie cię uszczęśliwić, albo totalnie zmiażdżyć.”
Tak wygląda cytat, który nie jest
z tej książki, nie dotyczy tej książki i którego nie napisała autorka tej
książki. To jedynie mały kawałek tego, co do niej czuję. „Sekret Julii” to
drugi tom trylogii tak bardzo pięknej, tak bardzo smutnej, przerażającej,
frustrującej, gorszącej, delikatnej, motywującej. „Sekret…” jest idealną
kwintesencją tego na co stać Tahareh Mafi. Jest zdecydowanie lepsza od tomu
pierwszego – i objętość i większe doświadczenie sprawiły, że autorka popuściła
wodze wyobraźni i zabrała mnie na rollercoaster wrażeń, oraz bogatsza i
bardziej intensywna w emocje, namiętne chwile i rozterki od tomu
trzeciego. To jakby idealne wyśrodkowanie, jednak nadal niezbyt perfekcyjne.
Zaczynając od wad, wymieniłabym pewien aspekt narracji. Ten tom nie
przedstawia nam jeszcze pełnego zarysu przemiany bohaterki, dlatego nadal
zachowuje się ona niezbyt ciekawie, wahając się ciągle, płacząc (tak, przede
wszystkim płacząc), użalając się nad sobą i wiecznie gadając o uczuciach. O ile
właśnie w trzecim tomie takich uczuć było zbyt mało, tutaj była powódź, z której nikt
nie śmiał mnie uratować, nawet podwinąć nogawek nie raczył. To było denerwujące,
ale jestem doskonale przekonana, że właśnie taki zamysł miała autorka, która po
moich obserwacjach wykazuje ponadprzeciętne umiejętności w pisaniu właśnie takich monologów,
które wywołują czasem u czytelnika politowanie, nadal jednak wyglądając przepięknie.
Przykład? Nie ma sprawy.
„Teraz jest mi o wiele ciężej.
Tak okropnie ciężko jest mi pogodzić się z lodowatą pustką wokół siebie, kiedy
już zaznałam tamtego żaru, niecierpliwości, czułości i namiętności, tego
niewiarygodnego uczucia ulgi, że można dotknąć innej żywej istoty. To
poniżające.”
Może nie wygląda to tak denerwująco, jak opisałam wyżej, ale spróbuj przeczytać sobie trzy strony z rzędu pisania o tym samym uczuciu do chłopaka i wstrzymaj się przed nudnościami.
To jest cały sekret, moi drodzy.
Tahereh Mafi nie tworzy skomplikowanej fabuły, nie wybiera się z motyką na
słońce, nie przeplata, nie kręci, zawija, nie utrudnia, ba, ona wybiera skazany
na sukces trójkąt miłosny, antyutopijne tło powieści, dwóch idealnych chłopców,
jedną zagubioną dziewczynę. A jednak jest tu coś, co te książkę mimo banalnych
elementów rozsławiło na świat cały. I oto kolejna niespodzianka.
Jest to język autorki.
Mogłabym wam skopiować zawartość
internetowego słownika synonimów słowa „wspaniałe”, ale i tak nie oddałabym
piękna i głębi tych wypowiedzi.
Nie mogę przecież odpuścić sobie
napisania takich smaczków jak ten:
„Bo czasem, kiedy gniew się
wykrwawia i zostaje już tylko ból w żołądku, przyglądam się światu i się
zastanawiam, w którą stronę zmierzamy. Co się stało z ludźmi. Myślę o nadziei i
o tych wszystkich być może, możliwe, o szansach i wyborach. Myślę o szklankach
do połowy pełnych i okularach, w których wszystko widać wyraźnie. Myślę o poświęceniach.
I kompromisach. O tym, co się stanie, jeśli nikt nie będzie się bronił. Myślę o
świecie, w którym nikt nie przeciwstawia się niesprawiedliwości.
I przychodzi mi do głowy, że może
oni jednak mają rację.
Że może już pora walczyć.”
I ten:
„Mój nowy świat jest wykuty w spiżu,
zapieczętowany srebrem, przesiąknięty wonią kamienia i stali. Powietrze jest
lodowate, maty do ćwiczeń są pomarańczowe, światła i przełączniki brzęczą i
błyskają jaskrawą, neonową elektroniką i elektrycznością. Wszędzie panuje tłok.
Tłoczą się ciała, mnożą się korytarze nafaszerowane szeptami, krzykami, tupotem
biegnących stóp i odgłosem kroków stawianych w zamyśleniu.”
I owszem, Mafi nie porusza
tematów niezwykle trudnych. Pisze dla młodzieży, lekko, finezyjnie wręcz, jednak zmusza czytelnika do pochylenia się nad każdym zdaniem, liźnięcia jego powłoki
i w końcu ugryzienia głębszego sensu i posmakowania ideałów.
„Samotność to dziwna rzecz. Zakrada się cicho i
niepostrzeżenie. Siada obok ciebie w ciemności. Głaszcze cię po włosach, kiedy
śpisz. Owija się wokół twojego ciała i zaciska się tak mocno, że brakuje ci
tchu, że zamiera twój puls, choć krew płynie coraz szybciej. Dotyka ustami
miękkich włosków na twoim karku. Zostawia kłamstwa w twoim sercu, kładzie się w
nocy w twoim łóżku, wysysa światło z każdego kąta. Nie odstępuje cię na krok,
kurczowo trzyma cię za rękę tylko po to, żeby jednym szarpnięciem pociągnąć cię
w dół, kiedy usiłujesz się podnieść. (...) A kiedy sądzisz, że jesteś gotów
odejść, że jesteś gotów się uwolnić, zacząć od nowa, samotność jak stary
znajomy staje obok twojego odbicia w lustrze i patrząc ci prosto w oczy, mówi:
no dalej, spróbuj przeżyć życie beze mnie. Nie znajdujesz słów, żeby bronić się
przed samym sobą, przed głosem, który powtarza, że nie jesteś wystarczająca
dobry nigdy nigdy nigdy nie będziesz wystarczająco dobry.
Samotność to zgorzkniały, żałosny
towarzysz.
Zdarza się, że po prostu nie
odpuści.”
To nie jest książka doskonała,
zdaję sobie z tego sprawę, ale ma w sobie ten błysk, ten świeży powiew, który
otwiera oczy i przemawia tak udanie, że jeśli napisaliby tam o benzynie
wywołującej super moce, zapewne łyknęłabym kieliszeczek albo dwa. Książki Tahereh Mafi mają drobne i denerwujące
mankamenty – za mało tego, ciut za dużo tamtego – ale mimo wszystko są to
książki inne. Książki, które się spija jednym haustem, nad którymi trzeba
zebrać myśli, którym trzeba bezgranicznie się oddać. Ja jestem przerażona.
Przerażona tym, że każdy tom czytałam po dwa razy i za każdym z nich zaznaczam dwadzieścia
innych cytatów, na które do tej pory nie zwróciłam uwagi. Ktoś kiedyś
powiedział, że poezję za każdym razem odkrywa się na nowo, że warto odczekać
jakiś czas by potem do utworu powrócić i zrozumieć go inaczej. Ja tak odbieram „Sekret
Julii” i pozostałe części. Zastanawiam się, dlaczego Tahereh Mafi nie pisze poezji, a może pisze i jeśli tak to dlaczego nie publikuje, dlaczego napisała tylko o Julii, skoro jej historia o banalnych schematach doczekała się takiego rozgłosu. Słusznego rozgłosu. Każda kartka jest wymowna, każde słowo daje poczucie orzeźwienia i bez krztyny wyrozumiałości turbuje moje wnętrzności tą chorą szczerością dotyczącą świata, całego brudu i dwulicowości.
Chylę czoła.
„Wiedziałam, że słowa mogą ranić,
ale nie wiedziałam, że mogą zabić.”
W takim razie powinnaś wcześniej przeczytać tę trylogię, Julka.
Jestem oczarowana. Po raz
kolejny, po raz kolejny zaniemówiłam. Kocham tę książkę. Kocham każdą jej
stronicę, każde przekreślone, niewypowiedziane słowo. Kocham jej intymność, bijący
od niej smutek, czuję depresyjność, potrzebę rozmowy, dotyku, zrozumienia.
Kocham okładkę, która w żadnym stopniu nie nawiązuje do książki, jedynie litery
tytułu; popękane, okaleczone, roztrzaskane. Zupełnie jak moje serce.
Wszystko krąży wokół Julii,
tytułowej bohaterki, siedemnastoletniej Julii Ferras i wokół tego co robi i
wokół tego, kim jest. Jest dziewczyną odrzuconą przez rodzinę, znienawidzoną,
zapomnianą. 264 to liczba dni spędzonych w zamknięciu. To czas odosobnienia.
6336 godzin to cyfry dzielące ją od ostatniego dotyku innego człowieka. W
głowie szumi jej od przykrych wspomnień: obrazów rodziców pozbywających się jej
z domu, przekleństw kierowanych w jej stronę, i kamieni z rąk rówieśników i ich
celnych oczu. Komitet Odnowy wysłał ją do psychiatryka i tam już pozostała, z
dnia na dzień gasnąc i usychając. Towarzystwa dotrzymuje jej jedynie wkład od
długopisu, kradziony notatnik i – od pewnego czasu on. Adam, jej nowy współwięzień
współlokator, który czy tego chce czy nie, życie jej obróci do góry nogami.
Tytułowy dotyk to jej osobiste
przekleństwo. Broń pożądana przez armie i znienawidzona przez społeczeństwo.
Nikt nie wie, dlaczego ma on tak silny wpływ na człowieka. „Wysysa” on dobre
samopoczucie, siły witalne, później zdrowie. Do momentu ostatniego uderzenia
serca. Julia jest maszyną niosącą śmierć przez dotyk, a najgorszy w tym
wszystkim jest fakt – że sprawia to, iż ona rośnie w siły i czuje się lepiej.
Dlatego jej niechęć do dotyku sprawia, że obserwujemy istotę słabą, kruchą jak
szkło, gałązkę łatwą do złamania. Śledzimy jej przypuszczenia, filozoficzne
myśli, poetycko i zaskakująco dobrze ujęte rzeczy, których istnienie jest nas
jest codziennością – dla niej, obrazem niezwykle cennym.
"Za oknem słońce wpada
do oceanu, rozchlapując na wodzie brązowe, czerwone, żółte i pomarańczowe
plamy. Milion liści ze stu różnych gałęzi zrywa się, trzepocząc obietnicą lotu.
To słowa rzucone na wiatr. Podmuch łapie ich zwiędłe skrzydła tylko po to, żeby
siłą ściągnąć je na ziemię i porzucić zapomniane. Depczą po nich
stacjonujący tu żołnierze."
Tahereh Mafi imponuje mi swoją
wrażliwością. Zmysłem obserwacji rzeczy normalnych, tak jak na powyższym
cytacie, i przekształceniu ich w dzieło sztuki. Ta powieść jest jednym wielkim
cytatem. Wystarczy otworzyć losową kartkę, przeczytać pierwsze zdanie i
bezwładnie dać się porwać. Tahereh Mafi jest mistrzynią porównań, epitetów,
uosobień. Zdania spod jej pióra emanują życiem, są jak myśli wyrwane z
szufladek naszego mózgu, zakamuflowane i zgubione, o których istnieniu zupełnie
zapomnieliśmy. Tahereh Mafi powraca je do życia, oblekając poetyckim językiem, delikatnym,
pięknym w swojej prostocie, a jednocześnie zdobionym i idealnie wyważonym.
Dźwięcznym jak muzyka. Raz po raz zadajemy sobie pytanie: „Jak to możliwe, że
ja na taką myśl nigdy nie wpadłem/wpadłam?”. No właśnie. Tahereh Mafi budzi w
nas instynkty obserwacji, dzięki niej czuję się bardziej wyczulona na
otaczającą mnie rzeczywistość, faunę, florę i wszystko, co kiedyś – w
przyszłości, może przestać istnieć.
Nie dało się również nie zauważyć
przekreśleń. Te osobliwe dodatki ukazują Julię, jako osobę sprzeczną i pełną
kontrastów. Nie chcącą nikogo dotknąć a jednocześnie pragnącą poczuć ciepło
bijącego obok ciała. Sprawiają one, że książka ta, dzięki również narracji
pierwszoosobowej, nabiera charakteru dziennika pełnego zwierzeń, zatrzymanych
chwil, momentów, przemyśleń. Pragnę myśleć tak jak ona.
Nie jest to antyutopia idealna,
nie chcę więc jej zbyt przechwalić. Główny motyw – miłość. Gdyby go tak usunąć,
i język autorki nieco znormalizować, dostalibyśmy opowiadanko o bardzo
brutalnym świecie, ludzi dążących do jego naprawy (a tak naprawdę jeszcze
bardziej go niszczących) o objętości zeszytu szesnastokartowego dla dzieci z
podstawówki. Nie mówię teraz, że to książka zła, lecz w porównaniu do innych z
tego gatunku – motyw świata zdecydowanie nierozwinięty. Więc nie spodziewajcie
się po niej opisów jak z „Czasu Żniw” lub „Igrzysk Śmierci”. To taka miłostka,
to właśnie miłość gra pierwsze skrzypce, a antyutopia to tylko dobre tło.
"Jego oczy przesuwają się po moim
ciele. Ich powolny ruch sprawia, że łomocze mi serce. Chwytam płatki róż, kiedy
opadają z moich policzków, płyną wokół mego ciała, okrywając mnie czymś, co w
dotyku przypomina brak odwagi."
„Dotyk Julii” jest powieścią
zdecydowanie urzekającą. Skłaniającą do refleksji młodzieżówką, po której
przeczytaniu można czuć się nieswojo i wyobcowanie. Po której przeczytaniu
zupełnie inaczej spogląda się na świat, inaczej odbiera się uczucia, będąc
wyczulonym na smutek, pragnienie akceptacji i lepszego życia. „Dotyk Julii” to
nie tylko pierwsza z brzegu powieść z obłędną oprawą graficzną. Owszem –
zachęca, intryguje, wydaje się krucha i delikatna, pomimo tego że jej zawartość
skrywa grozę i brutalność antyutopijnego świata. „Dotyk Julii” to przede
wszystkim opowieść o dziewczynie, która wbrew światu, który się od niej
odwrócił, odnalazła przyjaźń, odnalazła schronienie, i w końcu odnalazła
miłość.
Historia Julii już od pierwszego
zdania wprawia nas w zaintrygowanie i magnetyczną mocą przyciąga do lektury.
Historia Julii to tak zgrabnie napisana powieść, że ciężko nie zakochać się w
tych niemal paranoicznych, a zarazem melodyjnych i pięknych monologach czy
opisach. Historia Julii uczy nas wielu rzeczy. Zdecydowania i determinacji.
Abyśmy nie podporządkowywali się wymaganiom postawionym przez otoczenie. Nie
pozwalali sobą manipulować. Żebyśmy słuchali głosu serca. Szanowali nawet tych,
którzy sprawili nam ból.