19 sie 2015

"Endgame oznacza śmierć"


Wezwanie | Klucz Niebios

Siedzę. Wertuję. Oglądam. I po raz kolejny – przepadam.

"Endgame" tworzą wielkie rzeczy. To gra od Google na urządzenia mobilne w trybie rzeczywistości rozszerzonej. To seria filmów która wyprodukowana zostanie przez 21st Century FOX. To coś, co łączy media społecznościowe, YouTube, telefony, internet z jednym, ponadczasowym i ponad wszelką technologią rdzeniem: literaturą. To trzy powieści, trzydzieści opowiadań, trzy filmy. Każda z książek to seria zagadek, zagadek, doprowadzających do klucza, który otworzy skrytkę z wielkim hajsem. Pięćset tysięcy dolarów. Drugi tom – milion, a trzeci, półtora miliona dolarów. W złocie.

A ja przepadam raz jeszcze.

Nie dlatego, że mam zamiar zgarnąć Wam wszystkie pieniądze, co złego to nie ja! Dlatego, że sam pomysł jest – jak dla mnie – przełomowy. Komercyjny też, swoją drogą, ale na razie skupmy się na superlatywach. A jest co wymieniać.

Zarys fabuły jest, rzecz jasna, iście amerykański. Dwanaście meteorytów uderza w różne miasta: Nowy Jork między innymi, Addis Abeba, stolica Etiopii a nawet jeden niedaleko Warszawy. Reakcja świata? Zupełnie przewidywalna. Reakcja dwunastki nastolatków już niezupełnie. To potomkowie pradawnych cywilizacji, wyszkoleni zabójcy w wieku od lat trzynastu do dziewiętnastu, którzy od urodzenia czekali na ten dzień. Na Wezwanie. To czas walki na arenie całego świata, w imię własnej cywilizacji i dla własnej cywilizacji – wygrana zapewnia przetrwanie w chaosie przyszłości, bóg wie czym w zasadzie, enigmatycznym końcu ludzkości, który owiany jest tajemnicą. Wszystko to pachnie zupełnie jak "Igrzyska Śmierci", ale samo konsumowanie jest czymś zupełnie innym. To doświadczenie całkowicie absurdalne i niespotykane, bo rozgrywające się w realiach świata, w którym żyjemy, przerażające zatem i fascynujące jednocześnie.

"Endgame" jest książką napisaną z rozmachem, zdecydowanie. Pisaną dla oklasku, skazaną na podziw i  komentarze pełne uniesień. I ja im to daję. Daję, ponieważ mam totalnego hopla na punkcie historii, starożytnych budowli i pradawnych cywilizacji. A tego akurat jest sporo (co prawda nie wiem na ile to wiarygodne, ale przecież nikt nie musi wiedzieć). Sporo jest również bohaterów, których imiona są nie do zapamiętania i nie do wypowiedzenia. Warto więc na stronie 92 włożyć sobie zakładkę, ponieważ nazwy to najbardziej problematyczna cecha książki, z biegiem czasu oczywiście coraz łatwiej, ale początki mieliśmy niezbyt udane.

Gwarantuję Wam też sympatię od pierwszego przeczytania. Tutaj albo się kogoś lubi od początku do końca, albo nienawidzi. Rywalizacja mimo wszystko jest nieco bardziej drapieżna od "Rywalek" (sic!), ale tu też są romanse, podstawianie nóg czy raczej łamanie, trochę strzelanin i walki na gołe pięści. Jest podstępna technologia, są chipy namierzające, sojusze, góra złota i kamuflaże. Przygodami niektórych bohaterów byłam tak zaabsorbowana, że gdy ich wątek był na moment w zawieszeniu – przerzucałam kartki i czytałam do przodu. Uwielbiałam ich. Zwrotów akcji jest tak dużo, że w pewnym momencie można mieć już dość. Sama powieść zaczyna się z przytupem, niestety potem na wznowienie wartkiej treści trzeba chwilę poczekać. To nie jest czekanie nużące, bo zrównoważone przedstawieniem bohaterów, dość specyficznym klimatem, jednak dopiero za jakiś czas, wszystko biegnie w opętańczym biegu, serce łomocze, policzki płoną a temperatura czterdziestu stopni Celsjusza za oknem wydaje się w tym momencie prześmiewczo niska.

James Frey to jednak geniusz. Wyczuwam go w niewyjustowanych akapitach, w jego stylu, manii minimalizmu, ale jakże zasobnych w informacje i poruszających wyobraźnię opisach. Frey i Johnson-Shelton stworzyli własne "Igrzyska Śmierci", tylko tysiąc razy bardziej niepokojące, bo obsadzone w realiach ludzkich. To powieść z dawką opisów starożytnych budowli, powieść w gruncie rzeczy oparta na rywalizacji, w której też zdarzają się przebłyski przyjaźni albo nawet i sama miłość, sprawiające, że książka wywołuje jeszcze więcej nowych, sprzecznych i pełnych frustracji uczuć. "Endgame" trzyma w niegasnącym napięciu i wbija w fotel. "Endgame" niepokoi, zaskakuje i intryguje, ale przede wszystkim, "Endgame" dostarcza należytą dawkę emocji, którą zaspokoić może tylko lektura kolejnego tomu.
Za cudowną przygodę dziękuję wydawcy!
Obsługiwane przez usługę Blogger.