17 mar 2017

Klątwa trzecich tomów


Wezwanie | Klucz Niebios | Reguły Gry


Ciężka do zidentyfikowania, niemalże niemożliwa do namierzenia. Pojawia się znikąd. Przychodzi dość często, choć zdarzają się momenty, kiedy w ogóle jej nie widać. Jest dość kapryśna. Nikt nie wie, kiedy zaatakuje... Klątwa trzecich tomów – brak na nią recepty, lekarstwa, brakuje także środków przeciwbólowych, dla osoby, która jej doświadczy.

Nic nie boli przecież tak jak zmarnowana seria czy trylogia.

Nadeszła końcowa faza Endgame – pozostali najsilniejsi i najsprytniejsi. Klucz Niebios i Klucz Ziemi odnaleziono, teraz pozostaje jeszcze tylko: Klucz Słońca. Pozostała szósta graczy, ale tylko jeden z nich gra by wygrać. Reszta stanęła po stronie śmierci lub życia i dąży do przerwania rozgrywki. Ustalają własne reguły, wierzą w inny koniec, walczą dla innego plemienia. Jednak łączy ich jedno: są gotowi by umrzeć, by osiągnąć zamierzone cele. Zwycięzca będzie tylko jeden.

Jak jest?
Jest dziwnie.
Jak bardzo zdziwiona jestem „Regułami Gry”, nie potrafię opisać. Jamesa Freya traktowałam dotychczas jako człowieka, na którym nie można się zawieść – oba poprzednie tomy były wręcz nie z tej ziemi, a „Milion małych kawałków” jakiś czas temu zdążyłam uznać za jedną z lepszych książek, jakie kiedykolwiek przyszło mi czytać. „Reguły gry” od początku wydawały się odstawać… nie tylko okładką i o połowę węższą szerokością grzbietu, nie pochłonęły mnie tak bardzo, mimo, że działo się dość sporo. To była specyficzna lektura. Z jednej strony działo się mnóstwo rzeczy, akcja nie zwalniała tempa, jednak z drugiej – nie potrafiła ona tak zaintrygować, pochłonąć. 


A mimo to, wydaje mi się, że uniwersum nadal jest mocne. Zagadkowe, mistyczne - cała trylogia to pasmo zaskakujących zwrotów akcji i wydarzeń, które zadziwiają. Pomysłem, wartością, poprowadzeniem fabuły, różnorodnością bohaterów i przede wszystkim: zbadaniem poszczególnych plemion i osadzeniu ich w realiach świata przedstawionego. Nadal jestem pod wrażeniem tej interaktywnej książki pełnej linków do filmów, artykułów, poszczególnych stron, które wypełnione są zagadkami. To magia.
Recenzja napisała we współpracy z wydawcą.
Czytaj dalej

9 mar 2017

Wszystko, co chcecie wiedzieć o Anglii i brytyjskiej odmianie angielskiego


Jestem wyznawczynią religii wytrwałości. Wierzę, że konsekwentność może zdziałać cuda. Wierzę, że wszystko polega bardziej na determinacji niż na talencie. Wierzę w ciężką pracę. W czynność, która ma prawo być nazywana pracą wtedy, gdy poświęcamy się jej całkowicie; gdy drobne elementy codziennej „małej walki”, z biegiem czasu składać się będą na ogromny sukces i trwały, solidny obszar wiedzy. Dlatego tak bardzo staram się urozmaicać sobie sposoby przyswajania tej wiedzy – wiem, że kiedy zacznę nad czymś pracować, wiem, że albo opanuję to w 100% albo nie panuje wcale. Dlatego każdego dnia szukam sposobów na angielski. Pisałam kiedyś, jak w ogóle zacząć czytanie po angielsku pełna obaw i wątpliwości czy można, obecnie wszystkie filmy, które oglądam są w języku angielskim, podobnie jak kilka książek, które udało mi się zdobyć.

Nie rozumiem wszystkiego, ale notuję słowa, czytam na głos, słucham siebie i audiobooków, uczę się rozumienia, przyglądam się szykom zdań. W przypadku filmów, czuję się jak na sprawdzianie ze słuchania, w przypadku książek: z czytania ze zrozumieniem, a w przypadku magazynów – z poprawnej wymowy. Brytyjskiej wymowy. Wydawnictwo Colorful Media najnowszy magazyn English Matters (nr 63/2017) i wydanie specjalne poświęciło właśnie sprawie brytyjskiej wymowy (nr 21/2017). Mamy podstawowy egzemplarz „England. The Animal Kingdom”, w którym króluje społeczność, cała mentalność Wielkiej Brytanii. Filmy, zwierzęta, śniadania w iście angielskim stylu. W między czasie masa żargonu i słownictwa, idiomy, porady, słownictwo z piosenek – tym razem: „When We Were Young” Adele. Specjalne miejsce należy także poświęcić wydaniu specjalnemu EM – „I British English”, dotyczącym w zupełności brytyjskiej odmiany języka angielskiego, który oczarował mnie zupełnie. Szlacheckie niuanse w zachowaniu brytyjskiej arystokracji, zmiany w języku, Sherlock, rodzina królewska, bastiony i twierdze, język na ekranie kin i wiele innych tematów – jednym słowem: UK – bardzo, bardzo wnikliwie potraktowane.



Tak wiele razy pisałam, że magazyny od Colorful Media nie są dla tych, którzy język angielski znają. Owszem, nie zabrania się im ich czytać, lecz głównym adresatem są ludzie, którzy pragną wiedzy i szukają sposobu, by ją zdobyć. Dlatego dziwię się za każdym razem, gdy piszecie mi, że Wasza znajomość języka nie jest na dostatecznym poziomie, by zacząć czytać – to błąd, bo im wcześniej zaczniecie, tym wcześniej zrozumiecie, że EM to coś zupełnie dla Was. Nie martwcie się: słownictwo, wszelkie pomoce i koła ratunkowe są tuż obok artykułu – niezależnie od tego ile wiesz, lub ile masz lat: nigdy nie jest za późno by zacząć inwestować w przyszłość z Colorful Media.
Czytaj dalej

24 lut 2017

Czarny klucz


Klejnot | Biała róża | Czarny klucz
To koniec. Nie taki, jakiego oczekiwałam, ale nie taki też, który zawiódłby mnie całkowicie. To neutralne zakończenie trylogii, która także budzi we mnie uczucia ambiwalentne – początek jej świetny, ale koniec… no właśnie. Dzisiaj więc o zwieńczeniu trylogii dotyczącej surogatek, podsumowaniu sławnego „Klejnotu”, dzisiaj o końcu, dzisiaj trochę o „Czarnym Kluczu” Amy Ewing.
Od niepamiętnych czasów mieszkańcy zewnętrznych Kręgów samotnego miasta służyli rządzącym w Klejnocie arystokratom. Ale oto nadchodzi czas pomsty i wyrównania rachunków. Sprzysiężenie Czarnego Klucza przygotowuje się do przejęcia władzy. Violet znajduje się w samym środku rebelii, ale konflikt z arystokracją ma dla niej również wymiar osobisty. Jej młodsza siostra, Hazel, została porwana przez Diuszesę Jeziora. Teraz Violet, która tak wiele ryzykowała, by umknąć z Klejnotu, będzie musiała użyć całej swej mocy, by tam powrócić i ocalić nie tylko swoją siostrę, ale również całe Samotne Miasto.
Wyczekiwałam tej powieści. Po skończeniu „Białej róży” dokładnie rok temu, czułam, że nie wytrzymam, że ciężko będzie uporać się, wygrać z intrygą, jaka towarzyszyła mi po lekturze bezustannie. Bo „Klejnot” był świetny, niegdyś porównywałam go do „Rywalek”, jednak okazało się to błędem  – był on zdecydowanie lepszy – bo nie posiadał trójkątów miłosnych, toksycznej rywalizacji i zawiści innych konkurentek. I o ile dobrze wspominam pierwszy tom, to drugi pokochałam jeszcze bardziej. „Biała róża” wniosła żywiołowość, rozjaśniła wiele spraw i ogrom furtek otworzyła. Jak jest z „Czarnym kluczem”? Nijak, niestety. Jest przeciętnie, niczym nie wyróżniła się ta powieść na tle swoich poprzedniczek, nie ma mowy o totalnym dnie, ale czytanie jej nie sprawiało mi przyjemności, nie wciągnęło, nie zaintrygowało. Przynajmniej początek, później – co prawda – było tylko lepiej, ale to też nie jest nic wielkiego. Nie mówimy o wysokim poziomie, ale nie ma także katastrofy – jedynie mała porażka na tle dwóch wcześniejszych tomów, na tle reszty: całkiem neutralnie, czytałam gorsze rzeczy.

Dużo dowiadujemy się na temat Augurii i jest to ratująca zaleta. Autorka brnie w interesujące czytelnika tematy tak, jak nie było tego w pierwszym tomie, co w końcu zaspokaja ciekawość czytelnika, a całość w końcu nabiera sensu i zaczyna się "rozmowa" na właściwy książce temat... nie jakieś poboczne wątki; teraz Augurie w końcu mają swoją książkę.

Nie wiem o czym mogłabym jeszcze pisać, bo o książkach neutralnych pisze się najtrudniej; nie można kompletnie tego zrównać z ziemią, ale i polecić nie wypada. Mogło być lepiej, ale nie było najgorszej, mogłabym Was namawiać do lektury, ale wiem, że istnieją tysiące książek, które zasługują na te kilka dni poświęconego czasu bardziej, niż lektura spod pióra Amy Ewing. Jest mi przykro i nie ukrywam tego: nastawiłam się na zakończenie spektakularne, fajerwerki tak mocne, że pamięta się jeszcze długo czas po skończeniu. Tutaj? Czytanie było trudną, niekończącą się wędrówką, a zakończenie trylogii mocno rozczarowujące. Niemniej jednak „Klejnot” był fantastyczny a „Biała róża” świetna, więc może warto zakończyć już historię surogatek na tomie drugim, traktując ją osobiście jako jedynie duologię.
Recenzja we współpracy z wydawcą.
Czytaj dalej

31 sty 2017

Angielski! Skup się na mówieniu


Nowy rok, nowe plany, nowe postanowienia. Jeśli postawiliście na pracę nad angielskim, to mam dla Was coś super!

BIG BEN - The Legendary Landmark



Jest dobrze: jak używać czasowników złożonych, trochę o modzie, tańcu, muzyce. Artykuł dotyczący budżetu domowego, wywiad z poliglotką, która opowiada o jej drodze do nauki języków obcych. Jest tutaj także niezwykle ciekawy artykuł Divided Europe, czyli Brexit w liczbach czy opiniach sławnych Brytyjczyków i nie tylko. Big Ben! Koniecznie sięgnij, jeśli chcesz dowiedzieć o tej ogromnej wieży zegarowej! Dużo liczb, mnóstwo ciekawostek, nieznane ludziom fakty! 

Focus on Speaking


W najnowszym wydaniu specjalnym dowiemy się, jak nie bać się mówić po angielsku i jak odzwyczaić się od tego strachu na zawsze. Masa nowych słów, wywiad z nauczycielką angielskiego, która opowiada o typowych błędach, popełnianych przez Polaków. Ciąg dalszy o języku: Breaking the Barriers o łamaniu barier, rzecz jasna; kulturze języka angielskiego, udoskonalanie wymowy dzięki aplikacjom na telefon czy przełamywanie lodów w rozmowie z osobą, którą nam się podoba. I idiomy! Kto wie, czy ten numer nie jest moim ulubionym, najlepszych jaki dotychczas czytałam.

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.