31 maj 2015

Jak beznadziejnie zakochać się w książce? "Hopeless"



Przepraszam, mówi. Jest zmęczona, potargana, jest też widocznie przejęta i przygnębiona przede wszystkim. W twarz mi rzuca, że nie wie dlaczego, jak i kiedy, odwraca się, unosi rąbki sukienki i jak ta laska z High Hopes ze spływającym tuszem na policzkach ucieka przed konsekwencjami. Postradała zmysły? Nie, po prostu jest winna. Każda łza każdej i każdego z nas ciąży jej na sercu, oddałyśmy i oddaliśmy jej własne, a ona zbezcześciła ten cenny narząd najpierw zapewniając mu poczucie bezpieczeństwa, później zostawiając na pastwę wygłodzonych wilków. Imię ma dziewczęce, irlandzkie i dźwięczne. Jest blondynką i często się uśmiecha. Nazwisko zna każdy; na świecie powoli staje się kolejnym Kowalskim, Smithem lub niemieckim Schulzem.

Colleen Hoover. To ona uświadomiła mi, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że życie jest niekończącym się pasem zdarzeń i przeznaczeń. To ona uświadomiła mi, że w książce zakochać się można na zabój, po uszy i beznadziejnie.

To książka piękna na zewnątrz i piękna w środku, którą trudno ująć w słowach. Porusza problematykę szeroko pojętą: począwszy od innowacyjnego stylu bycia, po przykre wspomnienia z przeszłości. „Hopeless” nie da się nie kochać. Wzbraniałam się, w końcu kupiłam, ale omijałam wzrokiem. Nie czytałam opisu, nie chciałam patrzeć na recenzje. Czasem tylko dotykałam niezwykle miękkiej okładki i zastanawiałam się, co takiego kryje ona w sobie, że ludzie aż tak na nią reagują. A kryje niesamowicie wiele.

Sky od trzynastu lat swoje małe niebo ma w domu Karen – adoptowanej matki, niezwykle wyrozumiałej, serdecznej i wyluzowanej. Dziewczyna nie chodzi do szkoły, nie posiada Internetu, telewizora i innych nowatorskich wynalazków. Żyje sobie z Six, najlepszą kumpelą, biega codziennie rano, wieczorem spotyka się z chłopakami. Wydaje się normalna, ale niech mnie diabli wezmą, taka nie jest.
Wszystko wraca. Wspomnienia są nieuchronne, zawsze się pojawiają. Wystarczy jedno spojrzenie, a człowiek nagle odkrywa cały świat. Wystarczy jedno pójście do szkoły, jedno przypadkowe skrzyżowanie wzroku, i w końcu wystarczy jeden chłopak, który wie o Tobie więcej niż ty sama, aby świat dosłownie stanął na głowie.

W niemałym szoku jestem po przeczytaniu tej książki, bo spodziewałam się czegoś innego. Czegoś… normalniejszego, bardziej obyczajowego? Jak w „Morzu Spokoju” szukałam mroczniejszej strony, mocnego makijażu i buntu. Tyle, że tam był, a tu go zwyczajnie nie ma. „Hopeless” całą swoją beznadziejną naturą przytłacza mnie od tygodni – tę recenzję piszę bez emocji, po czasie pełnym przemyśleń, wnikliwszej analizy i teraz wiem, że to książka z przekazem mocnym jak młot Roberta Baratheona.

A zaczęła się dosyć nietypowo i jednocześnie trochę mnie zdystansowała. Spodziewałam się czegoś w typie „Śmierć nie jest taka straszna, gdy ją przeżyjesz” albo „Nienawidzę swojej lewej ręki”* a dostałam masę pocałunków, odrzucające momenty napawające irytacją. A później? Później zaczęła się moja miłość. Colleen Hoover świetnie rozłożyła zagadkowość tej książki; wieczne niedopowiedzenia, tajemnice i sekrety były powodem, dla którego prawie zarwałam noc, a opuszki palców starły mi się od przewracania kartek. Nie potrafię wymienić wad tej książki, poza trochę zniechęcającym początkiem, ponieważ ta książka jest idealna. IDEALNA. Tak – pogrubię, zapiszę drukowanymi. Początkowo jest leniwie beztroska, później poprowadzona z dramatycznym obrotem akcji. Pewnych elementów się spodziewałam, ale myślałam sobie, że to zbyt nieprawdopodobne, żeby właśnie na takie rozwiązanie zdecydowała się autorka. Widocznie mam nadprzyrodzony zmysł, bo mimo, że to się wydarzyło, i tak siedziałam wmurowana w fotel, w szczęką odgniecioną na kolanach, z rękoma drżącymi bez przerwy.

Kocham tę książkę. Kocham jej okładkę, która jest w dotyku jak kłębek chmurki. Kocham prolog, który podobnie jak w „Ostatniej Piosence” był intensywny, i destrukcyjny jak huragan, kocham też i epilog, który ścisnął mnie za serce. Wstrzymywałam się, serio. Nie chciałam płakać, bo nie płaczę przy książkach, które wzruszają. Jak na ironię, łzy lecą mi za każdym razem gdy wychodzę na domu i wiatr zawieje mi w twarz, ale nigdy przy książkach z gatunku NA i YA. Kocham tę książkę, za to że pozwalała mi wstrzymywać łzy przez większą część, a później wraz z którąś z kartek magiczny przycisk się popsuł a moja twarz zaczęła wyglądać jak po śmigusie-dyngusie. To książka-autodestrukcja. Niszczy po cichu, i zupełnie jak papieros, kartka po kartce zabija coś wewnątrz człowieka. 

Nie chciałabym, żeby ktoś odbierał tę książkę jako romans, kolejne romansidło. Proszę. Nie oceniaj. Tej książki. Pochopnie. Fakt, mamy tradycyjny schemat. Ona – nowa w szkole, zdystansowana i niezdająca sobie sprawy ze swojej zabójczej urody oraz on – chłopak, o którym dużo się słyszy, o jego wybrykach także, niezbyt ciekawej popularności. To proste jak dwa plus dwa, wystarczy dodać te dwie główne osoby i mamy gotowy romansik dla młodzieży i nie tylko, ze światłą, angielską nazwą, bo angielski jest przecież taki cooltrendy max – New Adult. Otóż nie, moi mili. Uwierzcie, problematyka tej książki jej bardziej rozbudowana niż Nowy Jork, jest obszerniejsza niż niejedna książka Kinga, i co ważniejsze – jest tematem tabu, którego bacznie staramy się omijać, o którym nie mówi się przy dzieciach, ale który przede wszystkim jest i potrzebuje takich środków jak książka by stał się choć odrobinę zauważony.

Kocham stan, w którym znalazłam się czytając tę książkę. Wspólne wzloty i upadki, wspólne potknięcia i trudne momenty. Pokochałam bohaterów za ich wyjątkowość – każdy jest inny i ma własną cechę charakterystyczną. W takim miejscu jak zakończenie wypadałoby napomknąć co nie co o poleceniu. Boże, polecam, oczywiście. Niech mnie torturują, niech mi grożą, ja i tak polecę Wam, polecę Wam, jak żadną inną książkę. Czytajmy „Hopeless”, które jest cichą wodą, które porusza sprawy i problemy bardzo poważne, jednocześnie dając nam w prezencie otoczkę miłości i ciepła. 

To cud pełen niedomówień i tym niedomówieniem skończę i ja, bo to książka której fenomenu nie można zamknąć w paru akapitach.


Hopeless | Losing Hope | #2,5 Szukając Kopciuszka

* Morze Spokoju, Katja Millay
Czytaj dalej

28 maj 2015

"We are the Fallen Angels"


Miasto Kości | Miasto Popiołów | Miasto Szkła | Miasto Upadłych Aniołów | 

Ktoś kiedyś wspomniał, że najgorszą zmorą recenzenta są książki przeciętne. Recenzje owych powieści pisze się zdecydowanie najtrudniej – należy wypisać wszystkie „za” i „przeciw”, a na koniec zmierzyć się z podsumowaniem, który zwieńczyć można niezbyt emocjonalnym i przekonującym poleceniem, lub skwitować zwykłym: „można, ale po co?”. Tak też czuję się po lekturze „Miasta Upadłych Aniołów”, czwartego tomu serii „Dary Anioła” Cassandry Clare. Gdy byłam jeszcze młodą i mniej zaczynaną niewiastą każdą część spod pióra autorki pochłaniałam w jeden dzień/wieczór/moment. Dzisiaj jest inaczej. Teraz – po dwóch miesiącach lektury – czuję się wreszcie wolna. Wolna od wiecznie nękającej mnie Clare, jej wcale nie tak dobrej książki i uczucia, że prędzej Manhattan ogarnie chaos upadłych aniołów, niż ja skończę  czytać tę książkę.

Ale mimo wszystko zastanawiam się nad tym, skąd ta autorka czerpie pomysły.

Bo dzieje się dużo, ale nie jest to równomiernie rozplanowane. Początek sprowadza nas na ziemię, przypomina o balach, przymierzaniu sukien, trudnych chwilach w związkach. A potem nadchodzi fala morderstw. Fala wampiryzmu. Fala klątwy i potencjalnych zabójców. Opętania. Wskrzeszenia. I Lilith. Końcówka tej książki jest naprawdę zabijająca, ale za nim do niej przejdę, raczę poświęcić chwilę pewnym wyjaśnieniom.

Clary Fray po skończonej wojnie z Valentinem wraca do domu, gdzie rozpoczyna naukę jako Nocna Łowczyni. I nawet jeśli bardzo by się starała, nie przegapi jednego niuansu. Ktoś zabija Nocnych Łowców i prowokuje w ten sposób rasę Nefilim i Podziemnych. Jej przyjaciel Simon też nie ma łatwo – matka już wie o jego prawdziwej tożsamości, dlatego wyprowadza się od niej, poznaje nowych ludzi, a na drodze czeka go wiele śmiertelnych niespodzianek. Moc klątwy niszczy jego życie, ale każdy o zdrowych zmysłach chce mieć go po swojej stronie. A Jace? Jace się izoluje. Jace się ukrywa. Jace w tej części nie jest tym Jace’em, ale to tylko pułapka pani Clare. Wstęp do kolejnego piekielnego rozdziału.

Chyba nikt z tej powieści nie jest zbyt zadowolony. Historia historią, ale całość początkowo wydaje się naciągana i pisana na siłę. Bo wiecie, „Dary Anioła” miały być trylogią. No cóż, skończyło się na sześciu tomach i to właśnie ten zaliczam jako najsłabszy. Brakowało mi w nim kilku aspektów, ale i pojawiły się nowe, niezbyt przekonujące.

Pierwszym jest Simon. Ta książka jest niewątpliwie „jego chwilą”. Po zdarzeniach z „Miasta Szkła” zasługuje na dłuższą chwilę uwagi – owszem, ale tak długiej to ja bym mu nie przekazała. Simon nigdy nie należał do moich ulubieńców, i mimo że jego osoba z chwili na chwilę zyskiwała w moich oczach, kompletnie nic to nie dało, bo i tak z wytęsknieniem czekałam na powrót do nierozwiązanych wątków innych bohaterów. Wątków to w sumie dobre słowo. A była ich masa. Powieść ta, wyglądała nieco jak parę odrębnych opowiadań ze wspólnym kulminacyjnym momentem, które porwano na strzępy i na przemian poukładano. Irytowało mnie wyczekiwanie, irytowała mnie zbyt powolna akcja, irytował mnie Simon i Jace też z biegiem czasu zaczął mnie wkurzać. A to się zwykle nie zdarza.

Nie mogłam patrzeć na jego imię, poważnie! A szczególnie odmienione w dopełniaczu i bierniku. Znacie to uczucie, kiedy żyjecie ze świadomością, że imię „Jace” tak ładnie się w „Darach Anioła” odmienia, a tak naprawdę to jest ono błędne, bo tłumacz nie ogarnął zasad tłumaczeń imion z końcówką taką i taką, a na czwartym tomie zorientował się, że coś tu nie gra. Chce Jace'a a nie jakiegoś śmiesznego Jace'ego. Nie unoszę się ani nic, ale serio – to strasznie irytuje.

Dosyć z minusami. Książka sama w sobie nie była przecież taka zła. Wątek Lilith i rytuału tworzenia z dzieci armii malutkich demonów zniszczył mnie wewnętrznie. No totalny mindfuck. Clare rządzi i rządzić będzie, a problemy z tą częścią są według mnie chwilą nieuniknioną – trylogię praktycznie zamkniętą, z wątkami pokończonymi odrodziła na nowo, przez co „Miasto Upadłych Aniołów” rozpoczyna się tak mozolnie jak każdy pierwszy, wprowadzający tom. I tak jak w pierwszym tomie pojawiają się nowe twarze, nowe miejsca i kryzysy. Jest zupełnie inaczej, a jednak podobnie.

Dwa słowa. Pięć sylab. Czternaście liter. Zakończenie idealnie nieidealne i wręcz zdolne do wstrzymania serca, do ataku szału, do załamania nerwowego. Nie przesadzam. Oszałamiające i niezwykle enigmatyczne. Takie zakończenia chcę czytać i dzięki Bogu, że znam losy kolejnego tomu, bo z niewiedzy chyba bym nie wytrzymała.

„Dary Anioła” to seria, dzięki której pokochałam czytanie. Sentyment mój do niej przerasta Narnię, Hogwart i Westeros razem wzięte, dlatego moja skromna rekomendacja zapewne nie będzie w stu procentach obiektywna. To tylko upadek. „Miasto Upadłych Aniołów” musiało być słabsze i bardziej rozwleczone, żeby „Miasto Zagubionych Dusz” za nią nadrobiło, pokazało klasę i cały kunszt pisarski Cassandry Clare. Część ta musiała być nudniejsza, bo robiła za wprowadzenie do całkiem nowych wątków, całkiem nowych historii i świeżego, ciekawego zarysu.
Polecam, ot tak. 
Wiem, że kolejna część Was nie zawiedzie i wiem również, że równie mocno jak ja pokochacie Nocnych Łowców, świat pełen demonów, walk o wschodzie słońca, kiedy świat wygląda jak skąpany we krwi wojowników.


Czytaj dalej

24 maj 2015

TOP5. Najbardziej hardcorowe mamy na Dzień Matki!



Dzień Matki zbliża się wielkimi krokami, dlatego chciałabym przybliżyć Wam oblicza tych silnych kobiet, żon i mam. Dlaczego? Być może w małym hołdzie – zwykle ich macierzyństwo nie gra pierwszych skrzypiec w powieściach, ale przecież fakt, że są fikcyjnie, nie oznacza, że ich problemy również takie są. Każda z nich jest niepowtarzalna i źle czułam się układając je w kolejności od mniej ważnej, do silniejszej, ponieważ są one równie wyjątkowe i na swój sposób osiągnęły niemożliwe. Tego dnia każda matka jest tak samo silna i tak samo nieugięta.


Rosie Dunne "Love, Rosie"
Rosie to osiemnastolatka, która nie równa się z władczymi kobietami średniowiecza – nie władała ani Bizancjum, ani Westeros. Ale w życiu przeżyć musiała wiele. Niechciana ciąża przekreśliła jej plany i pozbawiła marzeń. Czy jest hardcorowa? Sam fakt w jakiej sytuacji została postawiona w tak młodym wieku, dowodzi jej sile i nieustępliwości. Jej sytuacja sprawiła, że sama zastanawiałam się, czy poradziłabym sobie z takim balastem, potrzebą marzeń, które musiałabym w mgnieniu oka przenieść na drugi plan, odłożyć na później. Rosie to osoba, która zamiast imprezować i cieszyć się studenckim życiem, test dorosłości zdać musiała w domu, trzymając w ramionach malutką córeczkę, symbol jej dojrzałości i siły.




Jocelyn Fray – "Miasto Kości"
Kobieta, która po wielu latach przerwy od treningów z serafickimi ostrzami, potrafiła zdzielić demona w kuchni swoją teflonową patelką. Kobieta, która nie tylko jest wielką wojowniczką, ale i opiekuńczą matką. Zataiła przed córką prawdziwe korzenie, przy pomocy czarownika wymazała jej wspomnienia. Zamknęła ją w wielkiej bańce, tylko dlatego, żeby nikt więcej ich nie zranił. Otóż Jocelyn nie miała łatwego życia – była przecież żoną Valentine’a, człowieka który chciał zgładzić świat, i aby nie zaspojlerować co niektórym – wyrządził krzywdę ich rodzinie większą, niż mogłabym opisać. To dlatego chroniła córkę przed Nocnymi Łowcami i bardzo podziwiam ją za to, że przestała być jedną z nich, stała się emigrantką. Uciekła przed swoim życiem, powołaniem i przeznaczeniem. Chciała o tym świecie zapomnieć, mimo, że pozostawiła tam również wielu znajomych i przyjaciół.


Catelyn Stark – "Gra o Tron"
Nie chciałabym dożyć dnia, kiedy moje dzieci zostałyby wysłane do stolicy kraju w sprawach "edukacyjnych, oświatowych i rekreacyjnych", aby później stamtąd nie wrócić. Catelyn Stark w Winterfell została tylko z trójką synów: Robbem, Branem i Rickonem. Reszta dzieci wraz z mężem wyfrunęła do Królewskiej Przystanii, a później w świat (albo do Nieba). Każdy w inną, niekoniecznie dobrą stronę. Pewnie na blogach przeczytała gdzieś o makabrycznym usposobieniu Georga R.R. Martina do rodu Starków, ale i bohaterów, którzy żyją sobie za długo. Dlatego wszczęła poszukiwania, powysyłała posłańców, a sama udała się wspierać najstarszego syna na polach bitwy. I taką właśnie ją zapamiętałam – cały czas wierzącą, że w końcu wraz z mężem i dziećmi usiądą w Bożym Gaju by nacieszyć się boską, jak i własną obecnością. Cały czas waleczną i kibicującą synowi. Tą, która przez wielu uznana była za wielką jędzę, a według mnie miała po prostu trudne życie – począwszy od niechcianego małżeństwa, po śmierć w rodzinie, trudne rządy i zdrady.


Karen Davis – "Hopeless"
Przybrana matka Sky, o której nie mogę powiedzieć zbyt dużo, ponieważ posłalibyście mnie za kratki za spojlerowanie. A jest co spojlerować. Jaka mamą jest Karen? Dającą dużo swobody, niesamowicie miłą i sympatyczną.  Ale jak każdy ma własne demony przeszłości. Pewien incydent sprawił, że postanowiła zmienić życie Sky, uczynić je lepszym. Karen uratowała Sky przed czymś bardzo, bardzo złym, narażając się tym samym na aresztowanie. Wszystko co zrobiła, wszystko co dokonała przez trzynaście lat macierzyństwa, wzięło się przede wszystkim z altruistycznych pobudek. Wyrzekła się normalnego życia tylko po to, by zapewnić bezpieczne swojej córce. Zaryzykowała życiem, by ją ocalić. Poświęciła się by oszczędzić jej cierpienia. Chylę czoła, Karen Davis.


Lily Potter – "Harry Potter i Kamień Filozoficzny"
Lily zaszła w ciążę jesienią 1979 roku. W tym samym czasie pojawiła się pewna przepowiednia dotycząca dziecka, które po narodzeniu będzie miało moc, jakiej Czarny Pan nigdy nie będzie znać. Potterowie ukrywali się zatem, a 31 października 1981 roku, Voldemort wszedł do ich domu. Przed  śmiercią James Potter rozkazał Lily, by zabrała Harry’ego, do czasu aż do nie spróbuje powstrzymać Voldemorta. Jednak nieuzbrojony James nie miał szans z tak groźnym napastnikiem. Sam Voldemort chciał dać Lily szansę. Ona stanowczo odmówiła i gdy stanęła przed kołyską swojego dziecka, Czarny Pan ją zabił. Ponieważ śmierć Lily była czystą ofiarą, Harry został oznaczony ochroną jej miłości i dlatego zaklęcie Voldemorta odbiło się jak od tarczy, niszcząc jego ciało i pokonując go tymczasowo.
Ale jestem pewna, że większość z nas o tym wie, prawda?
Lily Potter udowodniła nie tylko swoją nieustępliwość, ale i niesamowitą ufność w miłości. Oddała życie za swojego syna, a gdyby właśnie tego nie zrobiła, z pewnością nie istniałby tak potężny czarodziej jak Harry.


To tylko piątka, ale warto pamiętać, że ile mam, tyle pierwszych miejsc. 

Jestem ciekawa w jakim stopniu zgadzacie się z moimi wyborami, kogo byście dodali. 
Czekam na Wasze komentarze i ucałujcie ode mnie swoje mamy! 

Czytaj dalej

20 maj 2015

Klucz do bram zniewolenia


Jestem oszołomiona.
Na piedestał wnoszę chwile, które swoją wyjątkowością pozwalają mi recenzję powieści pisać od razu, gdy w mojej głowie nadal unoszą się opary ostatniego rozdziału, który zamiast unieść się ponad wszystko i pozwolić o sobie zapomnieć, pochłania każdą szarą komórkę mojego mózgu, każda tkanka sączy tę historię nieprzerwanie. Jestem oszołomiona, ponieważ zapomniałam jak smakuje książka emocjonująca – „Love, Rosie” i „Pandemonium” powoli odchodzą w niepamięć, a ja na oślep i hurtowo wybieram oraz czytam książki, które mogą lub nie muszą przypaść mi do gustu. Ta przypadła, zdecydowanie. Wykonała na mnie wyrok śmierci, bo chcąc nie chcąc, dołączyłam do nich, do „Skazanych”.

Debiuty to podstępne stwory. Cwane i wyrachowane, czasami wyglądające na zniedołężniałe, pisane w pośpiechu, bez ładu i składu, bez rozplanowania fabuły, jej proporcji i przemyślenia. Jednak nie zawsze. Jednak nie dziś. Pod może trochę zbyt prostym, a jednak wzbudzającym niepokój i zaciekawienie pseudonimem Alice Hill, autorki „Skazanych” kryje się prawdziwe polskie nazwisko, prawdziwej polskiej blogerki. Sytuacja dość ciekawa, to już kolejna książkowa recenzentka, która postanowiła spróbować rzemiosła pisarskiego i to z całkiem zadowalającym skutkiem. Co ja bredzę, ze skutkiem kosmicznym. Monumentalnym. Mistrzowskim.

Piszę pod grafikę. To ona jest dla mnie natchnieniem i to od niej zaczynam każdy tekst. Ustawiam sobie ją na tapetę, włączam nostalgiczne Clair de Lune czy Johna Murphy’ego na przykład, wczuwam się w klimat, bawię się w dobrą i intrygującą prezenterkę. Zaczynam. Włącz sobie  więc Sunshine, The End i rzuć okiem na tę grafikę, o której wspomniałam. Też zacznij.

Całkiem niedawno pewna dziewczyna odnalazła zwłoki matki. Miękkie, ciepłe jeszcze, kontrastujące z zimnem kuchennych płytek, które jakby spijały życie z jej delikatnego ciała. Wtuliła się w jej ramiona, trzymała za dłoń, gładziła twarz, z której blask gasł wraz z każdym kolejnym cichym łknięciem córki. Wkrótce przeprowadziła się wraz z ojcem do innego miasta. Zaczęła chodzić do innej szkoły. Zaczęła poznawać innych ludzi. Wyłączyła uczucia i zapewne, jak powiedziałby to Damon Salvatore z „Pamiętników Wampirów” – wyłączyła człowieczeństwo. Tylko, że ona istotą nadprzyrodzoną nie była. Istoty nadprzyrodzone były wśród niej. Tak samo jak szkatuła od zmarłej matki, a w niej list, który skrywa tajemnice i wyjaśniłby wszystkie pytania, gdyby….  Gdyby dziewczyna zdążyła go przeczytać.

Być może jest tu chaos, być może zapomniałam czegoś dodać, ale uwierzcie – jest noc kiedy to piszę. A od zawsze uważam, że książki dobre o wiele łatwiej recenzować chwilę po lekturze. Te złe i przeciętne wymagają zastanowienia, męczących kontemplacji. A „Skazani” to powieść jak to morze na zdjęciu powyżej, roztrzaskujące się o skały. Wzburzone i wzburzające, zazwyczaj wybijające jednostajny rytm, ale i nieprzewidywalne oraz chaotyczne. Książka „Skazani” świetnie przypomniała mi, za co ludzie kochali i będą kochać paranormal romance.


Bo tak, może tego nie widać, ale to jest paranormal. Chociaż romansu dzięki Bogu w nadmiernych dawkach tam nie było. Ostatecznie patrząc przez pryzmat moich lekkich doświadczeń z YA i NA mogłabym tę książkę ulokować tak gdzieś pomiędzy i nimi, – jeśli ta pięćsetna cegła w ogóle tam by się zmieściła. Jak wspomniałam – romansu było zasadniczo niewiele, a jeśli był i tak ograniczał się do wiecznych kłótni, nieporozumień i… omdleń. Dzięki tej skromnej i subtelnej ilości wątku miłosnego wypatrywałam go często, niczym zagłodzona wilczyca – albo, co wydaje się odrobinę wiarygodniejsze – kolejna nastolatka. Trójkąt miłosny – Thilli, Asmund i Adán – był tylko zabawną kumulacją zachwytów, wulgarnych napadów zazdrości i gniewu; był tylko dodatkiem, częścią czegoś większego. Poza tym, całkiem dobrze wypadła autorka opisując dialogi.  W podobnych powieściach często wydają się sztuczne i sztywne, ale tutaj są zdecydowanie na porządku dziennym. Ogólnie całość językowo prezentowała się bardzo przystępnie – dodatki w postaci ironii jeszcze bardziej wyrabiały sobie u mnie pozytywną opinię, a malownicze opisy przywodziły mi na myśl równie bogate pióro Cassandry Clare.

Całość nie pozostaje jednak bez skazy – przez długi okres nie mogłam polubić Thilli, głównej bohaterki, która po prostu działała mi na nerwach. I nie wiem, czy był to zabieg zamierzony czy nie, z biegiem czasu naprawdę zaczęłam jej współczuć. Stopniowo zdobywała moją sympatię, bo i wydoroślała, poukładała pewne sprawy, opanowała swoje słabości (szczególnie te przed chłopakami). A jeśli już o nich mowa – brunet, blondyn. Hiszpan, Norweg. Obiekt wzdychania każdej z dziewczyn, szkolny dziwak i outsider. Takich schematów jest więcej – dziwna aura roztaczająca się wokół ludzi przywodzi mi na myśl „Akademię Wampirów”, ogólny klimat liceum i najlepszej przyjaciółki – „Wybranych” C.J. Daugherty. Jednak tego nie widać, to są jedynie małe trybiki w wielkim, potężnym systemie. Wspominam o nich, bo to elementy które być może jeszcze pamiętamy, które być może przebijają się jak przez mgłę w naszym mózgu i wcale nie wywołują oburzenia, a jedynie miłe uczucie powrotu do dawnych książek.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o niesamowitych ilustracjach zdobiących każdy rozdział, ale i nie tylko. Najbardziej do gustu przypadła mi ta z zakonnicą w płomieniach i z ptasimi szponami. (Jeśli Was to ciekawi – tak, uczy mnie siostra zakonna. Znajome widoki cenię sobie ponad miarę). A jeśli przy religii już jesteśmy – jest tu coś, czego nie znalazłam w żadnej innej młodzieżowej powieści. Biblię. Adama i Ewę, Lilith, Upadek. Zbuntowane anioły, zakochanego Lucyfera, nienawiść pierwszych ludzi. To. Jest. Cudowne. To, że ta historia się zazębia. To, że poznajemy ją z kilku perspektyw odkrywając przy tym inne tajemnice. To, że biblijne motywy są tak niesamowicie genialnym i mało wykorzystywanym motywem w paranormalach. To, że tak naprawdę czytając te historie z Edenu nie wiemy dlaczego autorka ma na celu je przedstawienie, ale myśl, że jest to ważne nie daje chwili spokoju. Męczy nawet, gdy tę książkę odłożysz. Nie czytaj jej przed snem, bo zanim się obejrzysz, pochłoniesz kolejne rozdziały. To książka z gatunku tych, które nie męczą. Jej ilość stron (577) sprzyja uzależnieniu; sięgasz częściej, bardziej, intensywniej. Aż do ostatniego słowa.

Kończy mi się kartka w Wordzie, co podpowiada, że pobiłam własny rekord rozpisywania się, który uprzednio należał do recenzji „Teen Wolf”, bodajże. Mimo ilości liter nie wiem czy osiągnęłam maksymalną objętość by oddać wszystko co zamierzałam, czy kiedykolwiek będę w stanie zebrać to w jednym akapicie, w zakończeniu. Polecam tę książkę obowiązkowo tym, którzy w głębi serca paranormal romance nadal kochają, którzy darzą ten gatunek sentymentem tak ogromnym jak ja. Ale jeśli wzdrygasz się raz po raz, słysząc tę nazwę, nie bój się. Jest tu ziarno Young Adult, dobrze rozwinięty wątek psychologiczny, tysiące stron thrillera i odrobina szkolnych podziałów. Jest tu rzadki motyw biblijny – rzeczy, o których na religii się nie mówi, albo te ukazane z trochę innej perspektywy. Są tu nadprzyrodzone istoty, chociaż bardzo mało i bardzo rzadko. Niesamowicie intrygujące zakończenie i napływające raz po raz pytania z nim i całą resztą książki związane, ciekawią mnie niezmiernie. I tak, nie mogę doczekać się kolejnego tomu. I nie boję się, że do tamtego czasu mogę wszystko zapomnieć. Tę książkę mogłabym przeczytać jeszcze wiele razy. Jest fascynująca. 

Czytaj dalej

17 maj 2015

Już czas


Dawno, dawno temu Dominika Mar obdarowała mnie nominacją, którą dzisiaj - w związku z szablonowym zawrotem głowy i brakiem czasu na wszystko - postanawiam wykorzystać. Dziękuję! :)

Czy przeszkadza Ci to, że ktoś nie czyta? Krytykujesz go wtedy lub zachęcasz do czytania? A może jest Ci to zupełnie obojętne?
Jasne, że nie przeszkadza. Każdy żyje własnym życiem i zmuszać nikogo nie będę. Ale jeśli zainteresuje się, zapyta, poprosi o jakąś rekomendację - polecę i zachęcę, Chętnie pomogę, ale nic na siłę. Czytanie ma być przyjemnością.

Masz jakieś plany na wakacje?
W tym roku stawiam na odkrywanie własnego miasta i okolic ze znajomymi i przyjaciółmi. Wyjeżdżam tak często, że ciężko jest mi się zorientować co i jak; mój okoliczny patriotyzm pomału umiera i to dobra okazja, by zrobić sobie przerwę, aby odrodził się na nowo.

Czy masz taką książkę, która przypomina Ci o jakimś miejscu? Jaką?
"Anioły i demony" są dla mnie idealnym wspomnieniem zwiedzanego Rzymu. To niesamowite jest czytać książkę opisującą elementy renesansowych budowli automatycznie je zwiedzając, doczytując się i oglądając wszelkie zabytki na własne oczy. Niesamowite jest przechodzenie przez most ze świadomością, że w plecaki mam książkę, w której poprzedni rozdział poświęcony był własnie jemu - zagadce z nim związanej. figurom coś symbolizującym, jego historii i fascynującej przeszłości.

Jaki jest twój sposób na przesilenie wiosenne i związany z tym brak energii? 
Ludzie nie wiedzą, jaką moc skrywają zainteresowania. Warto mieć coś, co zabierze od codziennego zła w pracy, szkole. Coś, co sprawi, że każda minuta zacznie lecieć szybciej, a my w tym czasie odpowiednio zrelaksujemy się i nabierzemy sił. Warto mieć coś takiego, jakąś alternatywę.

Czy kiedykolwiek jakaś książka zainspirowała Cię do czegoś? 
Wszystkie książki mnie inspirują - jeśli tylko mają to "coś". Niektóre sprawiają, że kolejne posty na blogu pojawiają się w takiej a nie innej formie, mają takie a nie inne rozpoczęcie i zakończenie. Niektóre sprawiają, że mam ochotę wyjść i zrobić coś ze swoim życiem. Inne dają poczucie wolności i braku ograniczeń. Są książki, któe budują we mnie wiarę, motywują do działania, inspirują do tworzenia, ale najbardziej lubię te, któe pozwalają mi dorastać.

Bez czego nie potrafisz wyjść z domu?
Bez butów. Ale i z tym bywają wyjątki. 

Jaka jest Twoja ulubiona i najbardziej znienawidzona okładka książki?
"Julkowa trylogia" mówi sama za siebie. Mogłabym wpatrywać się w nią godzinami. A znienawidzona? Zapewne "Eragon". Kiedy widzę tę okładkę gdzieś w bibliotece mam ochotę ją zerwać. A książkę obłożyć ogniem. :) Okładka przypomina mi o zmarnowanych miesiącach, o męce, o najgorszej książce i najnudniejszej, najbardziej chaotycznej i zagmatwanej. Okładka sama w sobie może i jest okej, ale skojarzenia za to mam nieprzyjemne. 

Co zajmuje Ci zawsze najwięcej czasu na co dzień?
Siedzenie w klatce od siedmiu do dziewięciu godzin dziennie, włączając w to parominutowe przerwy. Z potrzeb każdego człowieka - sen. Z czynności chętniej lub mniej chętnie przeze mnie wykonywanych - pisanie, nauka.

Co jest twoją największą motywacją do działania?
Myśl o przyszłych efektach. To, niezależnie od obranego celu, zawsze daje odpowiedniego kopa i dzięki temu można osiągnąć wszystko. Tak mniemam. 

Kawa czy herbata? Jaka jest Woja ulubiona?
Nie rozumiem tego całego podziału na ludzi "pijących wyłącznie kawę, lub wyłącznie herbatę". Uwielbiam zarówno to i to, co prawda - na kawie nie znam się najlepiej, nie jestem smakoszem i raczej nie piłam jeszcze kawy z prawdziwego zdarzenia, więc moim najbliższym napojem jest herbata. Czarna z miodem i cytryną lub moje najnowsze odkrycie: czarna herbata z pigwą i granatem oraz płatkami krokosza. 

Nominuję:

Moje pytania do Was:
Jak widzisz siebie na 10, a nawet 20 lat?
Ulubiona książkowa para? Dlaczego?
Najgorsza książka, którą przeczytałaś/eś?
Jak jest twoim zdaniem najlepsza ekranizacja?
Czego Ci brakuje?
Z jakim książkowym bohaterem utożsamiasz się najbardziej?
W czym jesteś dobra/y?
Wyobraź sobie, że jesteś owocem. Jakiego smaku i koloru sok można z Ciebie wycisnąć?
Piosenka, której możesz słuchać 24/7?
Wierzysz w magię i znaczenie liczb, horoskopy?
Z jaką baśnią kojarzy ci się dzieciństwo?


Jak pewnie zauważyliście - zmieniłam trochę to wnętrze. Jednokolumnowy szablon to minimalizm w każdym stopniu, jednak podobno ten minimalizm wychodzi już z mody, a blogów w stylu skandynawskim jest od groma - zdecydowałam się na ciepłe i przyjemne dla oka tło. Dla wzrokowców, którzy pamiętają mnie wyłącznie z szablonu Addiction załączam zdjęcie. Nie pomylcie mnie proszę! :D Mam nadzieję, że zmiany wyjdą na plus i każdemu się spodoba.
Cześć!
Czytaj dalej
Etykiety:

13 maj 2015

Groza, magia i śmierć.


Ctrl i Z do dwa spośród stu czterech klawiszy, których magiczne właściwości pozwalają dokonać cudu na skalę przemiany wody w wino. Przywrócić przeszłe. Czas sprzed paru minut, kiedy wszystkie zdania uznałam za bezsensowne i usunęłam je jednym kliknięciem myszki. Dwa klawisze, które uświadamiają mi jak długo i bezskutecznie zabieram się za ten tekst; ile wstępnych akapitów napisałam by potem je usunąć i obrać inny, lepszy kierunek. To nie One Direction, a Four Direction, czwarty raz zbieram się otumaniona natłokiem myśli i jednocześnie męczącym brakiem tej jednej, jedynej. Magicznej.

Magia to właściwie słowo-klucz tego tekstu. Naprawdę. Tu nią jest wszystko – począwszy od nazwiska mojej ulubionej pisarki pod tytułem, przecudnej okładki, aż po klimat oraz tajemnice.

Próba Żelaza w historii nie kojarzyła się dobrze, podobnie jak próba wody i pojedynek sądowy. Ta pierwsza to jedna z metod sądu bożego, polegająca na przejściu trzech kroków na rozpalonym żelazie. Jeśli rana źle się goiła – ochotnik został uznany za winnego. Dlaczego ochotnik? Bo nie była to próba obowiązkowa, to nie były żadne tortury, a jedynie wróżba. Inna Próba Żelaza – ta w cudzysłowie, również nie kojarzyła się ciepło i wesoło. Szczególnie dla Calla, chłopca, któremu od dzieciństwa wpajano, że magia jest złem. Jednak on, syn magów swych zdolności magicznych wyrzec się nie mógł, stąd ta Próba Żelaza była dla niego obowiązkiem. Tylko dla wybranych, ale mimo wszystko – podobnie wróżyła przyszłość. Podobnie stawiała w obliczu wielkiej niewiadomej, stanowiła jedną z ważniejszych chwil dzieci z chociaż minimalnym procentem magii w sobie, których marzeniem było ową Próbę przejść i w Magisterium naukę zacząć. Tylko on – Callum Hunt jakoś nieszczególnie się do tego pali. Kiedy mimo wszelkich starań chłopiec przechodzi Próbę Żelaza wybrany przez najlepszego z mistrzów, z najgorszym wynikiem egzaminów, wśród najzdolniejszych dzieciaków, wie, że nie skończy się do dla niego najlepiej.

A ja widząc dwa magiczne słowa na C – Cassandra Clare, wiedziałam, że to akurat skończy się dla mnie najlepiej. I skończyło, może nie idealnie, ale zadowalająco.

Ta książka jest mocno inspirowana Potterem. Walnę na wstępie i pogrubię, żeby nie było. Ale mimo wszystko, tego się tam nie odczuwa – obecność podobieństw nie bije w oczy, nie razi, ani nie mdli z zażenowania. To miłe. Miłe, że Rowling pobudziła pisarzy do kreowania młodych bohaterów żądnych przygód, poznających świat i walczących z przeciwieństwami losu. Co z tego, że mamy trójkę przyjaciół? Co z tego, że bohaterowie są w podobnym wieku? Co z tego, że mamy czarny charakter, który ma niesamowitą moc? Takie schematy w książkach tego typu są nieuniknione – to samo znajdziemy w Percym Jacksonie i nie tylko. A powiem Wam, ta książka skrywa wiele ciekawych rzeczy, które w Hogwarcie bytu nie miały! Tajemnicza sieć tuneli, w których łatwo zaginąć, w których czyhają magiczne stwory. Wodorosty w różnych smakach na kolację! Miejsce mroczne, a zarazem fascynujące.

Kolejny symbol kolejnego cudownego fandomu!
Garstka pojęć, garstka historii, garstka zasad i plotek dotyczących magów i ich życia. Ciekawe wzmianki wypowiedziane tylko szeptem niesamowicie zaostrzają apetyt na kolejne tomy. A wszystkich będzie pięć. Co mnie najbardziej zachwyciło to bez wątpienia magia żywiołów. Ogień, woda, ziemia, powietrze. Chaos. Bez wątpienia jest to chwyt uwielbiany – panowanie nad żywiołami było nam już znane z serialu W.I.T.C.H. i już wtedy zachwyciło miliony dzieci. To porównanie przyszło mi dopiero teraz; wcześniej faktycznie pomysł wydawał się popularnie znany, ale nigdy nie miałam okazji zachwycić się nim ponownie, aż do teraz – po tak wielu latach oglądania tamtej bajki wspomnienia wróciły, zauroczenie wróciło i wiara w żywioły wróciła z siłą zwielokrotnioną.


"Ogień chce płonąć,
woda chce płynąć, 
powietrze chce się unosić,
ziemia chce wiązać,
chaos chce pożerać."

Język Clare przebija się zasadniczo często. Obie pisarki doskonale się dopełniają; Cassie jest zdecydowaną specjalistką od detali, dokładnych i malowniczych opisów środowiska i miłosnych wyznań z nutką desperacji. Potrafię go już wyłapać, mam na niego uczulenie i wiem, która linijka była pomysłem i jej wykonaniem. Clare i Holly Black to dobre przyjaciółki – ich znajomość trwa już od dziesięciu lat i teraz, tak jakby jubileuszowo napisały razem książkę. I to jaką.

Obie  – zarówno autorka „Kronik Spiderwick”, jak i Cassie – wykreowały świat, jak na pierwszy tom całkiem niezły. Niezbyt głęboki, ale też nie stworzony po łebkach i na odczepne. Czytanie przygód trójki młodych magów – Calla, Aarona i Tamary jest czysta przyjemnością i samym relaksem. Zaczyna się niewinnie, równie niewinnie jak zaczął się Potter czy też Percy Jackson. Potem staje się niczym przybierające na sile tsunami. Wiecie, najpierw zaczyna się od wstrząsów, podniesienia się poziomu wód rzek. Przez większość fabuły daje zgubne sygnały – raz silniej, raz słabiej; drwi sobie z nas i żartuje, podczas gdy nadchodzi czas na ostateczne starcie. Starcie w iście spartańskim stylu. Tsunami uderza, zapiera dech, moja szczęka… serio, zbierałam ją z ziemi. Moje brwi… autentycznie wryły się w sufit, albo zaciągnęły na potylicę. Nie pamiętam, byłam zbyt wstrząśnięta, zbyt zaszokowana. Spodziewałam się zakończenia jak w Hogwarcie – puchar domów, beztroska, uczta – te sprawy. Oj, jak bardzo się pomyliłam.

„Próba żelaza” to książka świetna zarówno dla młodszych czytelników, jak i tych starszych. I jak często dzieje się w tym rodzaju powieści – tu młodsi bohaterowie nie irytują, nie zachowują się sztucznie i dziecinnie. Nie! Są ironiczni, całkiem na luzie, śmigają na deskorolkach i są jak zwykle, fajne dzieciaki. Według mnie jest to lektura idealna i idealnie wyśrodkowana  – lekka, ale nie na tyle by miała człowieka odmóżdżyć. Chcę więcej!


PREMIERA: 13 MAJA!


Za możliwość małej lekcji magii dziękuję wydawnictwu Albatros! :)

Próba Żelaza | Miedziana Rękawica
Czytaj dalej

8 maj 2015

Niezawodny sposób na wpakowanie się w kłopoty


Problemy się omija. Tak jest najłatwiej. Jeśli wchodzisz na ścieżkę i wiesz, że na drodze spotka Cię parę przykrych niespodzianek, wybierasz inną. Szukasz prostszego rozwiązania. Idziesz na łatwiznę. Jeśli chcesz być wolnym od kłopotów, stajesz się niewidzialny. Chowasz się jak do wielkiej, starej szafy, Twoja wola walki zapada się gdy siedzisz sobie wśród zwisających z wieszaków ubrań. I nie odzywasz się, bo to może wywołać niechciane potyczki. Bo to zbyt ryzykowne. Bo wtedy już Cię zauważą i nie dadzą żyć. Swoje zdanie masz tylko w myślach, obłoczki pary wodnej na fińskim mrozie nigdy nie zdradzą twych największych słabości. Sukcesem są silne ramiona, wysportowana sylwetka, zwinność i sztuka kamuflażu. Całe piękno tkwi w niewyróżnianiu się. Ciszy.

Aż do czasu. Postawa Lumikki Andersson prysła jak mydlana bańka, jednego z tych przeklętych dni. Dzień jak co dzień – mogłoby się wydawać. Dziewczyna dzierżąc w dłoni najukochańszą czarną kawę przeciska się przez grube zaspy śniegu; tak bardzo kocha szkołę, że jest w stanie poświęcić dla niej życie, kiedy na zewnątrz panują niesamowite mrozy. Odbębnić kolejny dzień i nie wpakować się w żadne bagno, myśli zapewne. No cóż, los chciał, że nie wszystko idzie po jej myśli. Ale gdy ona jeszcze o tym nie wie, wchodzi do Ciemni, takiej skrytki, odizolowanego zakątka – jedyne miejsce w liceum, gdzie pobyć można samemu. Chociaż, nie… Teraz już nie. Dziewczyna w Ciemni znalazła całą masę banknotów. Starannie wypranych, porozwieszanych na sznurkach, jakby nigdy nic, jakby były to skarpetki albo bielizna. Wypranych z krwi. A to oznacza jedno – taktyka Lumikki zawiodła. Tym razem kamuflaż nie powiódł się. Tym razem dziewczyna wpadła po kolana dzieląc bagno z trójką licealistów lubiących zabawę, policjantem i rosyjsko-estońsko-fińską mafią.

Salla Simukka
Salla Simukka mnie zaskoczyła. I pozytywnie i negatywnie, bo szczerze powiedziawszy ta powieść do najwybitniejszych nie należy, ale jest ciekawa. Ale ma potencjał. I trzyma przynajmniej równy poziom.

To bez wątpienia powieść wyjątkowa. „Pierwsza na polskim rynku sensacja fińska dla młodzieży!” Powieść, która skradła moje serce przede wszystkim urzekającym motywem – motywem baśni.  Nie jest on natrętny, ale na tyle delikatny i czasami subtelnie przewijający się poprzez cytaty, kolory, nawiązania do fabuł. Przykładem jest imię – Lumikki z fińskiego oznaczające Śnieżkę. Bo właśnie tematem przewodnim jest Królewna Śnieżka. I z takim połączniem – kryminalno-baśniowym całość prezentuje się niesamowicie atrakcyjnie i tajemniczo. Wraz z przepiękną okładką!

Na plus wychodzi również język, chociaż z drugiej strony mogłabym się do niego przyczepić. Wydawało mi się czasem, że autorka momentami ma zbyt wiele do powiedzenia. Kryminały kiedyś podczytywałam i doskonale pamiętam ten rzeczowy i wartki, typowy „kryminalny język”, którego Salla Simukka zamienia na bardziej wyniosły, bogaty i stylizowany by nadać powieści nutę enigmatyczności. To jest świetne, pobudza zmysły, sprawia, że książka nie daje o sobie zapomnieć, ale jednocześnie zaobserwować możemy przydługie opisy. Nie, nie takie jak „W pustyni w puszczy”, ale zawierające elementy, których z czystym sercem bym się pozbyła, bo odbierają powieści tej całe piękno dobrego kryminału – wartką i szybko poprowadzoną akcję.

Kolejnym, bardzo chwiejnym aspektem są bohaterowie. Lumikki pokochałam jak żadną inną bohaterkę, ponieważ, wydaje mi się, jej osoba jest najbardziej normalna i stanowi najlepszy przykład zwykłej nastolatki. Nie ma super mocy, nie pije ludzkiej krwi, ani nie staje na czele rebelii. Rebelię ma w sobie, własne przeżycia były dla niej ciosem, po którym nie potrafiła się podnieść. Z czasem zhardziała i totalnie urzekła mnie swoją niebanalną osobowością – osoby pijącej tylko czarną kawę, mającą nieumeblowane mieszkanie, uwielbiającą aerobik połączony z pewną formą sztuk walki. Ogólnie młodzież przedstawiona w tej powieści wreszcie zachowuje się jak młodzież. Bez wymuszonych i starych żarcików z czasów naszych rodziców, a tych tak bardzo "moich", że nie miałam pojęcia o ich istnieniu poza szkołą, a co dopiero w Finlandii. Czułam się jakby parę znajomych osób tam siedziało – w tej książce – i dyktowało bohaterom jaką kwestię mają powiedzieć. I byłoby w sumie idealnie gdyby nie oni. Chłopcy. Dwoje bohaterów, o których więcej informacji znaleźć można tylko na początku znajomości z Lumikki. Około dwa akapity na jednego. To bohaterowie główni – Kasper i Tukka – a wiemy o nich tyle co nic, a w zasadzie tylko zawód ojca tego drugiego, ich parę cech czy nawyków. I to, że lubią grać na konsoli – prawie zawsze grali na konsoli. A w porównaniu z Elisą – bohaterką równie ważną – o nich mamy śmieszną garstkę informacji, bo na problemach dziewczyny skupia się przynajmniej połowa książki. Ale jestem wyrozumiała, autorka na historię tych dwóch ma jeszcze dwa kolejne tomy.

„Czerwone jak krew” to dobry kryminał i thriller dla młodzieży, ale zapewne i dorośli dostać mogą zielone światło. Zdecydowanie urzekający był motyw baśni, wcale nienachalny, ale grający w historii pewną rolę, bez której to wszystko wydawałoby się płytkie i pozbawione  sensu. Zaskakujący, choć parę momentów udało mi się odgadnąć. Całość wygląda jak studnia. Im głębiej wchodzisz, tym bliższy jesteś rozwiązania, jednocześnie wokół wszystko robi się ciemne, zaczynasz szukać po omacku aż w końcu poznajesz zakończenie – zimne jak podziemna woda. Wokół unoszą się dziwne zapachy, zgnilizna rozkładającego się ciała, proch strzelniczy i dym. Ale gdy spotykasz tak waleczną osobę jak Lumikki, nabierasz trochę nadziei dla tej trylogii, dla całej zagadki. Jest niewątpliwym światełkiem w tunelu, a ja chciałabym znać ją osobiście.

Czerwone jak krew | Białe jak śnieg | Czarne jak heban
Czytaj dalej

5 maj 2015

Normal people scare me ("American Horror Story: Murder House")


W pewnym momencie swojego bytu zrozumiałam jedno. Lubimy się bać.

Jedni bardziej – drudzy mniej, to oczywiste. Od strachu realnego, wolimy ten wirtualny, dlatego przekonujemy się do książek Kinga, podczytujemy Jacka Ketchuma, bo strach to zdecydowanie zbyt niebezpieczne zjawisko w życiu, którego raczej w nim nie warto próbować, a raczej staramy się go unikać.

Sama horrorów nie oglądam. Tak jakoś, bez powodu. Pod presją innych, gdy narzucą oni dany tytuł – owszem. Ale nigdy mnie do nich nie ciągnęło; być może miałam wątpliwości, być może po prostu potrzebowałam towarzystwa i nie chciałam oglądać sama. Nie wiem. Nie wiem też czemu, pomimo mojej lekkiej awersji do tego gatunku, jednak zdecydowałam się na „American Horror Story”– serial, po którego nazwie można uświadomić sobie, że do najlżejszych on nie należy.

A mimo to „American Horror Story” to nie typowy horror z latającymi głowami i odciętymi kończynami – jak sugerować mogłaby nazwa. Ale pobrać się można. Dlatego nim przejdę do dalszej części pragnę rozwiać wszelkie zastrzeżenia. Nie trzeba mieć wielkiego stażu w tym gatunku, żeby stwierdzić, że jest on bardziej psychologiczny i skupia się głównie na problemach bohaterów, ich wewnętrznych demonach. Fakt faktem, pierwszy odcinek potrafi zjeżyć włoski na karku i ogólnie czołówka do najprzyjemniejszych nie należy. Do czasu. Teraz ją uwielbiam i właśnie podsłuchuję, więc można się przyzwyczaić. Ale o co w ogóle chodzi?



Jest rodzinka. Mama (Connie Britton) – kochająca i promieniejąca. Tata (Dylan McDermott) – wykształcony psycholog, którego misją jest wyswobodzenie niewinnych dusz z rąk ich koszmarów czy urojeń oraz, czego trudno nie zauważyć: ich nastoletnia córka Violet (Taissa Farmiga). Właśnie przeprowadzili się do Miasta Aniołów, czyli Los Angeles, by zacząć życie w nowym domu, ale i by uciec od starych problemów. Bo jeśli dobrze się przyjrzeć, nie mieli oni łatwo. Poronienie, zdrada, kłamstwa, prześladowanie, kłótnie, samookaleczanie – to nie jest bagaż normalnej rodziny. Ale na szczęście na ich drodze staje dom, stary, zabytkowy, bogato wyposażony, ulokowany jak najdalej od poprzedniego miejsca zamieszkania i to, tani jak but! Pakują więc swoje manatki i nadal dręczeni wyrzutami sumienia, winą i smutkiem, udają najszczęśliwszych na świecie ludzi, którym nic nie jest w stanie tej euforii przerwać. Niestety, historia domu jest bogata, zbyt bogata, a oni nie zostają w gruncie rzeczy poinformowani o jej krwawych szczegółach. Po boazerii spaceruje koleś w lateksowym wdzianku, dziewczynka z zespołem Downa, duchy poprzednich właścicieli, których lista jest tak złożona jak tablica Mendelejewa. I to, moi drodzy, to zabieg perfekcyjny.

Jak wspomniałam wyżej – bohaterów jest od groma. To znaczy, wszystko krąży wokół jednego domu i jednej rodziny, jednak niekiedy trafi się jakiś epilog, nakręcający cały odcinek i dający zarazem enigmatycznego kopa. To, co najbardziej mi się w „American Horror Story” podoba, to problematyka. Psychiatra mający problemy psychiczne, kobieta niewdzięczna i okrutna dla swoich dzieci, jednocześnie przywłaszczająca sobie cudze – to idealny przykład ironii i ludzkiego egoizmu. Kurczę, tu jest wszystko! Zakochany facet, wiecznie próbujący na nowo wbić się w łaski swojej byłej, zazdrosna kochanka, dziewczyna prześladowana w szkole, kobieta mające obsesję na punkcie zdrady męża, wścibska sąsiadka, chora dziewczynka i wiele, wiele innych! To bogaty wachlarz bohaterów sprawia, że nim się obejrzymy, wcielić trzeba się na nowo w sytuację kogoś innego; być może jeszcze bardziej depresyjną i smutną, być może romantyczną i przyjemną. Liczba bohaterów gwarantuje skoki pomiędzy osobowościami, historią i problemami, gwarantuje skoki na zmianę mieszane z płaczem, zadowoleniem, smutkiem i złością. „American Horror Story” to taka mieszanka wybuchowa, cierpliwie czekająca na odpowiedni moment do niebezpiecznego wybuchu.



Oklepany jest motyw domu, w którym straszy, no nie? Pomimo tego, że niektórym z nas, horror kojarzy się głównie z opuszczonym domem pełnym strachów, twórcy nadal kurczowo złapali się tego planu, jednak postanowiono trochę odrestaurować jego nieco już przykurzone oblicze. Bo rzeczy, które dzieją się w tych czterech ścianach są tak nieprzewidywalne, że bardziej się nie da! Serio, niekiedy wręcz absurdalne i chore, trudne do zrozumienia, do pochwycenia motywów bohaterów. Jakbym ja – piętnastolatka, pośród swojego spokojnego życia postanowiła dołączyć do Nocnych Wilków, uciekając z domu bez słowa, zafascynowana obliczem Putina. Potem zamieszkałabym w podziemiach Soboru Wasyla Błogosławionego, by odprawiać tam modły w oparach kadzidła i nadzorować nauczanie sekty. No, sorry. Wiadomo – motyw domu jest na tyle popularny, że warto przerobić go jak ciasto, by stał się elastyczny, pełen werwy i bardzo popularny. Tutaj się udało. Oglądanie AHS to jak wracanie do Scooby’ego Doo po latach rozłąki w nieco brutalniejszej odsłonie.

Klimat. Nie musi akcja być zawrotna, ważne by był klimat. Muzyka, genialne ujęcia i przygaszona atmosfera otoczenia nadrabiają każdą lukę w tym serialu, lukę nudy i przeciągania. Ale mimo wszystko, nie jest ich tam wiele. Założę się, że przygotowanie scenariusza było czynem pracochłonnym. To widać. Każda postać ma swoje pięć minut, o nikim się nie zapomina, historia każdego z osobna jest równie ważna i zajmująca. Tu jest wszystko rozłożone równomiernie – żaden wątek nie staje w miejscu, „American Horror Story” to wielka, skomplikowana maszyna, pełna małych i dużych trybików, ale razem tworzą coś wielkiego, więc działają wspólnie i w zgodzie, zazębiając się jednocześnie, przez co tworzą napęd, czyli fabułę. Silną, z sensem i bez niepotrzebnych dodatków.


Pierwszy sezon „American Horror Story” to najlepsze dwanaście odcinków, jakie spotkałam w życiu. Różnorodność bohaterów, ich odmienne problemy i ironia losu, jaka na nich ciąży nadaje mu klimat bardzo tajemniczy, zakrawający na depresyjność, ale też i wzburzony i gniewny. Piękny wątek miłosny, siła rodziny i wola walki o wspólne dobro to tylko parę urzekających cech, które utkwiły w mojej pamięci. Muzyka, ujęcia, przygaszona atmosfera i momentami absurdalnie nieprzewidywalne akcje raz za razem wyrywały mi serce z piersi, jeżyły włoski na karku, powodowały dziwne skręcanie wnętrzności. Tylko tu spotkać można takie osobliwości jak Rubber Man i sprzątaczka, którą kobiety postrzegają jako starą kobietę, a mężczyźni jako seksowną i młodą pokojówkę. Tylko tu można zobaczyć tysiąc sytuacji, które idealnie określa słowo bullshit, bijące rekordy na ustach zarówno córki, jak i ojca. „American Horror Story” polecam szukającym czegoś innego. Pełnego niedopowiedzianych słów, nierozwiniętych wątków, otwartych i przejmujących zakończeń. To nie jest horror, a psychologiczny thriller, karuzela obłąkanych dusz, których i tak na mecie pochłonie tajemnica Murder House. 


Jestem ciekawa Waszych opinii – oglądaliście, a jeśli nie, jesteście zachęceni?




Czytaj dalej

3 maj 2015

Kwietniowy Przegląd Książkowy



Kwiecień byłby nawet okej, gdyby nie to, że był całkowicie do dupy. Bo zaczął się perfekcyjnie – pierwszy tydzień, 3 książki za pasem. 3 tygodnie potem uświadomiłam sobie, że od tamtego momentu chwały przeczytałam tylko jedną książkę i długo, długo męczyłam się z 3 kolejnymi książkami, czytając je na zmianę i czekając na moment, w którym coś się zmieni. 3 to liczba perfekcji. Ale ja wiem swoje – nie w tym miesiącu.

„Morze Potworów” kontynuowałam po całkiem niezłym marcu. Riordan nadal do mnie nie trafia; jakoś ciężko jest mi się przestawić na książki łatwiejsze, typowo fantastyczne i obfite w żarciki idealne dla dwunastolatków. Osobiście nadal coś mnie w nim odrzuca, jednak mam nadzieję, że przekonam się do jego twórczości.

Przez dwa miesiące pluć mogłam do woli pod nogi Lauren Oliver, autorki „Delirium” za to, że całkowicie zrujnowała pierwszy tom, z antyutopii w połowie przeobrażając go w słodkie romansidło. Potem jednak, nadszedł moment potyczki z „Pandemonium”, dla którego geniuszu słów nie mam – autorka podniosła się z kolan i zachwyciła mnie nową, świeżą kreacją bohaterki. Silną, bohaterską.

„Love, Rosie” jest istnym cudem. Rosie i Alex dali mi niezłego kopa, uświadomili, żeby korzystać z chwili, żeby cieszyć się życiem i żeby nigdy, przenigdy nie ukrywać uczuć ze względu na inną osobę. Pokazali mi też siłę przyjaźni i uwiadomili, że tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie jej kontynuacji, żadna szkoła, wyjazd, zmiana miejsca zamieszkania. Najlepsza książka miesiąca na pewno, o ile nie najlepsza książka roku!

I w końcu „Dotyk Julii”, którego przyjemność miałam czytać drugi raz, i być może dzięki temu zmieniłam nieco swoją teorię odnośnie książek Mafi – bardziej do mnie trafiła, urzekła z dwukrotną siłą. To historia o dziewczynie, która powstaje by walczyć, mimo odrzucenia i wyobcowania. Pięknie napisana, dająca do myślenia i stawiająca na nogi.

Cztery książki na miesiąc to dla mnie standard każdego miesiąca szkoły, dlatego nie pluję sobie w brodę, nie wyrywam włosów z głowy, ani nie wydrapuję policzków paznokciami w geście rozpaczy, jak na greckim pogrzebie w czasach starożytnych. Książkowy zastój leczyłam i leczę nadal serialami: obejrzałam i zrecenzowałam „Eye Candy”, obejrzałam również cały pierwszy sezon „American Horror Story” (recenzja niebawem), zaczęłam przygodę z „Hannibalem” oraz wznowiłam oglądanie czwartego sezonu „Teen Wolf”. Nieźle, nie? Nic dziwnego, że tak opornie szło mi czytanie książek. :D
Mój ranking nieudanych imprez w literaturze cieszył się bardzo pozytywnym przyjęciem, dlatego już teraz myślę nad kolejną odsłoną TOP5, którą przyjdzie Wam oglądać już wkrótce.

Wspaniałego, słonecznego i bogatego w dobre książki maja!

PS. Jak u Was wyglądał kwiecień? 
Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.