Ta recenzja miała powstać po
obejrzeniu pierwszego sezonu – ale zrezygnowałam. Po zobaczeniu całego
drugiego również mi nie wyszło. Teraz jestem po trzecim i piszę, bo czwartego
jeszcze nie ma, a ja muszę wyrzucić z siebie wszystkie emocje, kotłujące się od
miesiąca we mnie pochwały i ogólnie rzecz biorąc – głównie wyrazy zadowolenia.
Dzisiaj o „Reign”, pozwólcie, że polskim odpowiednikiem nie posłużę się ani
razu (– Google dla odważnych). Serial stricte młodzieżowy, próbujący raczej odgrywać
niż faktycznie stanowić kwintesencję gatunku, który określamy mianem
„historycznego”, jak i również mocno romantyczny oraz utrzymany, w – rzekłabym
nawet trochę new-adultowym stylu. Czasami próbuje naśladować klimat „Gry o
Tron”, widać, że faktycznie chciałby trochę namieszać, ale jedyne co na chwile
obecną robi, to budzi kontrowersje i zawiera nieścisłości.
Freddy Krueger, Jason Voorhees, Michael
Myers, Leatherface oraz – nowiutki, powstały w zeszłym roku – Brandon James.
Oto plejada mniej lub bardziej znanych, największych shasherowych bogów.
Charakteryzują się paskudnym wyglądem, powstałym w wyniku choroby lub wypadku,
zachowują się niezrównoważenie, zwykle spotkać ich można w charakterystycznym
dla nich ubraniu, z sierpem, maczetą bądź siekierą. Ich twarze zdobią maski…
Nie jestem serialowym geekiem i rzadko kiedy bywam z daną produkcją na bieżąco – chyba że naprawdę muszę ją kochać. Często też nie mam czasu, lub boję się zacząć, bo wiem że wtedy już kompletnie nie będę go miała. Te seriale, które naprawdę lubiłam, albo się zepsuły, albo nie doczekały drugiego sezonu, więc dzisiaj, w pierwszy dzień wakacji, wrzucam listę tych, które zamierzam zacząć lub kontynuować, bo moja skóra nie toleruje słońca, bo czasu będzie pod dostatkiem, bo krąży w sieci ciekawe wyzwanie (ale o nim za chwilę).
"Zombie? Zobaczyć? Musieć? Te słowa w ogóle można razem łączyć?" A owszem, można! Można też połączyć kryminał, fantastykę, dramat i dreszczowiec by powstało to – "iZombie", czyli najbardziej dziwny, groteskowy a jednocześnie niesamowicie fascynujący serial jaki miałam szansę oglądać!
"iZombie" to produkcja emitowana przez stację The CW, której pierwszy sezon ruszył 17 marca tego roku. To adaptacja komiksu o tym samym tytule, którego autorami są Chris Roberson iMichael Allred. Tyle musisz wiedzieć, nie będę wklejała tu Wikipedii.
No to jedziemy.
1. MORAŁ? LEPIEJ SIEDZIEĆ W DOMU
Olivia Moore, główna bohaterka naszego serialu, była
najbardziej perfekcyjną kobietą świata. Genialne studia, staż superbohatera w
szpitalu, przystojny narzeczony. Jej życie było zaplanowane, brak w nim miejsca
na nieprzewidywalność, spontaniczne i głupie decyzje. Przyszłość stała przed
nią otworem… niestety epidemia żywych trupów te drzwiczki zamknęła. Dziewczyna
wybrała się na imprezę, którą mini zombie apokalipsa zamieniła w piekło.
Dziesiątki ofiar, tłumy krwiożerczych potworów, jedno zadrapanie i bum! Liv
budzi się na w worku na zwłoki, zdezorientowana i głodna. Głodna mózgów.
2. CZOŁÓWKA
Jeśli jakimś cudem ominęła Cię ta pasjonująca relacja
przemiany głównej bohaterki w punkcie pierwszym – koniecznie zobacz czołówkę,
wszystko wyjaśnia! Przez parę pierwszych
odcinków oglądałam ją z wypiekami na twarzy, szerokim uśmiechem i zachwytem
(potem nauczyłam się tekstu piosenki "Stop, I'm Already Dead" Deadboy'a i the Elephantmen, wię miałam jeszcze więcej frajdy). Dlaczego motyw
komiksu? Jak wspomniałam we wstępie, iZombie to adaptacja komiksu o tym samym
tytule autorstwa Chrisa Robersona oraz Michaela Allreda, więc sporadyczne
wstawki rysunkowe nie powinny nas zaskakiwać. Wracając, czołówka to jedna z
najlepszych i najbardziej pomysłowych wstępów, jakie kiedykolwiek w serialach
widziałam.
3. NAJLEPSZY SPOSÓB NA ZDOBYCIE MÓZGÓW!
Liv Moore wykazała się ponadprzeciętną inteligencją rzucając
pracę w szpitalu dla zawodu koronera. Tam, gdzie dostęp do trupów jest
łatwiejszy niż na cmentarzu, nie trzeba kopać w ziemi, zabijać i włamywać się
do domu pogrzebowego. Jej szef – dr Ravi Chakrabarti to bohater, który w
każdym serialu ma swoje miejsce. Zawsze znajdzie się mężczyzna, którego nie
łączą żadne więzi z bohaterką, który nie jest wystarczająco przystojny i ma
dziwny charakter. Taki jest Ravi. Osobliwy, z poczuciem czarnego humoru, mający
obsesję na punkcie wynalezienia lekarstwa na nieumarłych. Bo on, rzecz jasna, o
zombie jest świadomy i przekonany, że jego geniusz uratuje cywilizację.
4. KRYMINAŁ I SKUTKI UBOCZNE JEDZENIA LUDZI
Pierwszym jest przyjmowanie cech charakteru zjedzonej osoby,
takich jak pozytywne podejście do życia, witalność czy żal do świata i złość.
Można również stać się alkoholikiem, gejem czy znienawidzonym przez masy
hakerem internetowym. Ale to nie wszystko! Konsumenta nawiedzają również
sporadyczne wizje, dotyczące życia ofiary, co – jeżeli akurat trwa dochodzenie
w sprawie śmierci – zdecydowanie pomaga Liv rozwiązać zagadkę. Trzeba bowiem
wiedzieć, że fabuła serialu dotyka głównie wątków kryminalnych, a pracująca
jako koroner główna bohaterka, mając wizje po zjedzeniu mózgu ofiary, znacznie
pomaga detektywowi – Clive’owi Babinaux. Kryminał tutaj nie jest jakiś bardzo
zaawansowany i do nieodgadnięcia, ale były momenty, kiedy poważnie nie
spodziewałam się takiego potoczenia wydarzeń.
Dr Ravi z lewej, detektyw Babinaux z prawej i Liv, czyli najbardziej porąbane trio świata.
5. DAWKA SZCZĘŚCIA
Nigdy, przenigdy nie ubawiłam się oglądając serial, tak jak
tutaj! To groteskowa produkcja, strasznie irracjonalna, zabawna na każdym
kroku. Uśmiech sam pojawia się na twarzy, kiedy widzi się przede wszystkim
zombie – fajne zombie, w miłej odsłonie, ratujące świat. Kiedy śledzi się
potyczki bohaterów, pod wpływem zjedzonych mózgów i reakcje detektywa Clive’a,
który niczego nie jest świadomy i uważa Liv za zwykłe medium. Oglądanie tego
serialu to świetna zabawa, pozytywna dawka szczęścia z nutą cynicznego
spojrzenia na dzisiejszą rzeczywistość.
Czy wspomniałam już, że Liv to jedna z lepszych bohaterek, jakie znam? :D
6. TRZEBA BYĆ MARTWYM… BY ZACZĄĆ ŻYĆ.
Mimo kryminalnej tematyki, zabawnej otoczki i
dramatycznych wstawek, to serial z przekazem. To serial mówiący – że jak w
nagłówku – Liv musiała umrzeć by zrozumieć, jak nudne miała życie. Jak
przewidywany był każdy krok – studia, potem szpital, wkrótce małżeństwo i
macierzyństwo, normalka nie? Zmieniając perspektywę, zmieniając życie
zauważyła, że nie jest tylko Liv Moore. Że odnosi się też do Live More, czyli "żyć
bardziej, więcej" lub po prostu "żyć", a nie dusić się codzienną rutyną, robić
to, co wypada, mówić to, czego oczekują. Liv wyraźnie łamie szablonowość, ucząc
tym samym szukania oryginalności.
7. ARTUR POWRACA NA TRON
Mój sentyment do Bradleya Jamesa spowodowany "Przygodami Merlina" nie
zgaśnie chyba nigdy. Dlatego tym bardziej ucieszyłam się, widząc go tutaj. Wątek z nim jest kluczowy, początkowo zapowiada się niewinnie, ale później... wyrywa serce i wyciska łzy. Brutalnie. [punkt niżej]
8. ZABOLI
Gdzieś wyżej napisałam o dramatycznych wstawkach. Uwierzcie,
to nie jest tylko drobne napomknięcie, bo wydarzenia tutaj zasługują na osobny
punkt. To jest bomba emocjonalna! To jest serial, który złamie Wam serce, a
prześmiewcza otoczka sprawia, że wcale na takiego nie wygląda. Parę razy
zbierałam szczękę z podłogi. Z powodu zawrotnego tempa, z powodu zaskakującego
obrotu spraw i totalnego braku empatii reżyserów. Nienawidzę faktu, że jeden
odcinek jest w stanie bardziej mną wstrząsnąć bardziej niż ogromna ilość książek.
Blaine to świetnie wykreowany czarny charakter.
9. CEL: PAŹDZIERNIK
Zasadniczy plus serialu to to, że jest tylko jeden sezon.
Wiem, że wiele osób nie lubi i wręcz przeraża je myśl, że ma przed sobą 8 sezonów,
załóżmy, do nadrobienia. Tutaj tak nie jest, więc ogląda się znacznie
przyjemniej. Są wakacje, więc sądzę, że bez pośpiechu te 13 odcinków można
obejrzeć by zdążyć na drugi, mam nadzieję jeszcze lepszy sezon.
Brain Appétit!
10. ZOMBIE!
Jak mogłabym o tym zapomnieć? Jeśli – podobnie jak mnie – żywe
trupy jakoś niezbyt Cię pasjonują sądzę, że to idealna okazja na pierwsze
spotkanie. Zombie tutaj są złe, zabijają bez skrupułów i jedzą mózgi, ale robią
to w tak cywilizowany sposób, że nie można nie zapałać do nich odrobiną sympatii!
Potrafią się kontrolować i wtedy nie wyglądają tak, jak te z "The Walking Dead",
nic z tych rzeczy. Zombie tutaj farbują włosy i chodzą do solarium by stać się
neutralnym, pracują by poczuć się normalnym i kochają… bo mogą! Halo, ich serce
przecież uderza raz na sześć sekund! One czują, one wzruszają się, chcą mieć
dzieci i walczą by uratować świat… przed nimi samymi! Jeśli wolisz zaś bardziej
ekstremalne formy zombiaków, to chociaż daj szansę. Ze względu na klimat
przesączony zagadkami, ciekawą alternatywą ich życia, słodkimi momentami romansu i
nauką, którą niesie cała historia.
W pewnym momencie swojego bytu
zrozumiałam jedno. Lubimy się bać.
Jedni bardziej – drudzy mniej, to
oczywiste. Od strachu realnego, wolimy ten wirtualny, dlatego przekonujemy się
do książek Kinga, podczytujemy Jacka Ketchuma, bo strach to zdecydowanie zbyt
niebezpieczne zjawisko w życiu, którego raczej w nim nie warto próbować, a
raczej staramy się go unikać.
Sama horrorów nie oglądam. Tak jakoś, bez powodu.
Pod presją innych, gdy narzucą oni dany tytuł – owszem. Ale nigdy mnie do nich
nie ciągnęło; być może miałam wątpliwości, być może po prostu potrzebowałam
towarzystwa i nie chciałam oglądać sama. Nie wiem. Nie wiem też czemu, pomimo
mojej lekkiej awersji do tego gatunku, jednak zdecydowałam się na „American
Horror Story”– serial, po którego nazwie można uświadomić sobie, że do
najlżejszych on nie należy.
A mimo to „American Horror Story”
to nie typowy horror z latającymi głowami i odciętymi kończynami – jak
sugerować mogłaby nazwa. Ale pobrać się można. Dlatego nim przejdę do dalszej
części pragnę rozwiać wszelkie zastrzeżenia. Nie trzeba mieć wielkiego stażu w
tym gatunku, żeby stwierdzić, że jest on bardziej psychologiczny i skupia się
głównie na problemach bohaterów, ich wewnętrznych demonach. Fakt faktem,
pierwszy odcinek potrafi zjeżyć włoski na karku i ogólnie czołówka do najprzyjemniejszych nie należy. Do czasu. Teraz ją
uwielbiam i właśnie podsłuchuję, więc można się przyzwyczaić. Ale o co w ogóle
chodzi?
Jest rodzinka. Mama (Connie Britton) – kochająca i
promieniejąca. Tata (Dylan McDermott) – wykształcony psycholog, którego misją jest wyswobodzenie
niewinnych dusz z rąk ich koszmarów czy urojeń oraz, czego trudno nie zauważyć:
ich nastoletnia córka Violet (Taissa Farmiga). Właśnie przeprowadzili się do Miasta Aniołów,
czyli Los Angeles, by zacząć życie w nowym domu, ale i by uciec od starych
problemów. Bo jeśli dobrze się przyjrzeć, nie mieli oni łatwo. Poronienie,
zdrada, kłamstwa, prześladowanie, kłótnie, samookaleczanie – to nie jest bagaż
normalnej rodziny. Ale na szczęście na ich drodze staje dom, stary, zabytkowy,
bogato wyposażony, ulokowany jak najdalej od poprzedniego miejsca zamieszkania
i to, tani jak but! Pakują więc swoje manatki i nadal dręczeni wyrzutami
sumienia, winą i smutkiem, udają najszczęśliwszych na świecie ludzi, którym nic
nie jest w stanie tej euforii przerwać. Niestety, historia domu jest bogata,
zbyt bogata, a oni nie zostają w gruncie rzeczy poinformowani o jej krwawych szczegółach.
Po boazerii spaceruje koleś w lateksowym wdzianku, dziewczynka z zespołem
Downa, duchy poprzednich właścicieli, których lista jest tak złożona jak
tablica Mendelejewa. I to, moi drodzy, to zabieg perfekcyjny.
Jak wspomniałam wyżej – bohaterów
jest od groma. To znaczy, wszystko krąży wokół jednego domu i jednej rodziny,
jednak niekiedy trafi się jakiś epilog, nakręcający cały odcinek i dający
zarazem enigmatycznego kopa. To, co najbardziej mi się w „American Horror
Story” podoba, to problematyka. Psychiatra mający problemy psychiczne, kobieta
niewdzięczna i okrutna dla swoich dzieci, jednocześnie przywłaszczająca sobie
cudze – to idealny przykład ironii i ludzkiego egoizmu. Kurczę, tu jest
wszystko! Zakochany facet, wiecznie próbujący na nowo wbić się w łaski swojej
byłej, zazdrosna kochanka, dziewczyna prześladowana w szkole, kobieta mające
obsesję na punkcie zdrady męża, wścibska sąsiadka, chora dziewczynka i wiele,
wiele innych! To bogaty wachlarz bohaterów sprawia, że nim się obejrzymy,
wcielić trzeba się na nowo w sytuację kogoś innego; być może jeszcze bardziej
depresyjną i smutną, być może romantyczną i przyjemną. Liczba bohaterów
gwarantuje skoki pomiędzy osobowościami, historią i problemami, gwarantuje
skoki na zmianę mieszane z płaczem, zadowoleniem, smutkiem i złością. „American
Horror Story” to taka mieszanka wybuchowa, cierpliwie czekająca na odpowiedni
moment do niebezpiecznego wybuchu.
Oklepany jest motyw domu, w
którym straszy, no nie? Pomimo tego, że niektórym z nas, horror kojarzy się
głównie z opuszczonym domem pełnym strachów, twórcy nadal kurczowo złapali
się tego planu, jednak postanowiono trochę odrestaurować jego nieco już
przykurzone oblicze. Bo rzeczy, które dzieją się w tych czterech ścianach są
tak nieprzewidywalne, że bardziej się nie da! Serio, niekiedy wręcz absurdalne
i chore, trudne do zrozumienia, do pochwycenia motywów bohaterów. Jakbym ja –
piętnastolatka, pośród swojego spokojnego życia postanowiła dołączyć do Nocnych
Wilków, uciekając z domu bez słowa, zafascynowana obliczem Putina. Potem
zamieszkałabym w podziemiach Soboru Wasyla Błogosławionego, by odprawiać tam
modły w oparach kadzidła i nadzorować nauczanie sekty. No, sorry. Wiadomo – motyw domu jest na tyle popularny, że warto
przerobić go jak ciasto, by stał się elastyczny, pełen werwy i bardzo
popularny. Tutaj się udało. Oglądanie AHS to jak wracanie do Scooby’ego Doo po
latach rozłąki w nieco brutalniejszej odsłonie.
Klimat. Nie musi akcja być
zawrotna, ważne by był klimat. Muzyka, genialne ujęcia i przygaszona atmosfera
otoczenia nadrabiają każdą lukę w tym serialu, lukę nudy i przeciągania. Ale
mimo wszystko, nie jest ich tam wiele. Założę się, że przygotowanie scenariusza
było czynem pracochłonnym. To widać. Każda postać ma swoje pięć minut, o nikim
się nie zapomina, historia każdego z osobna jest równie ważna i zajmująca. Tu
jest wszystko rozłożone równomiernie – żaden wątek nie staje w miejscu,
„American Horror Story” to wielka, skomplikowana maszyna, pełna małych i dużych
trybików, ale razem tworzą coś wielkiego, więc działają wspólnie i w zgodzie,
zazębiając się jednocześnie, przez co tworzą napęd, czyli fabułę. Silną, z
sensem i bez niepotrzebnych dodatków.
Pierwszy sezon „American Horror Story” to
najlepsze dwanaście odcinków, jakie spotkałam w życiu. Różnorodność bohaterów, ich odmienne
problemy i ironia losu, jaka na nich ciąży nadaje mu klimat bardzo tajemniczy,
zakrawający na depresyjność, ale też i wzburzony i gniewny. Piękny wątek
miłosny, siła rodziny i wola walki o wspólne dobro to tylko parę urzekających
cech, które utkwiły w mojej pamięci. Muzyka, ujęcia, przygaszona atmosfera i
momentami absurdalnie nieprzewidywalne akcje raz za razem wyrywały mi serce z
piersi, jeżyły włoski na karku, powodowały dziwne skręcanie wnętrzności. Tylko
tu spotkać można takie osobliwości jak Rubber Man i sprzątaczka, którą kobiety
postrzegają jako starą kobietę, a mężczyźni jako seksowną i młodą pokojówkę.
Tylko tu można zobaczyć tysiąc sytuacji, które idealnie określa słowo bullshit, bijące rekordy na ustach
zarówno córki, jak i ojca. „American Horror Story” polecam szukającym czegoś
innego. Pełnego niedopowiedzianych słów, nierozwiniętych wątków, otwartych i
przejmujących zakończeń. To nie jest horror, a psychologiczny thriller,
karuzela obłąkanych dusz, których i tak na mecie pochłonie tajemnica Murder
House.
Jestem ciekawa Waszych opinii – oglądaliście, a jeśli nie, jesteście zachęceni?
Pośród mojej humanistycznej
egzystencji, czasami zastanawiam się, jak to jest być ścisłowcem. Jak to jest
nie tylko umieć matmę, ale potrafić ogarnąć cały syf na komputerze, który narobię,
posprzątać ten bałagan, dokładnie wszystko zabezpieczyć, a potem pocałować mnie
w czółko, mówiąc że nic nie szkodzi. Że każdemu się zdarza. Czasami zastanawiam
się, jak niesamowicie fajnie byłoby myć mistrzem Internetu, znać te wszystkie hakerskie
chwyty ułatwiające życie, jak fantastycznie byłoby móc spędzać te osiem godzin
dziennie w pracy grzebiąc w komputerach, swojej pasji, tworzyć wirusy, pułapki,
instalować programy szpiegujące. Każdy chciałaby umieć coś takiego, ale
niestety, Bóg wymyślił jeszcze gatunek humanistów, którzy zawsze mają pod
górkę, którym wiatr wiecznie wieje w oczy. I mnie wśród nich, oczywiście.
Komputerowe machlojki jarały mnie
zawsze. Uwielbiam momenty na filmach, gdy bohaterowi wystarczało trzydzieści
sekund, by złamać zaporę i dostać się do systemu. Uwielbiałam fragmenty
wskazujące na to, że Internet powoli staje się kolebką wszystkiego, potrzebną i
potrzebującą. Ludzi. Bezmyślnych, naiwnych.
Ofiar.
„Eye Candy” to nazwa serialu na
podstawie książki R.L. Stine, którego stacja MTV zaczęła emitować w styczniu
tego roku. To świeżynka, o której nie jest zbyt głośno, a szkoda, bo serial ma
potencjał, całą resztę i …hakerów, Internet, śledztwa. Chyba się zakochałam.
Cała akcja toczy się wokół
tytułowej Lindy (ta wyżej –Victoria Justice), która ma pewne problemy z prawem,
konkretnie – Wydziałem do Walki z Cyberprzemocą. Lindy jest hakerką i to dobrą,
uzdolnioną, jej głównym priorytetem jest znalezienie siostry, która jako
nastolatka została uprowadzona, a ślad po niej zaginął. I w momencie, gdy
policja stała się bezradna, do akcji wkroczyła ona, Eye Candy. Jednak to nie
wszystko, co czeka główną bohaterkę. Rejestrując się na portalu randkowym
Flirtual, pod pseudonimem właśnie Eye Candy, poznaje paru mężczyzn, w tym
jednego, który staje się jej cichym wielbicielem, prześladowcą i stalkerem w
jednej osobie. Być może mordercą. Być może porywaczem.
Ugh. Jestem świeżo po finale, po
dziesiątym i zarazem ostatnim odcinku pierwszego sezonu. Wydarzyło się tak
wiele. I najlepsze pewnie jest to, że nigdy bym tego serialu nie zobaczyła, gdyby
nie moja kuzynka, która chcąc skończyć sezon, spóźniła się na wielkanocny
obiad. „To coś dla osób, którzy nie boją się widoku krwi”, mówiła wtedy. Tyle
wystarczyło, by mnie zachęcić. Skutecznie.
„Eye Candy” jest serialem
niezwykle intensywnym. Nie jak te, których sezon ma po dwadzieścia cztery
odcinki i ciągnie się jak flaki z olejem, nie. Ten tu, jest krótki – ma
zaledwie dziesięć, ale też aż dziesięć, wystarczająco dużo by sprawić, że
pokochałam bohaterów, wzruszyłam się, kogoś znienawidziłam. Pisząc „intensywny”
– miałam na myśli przybierające na warstwach sterty zagadek, splatające się
wątki, zagadkowe retrospekcje. To niewątpliwie serial detektywistyczny, detektywizm
może i nieco zmodernizowany, zamiast atrybutu lupy czy charakterystycznej
czapeczki, mający antenkę Wi-Fi czy klawiaturę, jednak nadal – niezwykle
dobry. Wspomniałam wcześniej – mam totalnego bzika na punkcie elektroniki,
komputerów, magii Internetu, więc patrzenie na czarnego vana pełnego sprzętu
komputerowego, wszędzie wijących się kabli i monitorów dostawałam ataku serca.
Ale ataku serca dostawałam też z
innych powodów. Każdy odcinek ma w sobie coś z thrillera, coś nawet
podchodzącego pod horror. Charakterystyczne ujęcia, określony sposób kadrowania, światła,
muzyka. Oglądając „Teen Wolf” wiedziałam już, że MTV na doborze muzyki zna się niesamowicie dobrze, ale tu jeszcze lepiej udowodnili swój geniusz. W tym sezonie nie ma tam
scen przerażająco strasznych. Krwi jest, owszem, ale kamera w
najbrutalniejszych momentach nagle zmienia położenie, więc zanim zdążymy
przyzwyczaić się do nieco mniej wygodnej perspektywy, gardło może zostać już
podcięte. Na przykład. Mimo to, jest napięcie. Mimo to, moje wnętrzności
skręcają się i robią Bóg wie jeszcze jakie nadprzyrodzone czynności, podczas
gdy moje serce skacze na trampolinie i trzaska sobie salto. Podwójne. W tył.
Serial ten lubi zwodzić, raz na
jakiś czas odciąga naszą zmaltretowaną już łepetynę, podsuwa inne śledztwo,
podczas gdy prawdziwy zabójca nadal bezkarnie zabija, a potem z powrotem podaje
seryjnego-zabójco-stalkero-psychopatę na talerz i myśl, i główkuj! To jest
dziesięć nieprzewidywalnych odcinków, które byłyby jeszcze bardziej
nieprzewidywalne, gdyby mi ktoś przypadkiem nie zaspojlerował. (Dzięki!) Ale
sam fakt, że znając zakończenie, w ostatnim odcinku i tak przeżyłam
czterdziestominutowe piekło, świadczy tylko o wielkości tej produkcji.
Chciałabym już skończyć pisać tę
recenzję, bo mam trochę nauki na głowie, ale nie, jeszcze nie teraz, jeszcze jedna
ważna rzecz. Ten serial nie wywarłby na mnie tak dużego wrażenie, w ogóle
żadnego wrażenia, gdyby nie jeden aspekt. Uderzył mnie mocno obraz sieci
internetowej, hakerów, ich możliwości. Możliwości włamania się na komputer za
pomocą jednego maila, możliwością śledzenia osoby, za pomocą jednego
kliknięcia, wyciągania wniosków, za pomocą tego, co wrzucamy w sieć. Czyli
wszystkiego, począwszy od filmików, do postów i zdjęć z oznaczeniami miejsca i
czasu. To daje wyobrażenie i uświadamia, że tutaj – w cyberprzestrzeni – nikt
nie jest anonimowy, uświadamia jak niebezpieczne jest to miejsce i z jakim
ryzykiem wiąże się bycie w tym miejscu. Teraz już nigdy nie spojrzę na monitor tak samo
– zawsze będę miała przed oczyma tajne strony, na których sprzedać można
wszystko. Kota, psa, babcię, jej nerkę, siebie czy koleżankę z ławki. Na
których można dowiedzieć się wszystkiego o wszystkim i każdym, będąc w
tysiącach miejsc jednocześnie, śledząc miliony bezradnych ludzi, niczego
nieświadomych ofiar cyberprzemocy.
„Eye Candy” to serial, który
kusi. Tym, że dotychczas powstał tylko jeden sezon i to, że posiada tylko
dziesięć odcinków – ale za to jakich odcinków! Pierwsze morderstwo zostaje
popełnione już w tym pierwszym (być może jest to aluzja do „Gry o Tron” i
wyzwanie pod niesmacznym tytułem: „Kto uśmierci większą ilość?”). Kusi detektywistyczną
podstawą, thrillerową otoczką, mgłą spowijającą całość nutą dramatyzmu. Kusi
aktorami, których znamy z dzieciństwa, lub nie wiemy, że ich znamy, a jednak to
oni. Czasami przytłacza, czasami frustruje, często napędza niezłego stracha,
sprawiając, że naciskam spację, żeby mieć chwilę na oddech i nie przegapić
napisów. To wszystko idealnie zgrane, z delikatnym, wręcz subtelnym wątkiem
miłosnym sprawia, że żal mi będzie czekać na sezon kolejny i będę musiała na
ten czas znaleźć godnego zastępcę.
Dawno, dawno temu, w czasach, gdy
słowiańskie vulcolaca, greckie vrykolokas, czy wreszcie
polski wilkołak, wywodzący
się od zrekonstruowanego indoeuropejskiegowlkwos, wzbudzał w ludziach strach, działy się
rzeczy przedziwne. Opowieści o stworach tych, skutecznie spędzały ludziom sen z
powiek, a ich mordercze i krwawe oblicza niosły się magią przekazu ustnego na
koniec świata i jeszcze dalej. Jednak wszystko ewoluuje. Oswoiliśmy te bestie,
nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Sztuka, kinematografia i przede wszystkim
literatura sprawiły, że słynący ze straszenia nim dzieci – vulcolaca, zwyczajnie został oswojony.
Ale nie tylko. Sami sprezentowaliśmy mu, jak i któremuś z potomków Draculi,
modne ubrania, drogie iPhony, aroganckie ego i możliwość cywilizowanego życia
czy edukacji. Zginął morderczy szał, ustępując przystojnym wilczkom, którzy
problemy mają równie przyziemne jak każdy inny ludzki nastolatek.
I z pełną świadomością tego
wszystkiego zaczęłam oglądać popularny serial „Teen Wolf”. Już sama nazwa
sprawia, że wiemy, z czym mamy do czynienia. Bo czy samo wolf, nie powinno być przestrogą dla tych, którzy momentami mają
dość paranormali? Z drugiej strony dobry chwyt dla zwolenników tego gatunku. Ja
osobiście nie dumałam nad nazwą przed rozpoczęciem seansu, bo w ostatecznym
rozrachunku, teraz, bo 3 sezonach, śmiem twierdzić, że to nie jest paranormal
romance. To dobry thriller, czasami podchodzący pod horror, to świetny dramat,
wyciskacz łez, maszyna do skręcania kiszek. To czysto psychologiczna kupa
wszystkiego.
Scott McCall nie chciał być
wilkołakiem. Może i nie lubił swojego życia, to fakt, ale żeby stać się nagle
bezdusznym mięsożercą? Chodził do szkoły, miał najlepszego kumpla Stilesa,
powoli wciskał się w szranki szkolnej drużyny larcrosse’a. Był nikim. Tak
powiedział w którymś z odcinków drugiego sezonu. Był nikim, a potem stał się czymś i wszystko zaczęło się zmieniać i
komplikować. Szczególnie wtedy, gdy okazało się, że ojciec jego dziewczyny jest
łowcą i istnieje prawdopodobieństwo, że zaraz odetnie mu głowę….
Postacie są i ich nie ma.
Odchodzą, wyjeżdżają, nie wytrzymują, chcą odetchnąć. Ale jeśli je mamy to są
najbardziej powszechnymi standardami: przyjaciel-błazen, który zawsze potrafi
rozładować napięcie, przystojny kapitan drużyny, dorosły wilkołak, kompan i
nauczyciel wilkołactwa oraz dziewczyna, o uśpionych jeszcze zdolnościach. To
wszystko znamy bardzo dobrze, gdyby nie pewien fakt, że z biegiem czasu los
odwróci i ich karty, a wtedy, nie chcąc Wam przekazać za dużo, staną się
najbardziej nieszablonowymi postaciami jakie istnieją.
Jak już wspomniałam – to nie
paranormal. Owszem, obracamy się w gronie wilkołaków, ale tych o swojej
pierwotnej, normalnej, można by rzec naturze. Ten serial to kumulująca się
sterta zagadek, miks wszelkich kultur, potworów i mitów. Lubisz mitologię
celtycką? Spoko, zaraz znajdziemy dla Ciebie jakiegoś potworka. A co sądzisz o
składaniu ofiar? Tak dla zabawy, tak, żeby pognębić trochę biednego widza, a
co. Reżyser zadbał również o świetne tło zdarzeń. Odcinek z psychiatrykiem był genialny, ten z nawiedzonym hotelem jeszcze lepszy, a dodatki w formie retrospekcji tylko zwiększyły hołd, który oddaję temu serialowi. Sprawił, że widz cierpi, że jego łzy mieszają się ze śmiechem, a w bólu występować będą przebłyski dorosłego zrozumienia. Taki był ten serial. Bezlitosny i niesamowicie
genialny.
Pierwszy sezon – najsłabszy. Efekty,
łagodnie mówiąc, nie powalają, wilkołak wygląda jak pluszowy miś z czerwonymi
oczkami, ale na to można przymknąć oko, początki są trudne, budżet jest mały.
Pod pewnym względem ten serial to niesamowity kontrast, ogromna różność. Po
pierwszym sezonie widać było, że ma się do czynienia z czystym beniaminkiem.
Nie tylko chodzi o efekty, ale o ujęcia, muzykę, niewonność. Niewinność, tak. Z
każdym kolejnym sezonem „Teen Wolf” traci na humorze, a przecież to wypowiedzi
zawsze w najmniej odpowiednim momencie, sprawiały, że ten serial oglądało się
tak przyjemnie. W kolejnych sezonach sytuacja trochę się zmienia, a raczej zmienia
się diametralnie, na lepsze, i na gorsze, ale głównie to pierwsze. Bohaterowie
dorastają, coraz bardziej zdają sobie sprawę z konsekwencji i niebezpieczeństwa,
co sprawia, że atmosfera nie jest już tak żartobliwa, jest duszno od niepokoju,
prawie jak na rzeźni. Muzyka, ach! Geniusz sam w sobie. Ujęcia, POMYSŁ!,
zgrabne zaplatanie konfliktów i dodawanie odpowiednich wątków tak, by widz nigdy
się nie nudził. "Teen Wolf" to serial z ogromnym potencjałem, który z odcinka na odcinek zostaje coraz bardziej wykorzystany.
Parę dni temu skończyłam trzeci
sezon, który przez wielu internautów uznawany jest za najlepszy. Czy się
zgodzę? Zdecydowanie najlepszy jest ten trzeci, więc warto, naprawdę warto
przebić się przez ten pierwszy, najbardziej lekki, romantyczny i
nieskomplikowany. Warto przebrnąć przez tę parę odcinków, by potem wzruszać
się, zakochiwać i nienawidzić. Bo jest tego warty, zdecydowanie polecam. „Teen
Wolf” jak każdy inny serial powinien być dobrym zabójcą czasu, lecz poza tym zabił moją świadomość, że wilkołaki nie równają się wampiryzmowi, są nudne,
wyświechtane, a mitologie i pradawne legendy zwyczajnie nudne. Nie są,
uwierzcie mi.
Na koniec mam dla perełki dla
niezdecydowanych, które znalazłam pod danymi odcinkami. Miłego oglądania!
"O jezus maryja! Nie wiem co biorą reżyserowie tego serialu, ale niech biorą mniej" Tanoshiku
"Jeju, ale się zestresowałam na tym odcinku XD Obrót wydarzeń jest tak zaskakujący... WOW!" Nahira
"Za każdym razem obiecuję sobie: tylko jeden odcinek. Zawsze, ZAWSZE kończę oglądać nad ranem. To jakiś żart? Nienawidzeeeeeeeeeee. PS kocham Isaac'a!" paulix3
Znacie, słyszeliście bądź oglądaliście kiedyś "Teen Wolf"? A może śledzicie losy innego serialu?
Oglądanie ekranizacji książek
stało się dla mnie rutyną. Siadam przed komputerem i oglądam, w między czasie
przewracając kartki wybranej powieści i porównując oba te gatunki do siebie. I
szczerze? Złodziej Pioruna Chrisa Columbusa nijak ma się do książkowego pierwowzoru. Ale mimo tych wszystkich zmian, niedociągnięć i ubarwień… podobał
mi się. Dlaczego? Przyznam, że sama nie wiem.
OBSADA
Trudno jest dobrać idealnych do
roli aktorów, a jeszcze trudniej, gdy chodzi o tych odgrywających postacie
książkowe. To wybieranie pod presją, no bo weź wybierz takich aktorów, żeby
tysiące fanów z własnymi wyobrażeniami było zadowolonych. To prawie niemożliwe.
A tutaj czekało mnie miłe zaskoczenie, bo wybór aktorów był naprawdę bardzo
dobry. Idealny wręcz. Logan Lerman, czyli tytułowy Percy Jackson to strzał w dziesiątkę. Nie
dość, że faktycznie wygląda na dwunastolatka, to jeszcze idealnie
odtworzył rolę swojego półboskiego bohatera. Grover (Brandon T. Jackson) nie
budził moich zastrzeżeń, był zabawny, błyskotliwy i posiadał niezwykły talent
pakowania się w kłopoty. Filmowy Grover przerósł książkowego, można by rzec. A
Annabeth… tu było gorzej. Nie blondynka, tylko szatynka i do tego wygląda na
piętnastolatkę, a nie dwunastoletnią dziewczynę. W dodatku niczym nie
przypomina tej małej mentorki Percy’ego. Po prostu jest. Najdalej odbiegając od
moich wyobrażeń.
ODDANIE TREŚCI KSIĄŻKI
To całe „oddanie” najchętniej
skwitowałabym głośnym parsknięciem. Film nawiązuje do fabuły na tyle luźno, że
ci, którzy książki nie czytali - powinni przeczytać. Będą równie zaskoczeni. Ja
czułam się, jakby była to inna książka. Jakbym pomyliła filmy. Naliczyłam się
dziesięć odmienności, ale zgaduję, że jest ich o wiele więcej. Co rzuca się w oczy:
wersja książkowa była prosta. Bohaterowie ruszali z punktu A do punktu B, czyli
do Hadesu. Ci książkowi zapewne nie widzieli sensu w tak banalnej wyprawie,
dlatego postanowili sobie wędrówkę trochę ubarwić i zamiast perły dostać,
musieli je odszukać. Dostali jakąś mistyczną mapkę od gościa (Jake Abel), który
w Obozie Herosów za ważniaka się uznaje i pośród starożytnego budownictwa Obozu
ma plazmy, komputery i gra w CS’a. Ciekawe. Jeśli miałabym po krótce wymieniać
rzeczy, których w książce nie było, to: Co tam robi Persefona? Przecież jest
lato. WTF?! Grover wcale nie powinien zostać w Hadesie, matki wcale nie
zatrzymywała jakaś bariera i nie spotkali jej w Hadesie, bohaterowie wcale nie
uciekali na wyprawę potajemnie, a piorun… Nie było żadnej bitwy o piorun przed
Olimpem, tak? Nie było.
Czarne charaktery to poważny
problem filmu Columbusa. Nie ma Aresa, nie ma Kronosa, nie ma Clarisse;
pozostaje tylko niezbyt inteligentny Hades (który w książce bynajmniej nie jest
czarnym charakterem!) i właśnie Luke, syn Hermesa. Niestety w filmie postać
syna Hermesa została uproszczona do granic możliwości, ponieważ Jake Abel jako
Luke od razu wygląda podejrzanie. A żeby jeszcze bardziej podkreślić, że nie
jest on wart zaufania, kamera wyraźnie go nie lubi: przy każdym jego pojawieniu
się następuje chwilowe zawieszenie akcji, pozwalające widzowi domyślić się, że
coś jest nie tak. Niby sympatyczny, ale nie ma wątpliwości, że chłopak coś knuje.
FILM A KSIĄŻKA
No właśnie. Moje odczucia
dotyczące książki były całkiem w porządku. Nie porwała mnie jakoś, ale była
przyjemna. Akcja niepotrzebnie się dłużyła i czasem brakowało jej nagłych zwrotów
akcji. A film? Właśnie on miał wszystko, co najlepsze. Brak dłużyzn, wątek
bitwy, konflikt między bohaterami, więcej Posejdona, więcej Zeusa. Czasami mam wrażenie, że film
wypadł lepiej od książki. Oczywiście, był okrojony. Ale reżyser nie musi sztywno
trzymać się pierwowzoru, a sam film, jako odrębna historia została dobrze poprowadzona.
PODSUMOWUJĄC
Ogólnie po obejrzeniu
towarzyszyły mi uczucia mieszane, z lekką przewagą pozytywizmu. Podobało mi się tło, efekty na najgorszym
poziomie nie były, a aktorzy świetni (z pewnymi wyjątkami). Wersja Columbusa
była na tyle ciekawa, że powinna zaskoczyć tych, którzy książkę tę czytali i nie. Uwadze
nie umknie niestety zmieniona fabuła, ominięcie pewnych wątków i dodanie jeszcze innych.
Fanów zapewne to nie zadowoli, ale mnie się podobało. Nie jest to może przykład
idealnej ekranizacji, ale czy słowa da przenieść się na ekran? Mnie efekt
końcowy zadowolił i nie wierzę, że to powiem… ale gdyby Riordanowi podczas pisania Złodzieja Pioruna zaproponowali pewne
fragmenty występujące w filmie, książka okazałaby się znacznie lepsza. Szkoda, że autor nie pomyślał o bitwie o piorun z Lukiem, zamiast wsadzać mu go magiczną siłą do plecaka. Tak byłoby ciekawiej. Złodzieja Pioruna jako ekranizację uważam za totalną pomyłkę i błąd niewybaczalny. Jeśli zaś, miałabym na treść książki przymrużyć oko, całość prezentowałaby się całkiem w porządku i byłaby jak najbardziej godna obejrzenia.