22 lut 2016

Obudź w sobie żywioł


Zagłębiłam się nieco w tajniki astrologii. Nic poważnego i niezbyt głęboko – czysta ciekawość, chęć ruszenia przeglądarki do czegoś innego niż Facebook, wrodzona możność sprawdzania znaków zodiakalnych i analogicznie: osobowości nowo poznanych osób, idoli, wzorów godnych naśladowania. I przeczytałam tam właśnie, coby dwanaście znaków zodiaku było pogrupowane w czterech podstawowych żywiołach, bez których nic nie byłoby możliwe. A więc: powietrze, ogień, woda i ziemia. I muszę przyznać – dziwi mnie fakt, że to jedna największych tajemnic wszechświata, bo wcale nie wygląda to jak zagadka badana już od czasów greckich filozofów, stanowiąca niezwykle ważny element istnienia, owiana tajemnicą i eteryczną, oniryczną niemal aurą. Przecież w W.I.T.C.H. wszystko było jasne. Wszystko było proste. Jako kilkuletnia dziewczynka wiedziałam, że żywioły współpracują w harmonii. Lubiłam tupnąć nogą i krzyknąć razem z bohaterkami serialu: "woda! powietrze!",  choć, z tego co podpowiedział mi Internet obecnie, żaden z nich nie ma widocznej przewagi w przyrodzie – w człowieku, owszem. Dominuje jeden, który wpływa na cechy, określa osobowość.

Teraz żywioły powróciły.

Wciąż powracają. Głównie jako "destrukcyjne", "niszczycielskie". Jako zagrożenie dla ludzkości, dziesiąta plaga egipska, największa z możliwych karm. Boimy się pożaru. Trzęsienia ziemi, trąby powietrznej, powodzi. Żywioły są w stanie spędzić sen z powiek, stać się złym koszmarem, a najgorsze jest to, że nie mamy na to wpływu, nic się nie da zrobić. Jednak, hej, już wszystko dobrze. Niczego nie musimy się bać. Jeśli nie my – inni. Inni to mogą wykorzystać. Siłą woli zamienić się w wodę, w ułamku sekundy podzielić ziemię na dwa – ich siłę nazywamy Auguriami. To dziewczęta zwykle mają szczęście do jej posiadania, jednak na początku życia w Magazynach pożytkują to w sposób nieco odmienny – uczą je tam nędznej namiastki. Jak sprawić żeby roślinka urosła, jak zmienić kolor włosów. Później każda z nich zostaje zlicytowana i trafia do rodziny, której musi urodzić dziecko. Staje się surogatką, która musi sprawić, by potomek był tak wyjątkowy, jak tylko to możliwe. Jeśli tak się nie stanie, Diuszesa dobrze wie, jak tę dziewczynę ukarać.

Violet Lasting ucieka. Żywiołowa z niej dziewczyna. Wznieca bunt surogatek, pomaga im się wydostać, ratuje życia, bo – gwoli jasności – takie jak onne podczas porodu umierają. Razem z dwójką przyjaciół udają się w miejsce, gdzie Augurie czują się najlepiej – Biała Róża pozwoli wyswobodzić się z klatek Arystokracji, pomoże obudzić w sobie żywioł i przerwać wyzysk, na jaki pozwala sobie mieszczaństwo.

"Biała Róża" nie jest tym samym, co "Klejnot" Amy Ewing. Drugi tom nawet formę ma znacznie inną. Żywiołową. Jest niekończącą się ucieczką, wędrówką bez oglądania się – głównych bohaterów goni nie tylko rozgniewana właścicielka Violet, ale i całe miasto – list gończy i rozpowszechnienie wizerunku Asha nie dają spokoju trójce przyjaciół. Piątce, w zasadzie. Oprócz pary zakochanych i Raven, bez wytchnienia niemal dąży za nimi Garnet i Lucien, bardzo wysoko zasiadające osobistości, jedyne z nielicznych, które odwróciły się i spiskują za plecami Arystokracji. "Biała Róża" bardzo dokładnie przybliży nam te dwójkę mężczyzn właśnie, Garneta szczególnie, który w "Klejnocie" pełnił funkcję tła: intrygował, ciekawił, zapewniał rozrywkę, a teraz, w tomie drugim, ma do powiedzenia znacznie więcej. A jednak tom pierwszy pozostawił lepszy smak po jego lekturze. Inne wrażenie, oddźwięk pełniejszy. "Klejnot" skończył się idealnie, "Biała Róża" wydaje mi się urwana, "Klejnot" delikatnie wprowadzał, był ogromnie wysublimowany, ale miał tę zaciętość i potrafił mocno zaskoczyć – tutaj nie ma chwili na odpoczynek, bez przerwy dzieje się coś mniej lub bardziej spodziewanego sprawiając, że granice między spokojem a nie spokojem zacierają się, nakładają jak płyty tektoniczne i zlewają w jedną, mdławą całość. Elementy zaczerpnięte z innych książek powtarzają się nadal – i jest to właśnie ta cecha, która nie zmienia się z tomu na tom w ogóle – czuć niestety dokoła mgiełkę "Igrzysk Śmierci" przede wszystkim. Młodsza siostra bohaterki w niebezpieczeństwie, zła sytuacja materialna, charakterystyczny wjazd do Pałacu łudząco podobny do tego, który wykreowała Suzanne Collins – podobieństw można by dopatrzyć się od groma, ale podczas czytania nic kompulsywnego nie przychodzi. Należy się poważnie zastanowić, żeby wyłapać, porównać – zbieżność nie jest nachalna, zanika z biegiem czasu, ale posmak w ustach gorzki pozostaje.

W końcu dotykamy wątku Augurii i wiele rzeczy nabiera sensu. Amy Ewing postanowiła skupić się na mocy, zrobiła to według mnie w momencie mocno odpowiednim – zmęczony podróżą nie tylko bohater książki, ale i czytelnik zostaje niespodziewanie obdarowany uchyleniem rąbka tajemnicy i uczucie znużenia, mnie towarzyszące właśnie w książkach rozgrywających się z punktu A do punktu B, bez powrotnie minie. Niewątpliwie ciężko było mi przypomnieć sobie na czym pierwszy tom się skończył, co i dlaczego dzieje się teraz, i mimo, że autorka usilnie próbowała na wstępie co nieco z "Klejnotu" przybliżyć – nie udało się to, musiałam sięgać po "Klejnot" i kartkować książkę w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania i niedopowiedzenia. Na wstępie może również pojawił się nieprzyjemne uczucie zaskoczenia, bo 1) nagle Violet jakoś ogłupiała 2) jej miłość do Asha była surrealistycznie śmieszna 3) dialogi leżały i kwiczały, całość zesztywniała i najlepiej byłoby w sumie tę książkę odłożyć. Ale, dozgonna wdzięczność za to, rozbujało się wszystko dość szybko, a Ewing, co można było zauważyć gołym okiem, wprawnie wróciła do płynnej narracji, którą kojarzymy z"Klejnotu". Czyli nie było tak źle.

Grzechem byłoby zapewne ominięcie zakończeń, w zasadzie obu książek, które były zdecydowanie najmocniejszą ich częścią. I o ile w "Klejnocie" przeraziłam się na śmierć, to w "Białej Róży" zaobserwowałam coś podobnego – ktoś uprzedził mnie, że będzie moc, ale to, co wyniknęło pozamiatało wszystko. Mimo to, Amy Ewing nie jest kimś, kto podbiłby moje serce na lata, nie jest to pisarka, o której będę opowiadać wnukom i której książki będą czytywane przez następne ćwierć wieku. To, co napisała nie jest, co prawda, zmorą. Ni świetne, ni fatalne. Kilkanaście nastoletnich wiosen czystej miłości do młodzieżówek z mieszanką fantastyki, zakocha się po uszy, jednak ambitnego i wyrobionego czytelnika nie zadowoli zapewne w ogóle, chyba, że w kolejce do dentysty czy do pociągu, ale dla dorastającej córki (syna nie) cud miód, stokrotnie ciekawsze niż "Rywalki".
Za powieść dziękuję wydawnictwu Jaguar!

Obsługiwane przez usługę Blogger.