31 paź 2015

Bohaterowie książek, cukierki i kontrola nad światem, czyli Halloween Book Tag


Halloween nie celebruję przesadnie. Symbolicznie może sięgnę po książkę nieco mocniejszą w ten dzień, lub zobaczę film Burtona, który zalegał mi od dawna, a swą tematyką wpasowuje się idealnie, jednak: przebieranki, makijaże i inne takie zostawiam na Ostatki.

A mimo to nie mogłam wprost oprzeć się temu Tagowi, więc zasady streszczam szybko. 
Wybrałam ośmiu zupełnie różnych bohaterów, zapisałam na karteczkach i za pomocą losowania, każdemu z nich przypadnie pewna rola w mojej halloweenowej zabawie.

A oto i oni:
Amy Dunne z "Zaginionej Dziewczyny"
Severus Snape z "Harry'ego Pottera"
Simon Lewis z "Darów Anioła"
Carrie White z "Carrie"
Dean Holder z "Hopeless"
Milczek z "Chłopców"
Lisbeth Salander z Trylogii "Millenium"
Violet Lasting z "Klejnotu"


Amy Dunne, czyli najbardziej pokręcona książkowa socjopatka wszech czasów! Z jednej strony – super, jest świetna w budowaniu napięcia, potrafi być bezwzględna i zawsze przygotowuje się do czegoś z przynajmniej paromiesięcznym wyprzedzeniem. Ale z drugiej  współczuję straszonym, współczuję także i sobie, wiem, że zdolna jest do okropnych rzeczy, że uwielbia suspens i jest mistrzynią kamuflażu. Zdecydowana przywódczyni jeśli chodzi o psikusy. 



Moja reakcja jest podobna do reakcji jego na powyższym zdjęciu.
Są dwie opcje. Albo Simon wykorzysta coś, co zyskał w kolejnych tomach "Darów Anioła" (spojlerować nie będę), albo to ja jestem halloweenowym nieudacznikiem! :D Jestem bardzo ciekawa, czym Simon mnie zaskoczy, ponieważ nie należy do osób, które bym o to posądziła; nieufny, zamknięty w sobie. Zresztą spójrzcie na niego! W ekranizacji Robert Sheehan idealnie odwzorował jego osobowość kujona, który przez wiele lat w sekrecie trzymał miłość do przyjaciółki.



O mamo. Znający "Carrie" Kinga wiedzą, że imprezy z tą bohaterką to nie przelewki. Na ostatniej na przykład, wybuchnął pożar, okna i drzwi zostały zaryglowane, imprezowicze zamknięci od środka, a najbliższe hydranty odmówiły pomocy! Polała się krew (dosłownie!) i setka ludzi zginęła. Nudzić się nie będziemy, prawda?



Ha! Narzekać to ja nie będę :) Holder to typowy dla młodzieżówek bohater z "przeszłością" – krążą plotki o poprawczaku, ciężkim pobiciu i wybuchach gniewu. Ale to nie ta strona Holdera, tak naprawdę jest to najzabawniejszy, najbardziej troskliwy i opiekuńczy brat, syn, przyjaciel.

Hej, do tych którzy czytali: Pamiętacie jak seans filmowy Sky i Holdera? :D


Rany, ten Tag za pomocą losowania wychodzi tak, jakbym układała to sama! Nigdy nie przepadałam za Snapem, właśnie przez to pragnienie władzy, domaganie się czegoś więcej – być może, gdyby tak wiele w życiu nie stracił, nie doszłoby do tego. Ale uda mu się. Zasługuje na przejęcie halloweenowej nocy.



To ona musi się w ogóle przebierać? :D Ok, do twarzy jej, bardzo jej do twarzy w strasznym w przebraniu, nawet i bez. Lisbeth Salander nie jest członkinią tajemniczej sekty, w rzeczywistości jest świetną researcherką, wyrachowaną kobietą, zdecydowaną i zupełnie bezwzględną. 



Nie jestem zaskoczona. Violet Lasting jest to młodziutka dziewczyna, która żyje w czasach, kiedy nastolatki zostają sprzedawane na aukcjach bogatym damom jako surogatki. Szczerze, to własnie ona spośród innych biorących udział w losowaniu pasuje najbardziej i nie mam za złe zupełnie jej zachowania. 
Tak w ogóle, to tę książkę możecie u mnie wygrać, pamiętacie?



Padło na Milczka, bohatera "Chłopców" Ćwieka, tego blondyna z nożem na ilustracji powyżej. I kolejna osoba na właściwym miejscu, bowiem jak sam pseudonim mówi – Milczek nie mówi. Poza tym jest zupełnie zdystansowany, obojętny i najchętniej nie przebywałby z ludźmi zupełnie, dlatego sądzę, że to prawda. Milczek nie pasuje do Halloween.


I tutaj kończymy! Jakby ktoś miał ochotę na halloweenowy post – zachęcam.

Ps. Świętujecie Halloween?

Ps2. Mało straszny konkurs, ale książki przerażająco dobre!



Czytaj dalej

26 paź 2015

Konkurs rocznicowy!


Dzień dobry!
Z racji tego, że dziewiętnastego swoje pierwsze urodziny bloga obchodziłam nieco sentymentalnie – konkurs, który obiecałam, będzie w pełni radosny, a zadanie, mam nadzieję, miłe i przyjemne. 



Do wygrania są dwie książki: świeżutkie, nieczytane, prosto z działu "Nowości"!



1. Aby wziąć udział musisz publiczne zaobserwowanie bloga,
2. Polubić fanpage Książka Uskrzydla oraz Wydawnictwa Jaguar,
3. (Opcjonalnie) Zaobserwować Instagram,
4. Nie musisz mieć bloga, by wziąć udział,
5. Nagród nie wysyłam za granicę,
6. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu 5 dni,
7. Nagrodzone zostaną dwie osoby z pośród wszystkich zgłoszonych,
8. Byłoby mi niezmiernie miło, gdyby ktoś udostępnił banner na swojej stronie,
9. Za udostępnienie egzemplarzy do konkursu dziękuję wydawnictwu Jaguar.

Zadanie konkursowe:

W dowolnej formie przedstaw (im bardziej kreatywniej, tym lepiej!) swoje urodziny marzeń! Lokalizacja, zaproszeni goście, muzyka, jedzenie, prezenty – wymyśl wszystko, na co tylko masz ochotę i przedstaw to w formie, która najbardziej Ci odpowiada. Droga wolna, pozwalam na wszystko – zdjęcia, opowiadania, wiersze, kolaże, rysunki, co tylko zechcesz!

Odpowiedź zamieść w komentarzu niżej, możesz również napisać do mnie maila (nataliax0611@gmail.com), wklejając również poniższy formularz oraz zamieszczając w tytule "Konkurs Rocznicowy", lub pod postem konkursowym na Facebooku.

Terminy:

Konkurs startuje dzisiaj – 26 października i będzie trwał równiutki miesiąc do 26 listopada (czwartku) do godziny 23:59 włącznie.

I standardowo już, formularz dla ułatwienia:
Obserwuję jako:
e-mail:
Fanpage lubię jako:
Instragram obserwuję jako:
Wybieram książkę:
Odpowiedź:



Już nie mogę się doczekać Waszych odpowiedzi! Powodzenia ;)


Czytaj dalej

23 paź 2015

Naprawdę pobłądziłam, pogubiłam się całkowicie


Nawet zdajesz sobie sprawy, siedząc wygodnie w tym fotelu i popijając pewnie coś ciepłego, jak wiele krzywd dzieje się w tym momencie. Jak wiele bólu doświadczają setki, jak wiele łez wylewają tysiące. Jest tu trochę ponad 7 miliarda dusz, w tym pomieszczeniu zwanym światem, a co najmniej połowie z nich nie żyje się zbyt dobrze. A my klikamy. Fotografujemy jedzenie, oglądamy videoblogi, martwimy się spadającymi statystykami na Facebooku bardziej niż wojną na Ukrainie. Klikamy nadal. Nadal beznamiętni wobec tego pomieszczenia, gdzieś z dala od jego centrum tworzymy własny światek, własną bazę nadawania. I powiem Ci jedno: to niesamowicie niebezpieczne.

Maja chodzi do trzeciej gimnazjum, to moja rówieśniczka, ale oprócz wieku nie łączy nas nic innego. Ja uwielbiam rozmawiać, przebywać wśród ludzi, podczas gdy ona – unika kontaktu wzrokowego, nie mówi za wiele, jest "dziwna, milcząca, zamknięta na cztery spusty w swoim świecie". Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Ona także zbudowała własną fortecę bólu, zamknęła się i odizolowała od świata. Wylała te tysiące łez i setki godzin przeleżała w cierpieniu. Jej przeszłość składa się zagadnień: demoralizacja, problemy w szkole, gwałt, brak wsparcia rodziców, samobójstwo i przejęcie tytułu głowy rodziny. Te przykre doświadczenia sprawiają, że nastolatka zmienia szkołę, gdzie odkrywa oczyszczające właściwości pasji oraz kogoś, kto naprawdę uratuje ją przed samą sobą.

Każde słowo boli bardziej. Każdy akapit rani mocniej, a każdy rozdział niszczy intensywniej. Takie uczucia towarzyszą mi po lekturze, po której chyba nigdy się nie otrząsnę. I wiecie co jest najlepsze? My tak wszyscy jaramy się Colleen Hoover, "Morzem Spokoju" Katji Millay czy powieściami Rachel Van Dyken, nie wiedząc, że nasza rodzima autorka – Angieszka Olejnik, wydała coś na skalę podobną, jeśli nie większą. Bo różnica między nimi jest zasadnicza – młodzieżówki i NA zwykło się pisać jak niespodzianki: super początek, pełen optymizm i BUM! "Gwiazd Naszych Wina" zostało tak napisane, "Hopeless" zostało tak napisane, "Love, Rosie" zostało tak napisane. A w "Zabłądziłam" od początku coś nie pasuje. Klimat iście jesienny – depresyjny, dołujący. Dający do myślenia. Bohaterka nie uzasadnia swojej niechęci do alkoholu, choć w jej spojrzeniu widocznie widać pogardę i hektolitry żalu, nie uzasadnia też nieobecności na domówkach, choć w sposobie jakim się tłumaczy można wyczuć masę niechęci i obrzydzenia. Coś ukrywa, to pewne. Za czytelnikiem non-stop podąża uczucie, że coś tutaj nie gra, że Maja nie mówi nam najistotniejszej ze wszystkich rzeczy. Główny problem specjalnie zostaje pomijany, choć kawałki układanki jesteśmy w stanie zaobserwować sami: zaniedbane mieszkanie, pusta lodówka, apatyczna zombie-matka uzależniona od męża i córki. Problematyka utworu jest cieniem – krząta się, zagląda do innych wątków i jest, lecz nie na tyle dobrze, by ujawnić swoją tożsamość.

"Zabłądziłam" powala między innymi językiem. Normalnym, polskim (sic!) i bez przesadnych wygibasów w składni, lecz – wszystko umiejętnie opisującym. Początkowo nie wierzyłam, że ta powieść to pierwsze dzieło autorki. Ogólnie słowa takie jak, polska książka i debiut nie zawsze cieszą się zachwycającymi opiniami, lecz w tym przypadku – owszem. Język jest tak staranny i sumiennie ujmujący każdy szczegół, że zakończenia rozdziałów po prostu zwalają z nóg. Zmiatają. I na tym polega ta różnica, o której wspomniałam akapit wyżej – tutaj czytelnikowi przystaje płakać wraz z każdym słowem zwieńczającym daną część, (czyli jakieś 25 razy, gwoli ścisłości), i nie ma takiego czegoś jak wybuch. Ta książka jest pasmem takich wybuchów, niekoniecznie kolosalnych, ale razem tworzących coś potężnie destrukcyjnego; wulkanem wyrzucającym lawę w równych odstępach czasu i również tych najmniej przewidywanych. Kolejną rzeczą, która mnie ogromnie zaskoczyła byli bohaterowie. Nie było tu wyolbrzymiania wieku i kłamstw odnoście dojrzałości: wszyscy byli tak naturalni, jak tylko to możliwe a nawet bardziej.

"Zabłądziłam" to więcej niż dobra książka. Każda stronica wzrusza bardziej niż poprzednia, zaskakując czymś, co w ogóle nie przyszłoby nam do głowy. Jest nieprawdopodobnie dobrym debiutem polskiej autorki, którą poznać powinni przede wszystkim fani Hoover, Dyken, Millay i wszystkich innych autorek NA/YA, oraz – każdy człowiek w każdym wieku z odrobiną empatii i wrażliwości. Cudownie napisana, niesamowicie ujmująca i świetnie wydana. Nie dopatrzyłam się żadnych wad. Życzę sobie i Wam więcej tak wartościowych lektur.

Mam wrażenie, że to piosenka napisana z myślą o tej książce.
Czytaj dalej

19 paź 2015

Moja data nadeszła


To była ponura godzina dziewiętnasta, przed sobą miałam wtedy jeszcze nierozwiązane zadania z matematyki, które rozwiązania doczekać się nie miały, – przynajmniej tego dnia, – migoczący ekran monitora i parę okręgów od kubka z kawą pozostawionych na biurku. Ciemno było w tym pokoju, bo ciemność mnie nastraja, wyzwala nutę kreatywności w jesiennie wieczory, kiedy natchnienie wręcz spływa z opuszków na klawiaturę. Ślimaczymi ruchami wklepywałam jakieś idiotyczne nazwy stron internetowych, które o dziwo, i tak okazywały się być zajęte. Tego dnia, 19 października poznałam każdą odmianę frustracji. Ale w końcu się udało.

 We want to escape

Nigdy nie byłam zbyt pewna siebie, lata spędzone w szkole nauczyły mnie niewychylania się z szeregu i sprawnych uników. Ale mimo tego – tamtego dnia śmiało patrzyłam w przyszłość. Byłam szczęśliwa jak nigdy przedtem, nawet szablon Simple wydawał mi się strojny, życie było kolorowe, bo pracowałam czytając i pracowałam pisząc. Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że zbyt długo analizowałam możliwość blogowania, zbyt długo kalkulowałam każde za i każde przeciw. Ale obecnie nie wyobrażam sobie tego roku. Bez Was, bez e-maili z powiadomieniem o nowym komentarzu, bez namiętnego odświeżania skrzynki (swoją drogą polecam rozszerzenie do przeglądarki "Sprawdzanie poczty Google"), bez wchodzenia do Was, jarania się statystykami, komunikacji na fanpage’u czy lubimyczytac.pl, robienia zdjęć książkom i przede wszystkim – bez pisania. To bezprecedensowo – nawiązując do Colleen Hoover, której bez blogosfery pewnie bym nie poznała – "najlepsiejsza rzecz na całym bożym świecie".

Moja data nadeszła. Rok temu powstało to miejsce. Dojrzewało w cieniu wielu innych i mimo, że nie wyróżniało się nadto, nie osiągnęło niebywałych wyników i nie urodziło Bóg wie jakich owoców – jestem z niego niesamowicie dumna. Z tego miejsca pragnę podziękować Wam, obserwatorom, czytelnikom, wydawnictwom, komentującym. Każdy z Was sprawia, że moje myśli nigdy nie przestają krążyć wokół tego, co najbardziej kocham i tego, jak cudownie jest mieć swoje miejsce w Internecie. Gdy jesteście aktywni uśmiecham się szerzej, myślę pozytywniej i w ogóle, świat wydaje się zupełnie tylko mój. Nie jestem dobra w jubileuszowych przemówieniach: śledząc inne urodzinowe posty na blogach często wyobrażałam sobie jak ja ten dzień opiszę: z emfazą, z pompą, pełnym wielkich słów. Cóż, wyszło mi coś na podobieństwo sentymentalnego lania wody, ale za to z dodatkiem hektolitrów wdzięczności. Mam nadzieję, że i takie połączenie Wam podejdzie.

To wspaniałe uczucie i to wspaniała rocznica, więc bądźcie czujni, ponieważ coś nadchodzi. 

Czytaj dalej

16 paź 2015

Stąd nie ma wyjścia


#0,5 Rozkaz Zagłady | Więzień Labiryntu | Próby Ognia | Lek na Śmierć

Okej, ludzie. Mam tego serdecznie dość.

Dość czytania książek żywcem wziętych od Suzanne Collins, dość elementów fabuły, dość znaków, rządu i bohaterów skopiowanych kalką niemalże od "Igrzysk Śmierci". Jakim autorem jest się, kiedy jego historia powstaje nie zaznawszy przy tym ani krztyny wyobraźni? Ani trochę pomysłowości, ani trochę oryginalności? I jak można tę książkę czytać, kiedy gdzieś z tyłu głowy błąka uczucie, że to już było. I tam, i tam i nawet u tamtej. Za każdym razem czuję to coś i za każdym razem moje upodobanie do tego gatunku drastycznie maleje. Gdyby antyutopie bądź utopie byłby by choć w połowie tak nieszablonowe, jakbym tego sobie życzyła, czytelnicy na całym świecie porządnie by się zdziwili. Sięgnęli czołem potylicy a brwiami sufitu. Zupełnie jak ja teraz.

Ponieważ "Więzień Labiryntu" jest e p i c k i. Nigdy nie spodziewałabym się takiego gromu, jakim poraził mnie wraz z pierwszymi stronami. Nigdy nie spodziewałabym się, że jest jeszcze szansa, iż jakaś antyutopia mnie poważnie zszokuje. Nigdy nie nastawiałam się na wylewne emocje, a przy "Więźniu" płakałam zupełnie jak u Nicholasa Sparksa. Za każdym razem – myliłam się. James Dashner stworzył diament, starannie wyprofilowany, skonstruowany z dokładnością zegarmistrza, zupełnie inny. Wersja odświeżona, poprawiona i ulepszona. Coś znacznie lepszego niż inne z tego gatunku, które znajdziecie na księgarnianych półkach.

Sięgnijcie pamięcią wstecz. Labirynt doczekał się powszechnego zaakceptowania już jako łamigłówka w kolorowance, którą dostaliśmy od rodziców, lub którą znajdziemy w przychodni będąc w poczekalni. Jest z nami już we wczesnych latach dzieciństwa, a ścieżki życiowego labiryntu tylko dowodzą temu, że nie mamy zamiaru się z nim rozstać. Dążenie to wieczny labirynt. Dorastanie to wieczny labirynt. I tak, jak czasami trudno jest nam go rozgryźć, odnaleźć właściwą ścieżkę, tak trudno jest też im – Streferom. To chłopcy, nie wiemy o nich nic. Oni o sobie również – coś wymazało im pamięć tak, że w głowie mają jedynie podstawowe rzeczy, nic zupełnie osobistego oprócz własnego imienia. Ci nastolatkowie zostali wrzuceni na zabawną planszę z Labiryntem, a jakiś cud sprawia, że na noc się on zamyka i chroni przed żyjącymi weń kreaturami. Nie modlą się do Boga, bo wiedzą, że w tym miejscu przetrwanie zależy od nich, niezależnie co – żyjący gdzieś w oddali – Stwórcy, którzy ich tu wprowadzili, sobie zaplanowali.



Początek mnie zmęczył, szczerze powiedziawszy. Parę rozdziałów po rozpoczęciu istnieje ryzyko lekkiego zanudzenia – główny bohater zostaje w ów świat wprowadzony, potrzebuje on trochę czasu na zaaklimatyzowanie się, zorientowanie się w terenie – dlatego jestem wyrozumiała i nie czepiam się dalej. Bo w sumie też nie ma za bardzo czego. Odnosząc się do Thomasa, który gra tu pierwsze skrzypce – bohater, jakiego się uwielbia. Nie można go znienawidzić, jest niezwykle spostrzegawczy, inteligentny, jego oddanie wobec przyjaciół zaskakuje na każdym kroku, podobnie jak (zabójcze niemal) impulsywność i odwaga. To bohaterowie tworzą tę historię. Są dobrze wykreowani – każdego charakteryzuje coś, każdy jest wyjątkowym trybikiem wielkiego systemu, który współpracuje i bez tej współpracy by upadł. Są ludzie zawistni, są grupki łobuzów, są liderzy, są ludzie którzy wykonują poszczególne zawody i wolą się nie wyhylać – gotują, grzebią, uprawiają ziemię i hodują zwierzęta. To naprawdę wielka rodzina.

Niepowtarzalne zwroty akcji, to w następnej kolejności pasowałby wymienić. Dashner mnie tym zgniótł. Co prawda, parę rzeczy pamiętałam z zwiastuna filmu, ale i tak nie mogłam się otrząsnąć z tego, co zaczęło się dziać. A końcówka… Nie istnieją słowa, moi drodzy, które byłby w stanie to wyrazić. Tak samo jak pomysłu. Sam Labirynt wydaje się tak prosty, tak niesamowicie oczywisty – a jednak autor wyraził jego istnienie w sposób zupełnie odmienny z wizją czytelnika. Tu wszystko jest zupełnie inne z tym, co zrobiłabym ja – i to, jest najpiękniejsze. Dashner jest cały czas krok przed czytelnikiem i w momencie, kiedy pozwala się dogonić, nadciąga brutalna rzeczywistość. Coś totalnie zwalającego z nóg.

W głowie cały czas widzę siebie jadącą samochodem na tylnym siedzeniu. Jesienny wieczór, uliczne lampy malują na kremowym papierze błyskające znaki, biorę telefon, włączam latarkę i czytam dalej – niezależnie jak bardzo jestem zmęczona, niezależnie jak bardzo niesprzyjające temu warunki panują. Ta książka ma pomysł, ta książka daje ogrom świeżości, "Więzień Labiryntu" przedstawia nam świetnych bohaterów, wykracza poza ramy szablonowych antyutopii po chwale "Igrzysk Śmierci", posiada subtelny, lekki jak powiew wiatru wątek romantyczny – zauroczenie bym rzekła nawet, co tylko równoważy tę drugą stronę – brutalną, wyrachowaną i zupełnie niesprawiedliwą wyrządzonymi tym dzieciom krzywdami.

Panicznie boję się, że świat kiedyś mógłby wyglądać podobnie.

I panicznie boję się, że mimo wszystko Was nie zachęciłam. A chcę to zrobić bardzo.
Czytaj dalej

10 paź 2015

Gdzie jesteś, Kopciuszku?



Hopeless | Losing Hope | #2,5 Szukając Kopciuszka


Kopciuszek. Pochodziła z biednej rodziny, brakowało jej wolnego czasu, nie zastanawiała się czy ma szklankę do połowy pełną czy pustą: ważne, że ma szklankę; miała też trójkę dzieci na utrzymaniu i zamieszkała w domu z prefabrykatów. A mimo to stała się królową. Setki ludzi zaczęło zamawiać "Pułapkę Uczuć" na Amazonie, dostała listy z prośbami o kontynuację, aż w końcu obie książki – tom pierwszy i tom drugi – trafiły na listę bestsellerów "New York Timesa". Jej trzecia książka, "Hopeless" również zagościła tam na dobre, zajmując pierwsze miejsce, a w sklepie internetowym Amazon osiągając największą ilość sprzedających się e-booków wydanych własnym nakładem autora. To opowiadanie, „Szukając Kopciuszka” napisała jako formę podziękowania dla fanów, ponieważ to oni sprawili, że jej życie wygląda w tej chwili właśnie tak, jak wygląda. Historię tę mieli zupełnie za darmo a i tak wybłagali wydanie drukiem, by mieć i postawić ją na półce. Pewnego razu powiedziała, że kiedy książka pojawia się na rynku nie dzięki pisarzowi a dzięki czytelnikom, to największy komplement, jaki może otrzymać autor.

Pamiętacie Daniela? To najlepszy przyjaciel Holdera, to też ten, który wymyśla niepowtarzalne pseudonimy: Dean – "Hopeless", Sky – "Cycatka", Breckin – "edzio-pedzio", "Baryłka" oraz ten najważniejszy – "Kopciuszek". Tak właśnie nazwał dziewczynę, z którą spędził najpiękniejszą godzinę swojego życia… w szkolnym schowku na miotły. Nie znał jej imienia i nie widział jej twarzy. On ukrył się tam chcąc zatuszować błąd w planie lekcji, ona – ponieważ "nienawidzi wszystkich". Co stanie się gdzie dziewczyna zniknie na prawie rok? Czy ich drogi zejdą się pomimo nieznajomości imienia, nawet twarzy? Jaki sekret ukrywa?

Rany boskie.

Można by pomyśleć, że prawdziwa historia z życiowym dramatem i romansem w roli głównej potrzebuje kilkuset stron. "Afer" Anny Todd miało od sześciuset do tysiąca. "Grey" też jakoś ponad pół k. Nawet "Love, Rosie" niewiele mniej. Jednak Hoover nie przestaje zaskakiwać i robi to w sposób pełen klasy: pisze prawdziwą tykającą bombę zamykając ją w zaledwie stu dwudziestu numerkach na rogach stron. Wprawdzie i tak wypada nieco rozczarowująco na tle "Hopeless" czy "Losing Hope" pod względem objętości, ale i tak jest to wystarczająca liczba by poczuć. Chemię rodzącą się pomiędzy bohaterami, toksyczne wątpliwości, przestrzenność historii, ludzi pełnych przykrych doświadczeń.

Ale to przecież nic nowego. Świeżość przejawia się w innym momencie – teraz wymiata humor, teraz uzurpatorem jest beztroska. Daniel jest niesamowity w swoim sposobie bycia i to jego postać zbudowała delikatną otoczkę żartobliwości w poprzednich tomach, zaś tu – każdy moment jest irracjonalny. Świat staje na głowie i tak wiele rzeczy jest do dupy w tej książce (w sensie ogromnej przenośni), a mnie jego odcięcia i porównania i tak zwaliły z krzesła. Autentycznie. Tajemnicza dziewczyna ze schowka znana jest już czytelnikom poprzednich tomów, ale nie polecam zaglądania na strony internetowe z opisem książki, bo sądzę, że znaczenie zrujnuje całą epickość opowiadania.

Colleen Hoover nie zawiodła. Zbudowała historię zupełnie odbiegającą problematyką od tej, którą poruszyła w "Hopeless" i "Losing Hope", a jednocześnie podobnie dosadną i głęboką. Nie żeby była to jakaś burzliwa historia miłosna czy dramat, skazany na hektolitry wylanych łez i astygmatyzm do końca życia – nie. To książka zupełnie lekka, dzięki świetnej narracji Daniela niesamowicie przyjazna w obiorze, czasami nieco ponura i bardzo zagadkowa! Nieprzewidywalna dla tych, którzy nie przeczytają opisu wydawcy (mój możecie, spoko :D) i zupełnie zawrotna dla innych, którzy szybko przebrną przed te parędziesiąt stron by dać się totalnie zmiażdżyć i być skazanym na pozbieranie z dywanu gałek oczu, które w nie wiadomo jak i przecząc prawom biologii – normalnie wyskoczyły z orbit.
Obowiązkowo po poprzednich tomach.
"Chodzimy ze sobą od ponad trzech miesięcy, ale pewnie miną jeszcze ze trzy, zanim [...] pozwoli mi wejść do swojego ogródka. Nie lubię tej metafory. Jest bez sensu. Wjechać do tunelu? Banalne. Strzelić gola? Tylko bez terminologii sportowej. Zakisić ogóra? Fuj. Obrzydliwe. Zapędzić świstaka do norki?"
Czytaj dalej

6 paź 2015

Courtship Book Tag


Wykorzystuję nominację od niezastąpionej Izy z bloga Kolejny Rozdział (dziękuję, ratujesz mnie po raz kolejny!), by rozruszać trochę to miejsce na nowo. Jest ciężko i będzie jeszcze ciężej, zdaję sobie z tego sprawę. To jeden z ważniejszych okresów mojego życia, byłabym więc wdzięczna za wyrozumiałość, bo posty nie będą pojawiały się tak często jak we wrześniu chociażby. Tak czy inaczej – zapraszam Was na naprawdę mega romantyczny post. Jest słodki, bardzo lukrowy i zupełnie do pokochania!



Nigdy nie pomyślałam, widząc książkę z piękną okładką, że muszę mieć ją ze względu na wygląd. Żeby ładnie wyglądała na regale. Okładki "Rywalek" czy "Dotyku Julii" na przykład, też miały niewątpliwy wpływ na to czy po nie sięgnę, ale w tym wypadku liczył się również opis. Inaczej było z "Klątwą Tygrysa" – dwa tomy tej serii zamówiłam w ciemno w zasadzie, nie wiedziałam o nich nie więcej na co wskazywałaby okładka – że o tygrysach. Piękna okładka, należy podkreślić. Naprawdę niesamowita. Szkoda, że wnętrze totalnie nieudane, ale myślę, że to taka kara dla mnie za to, że kupując książkę wzięłam pod uwagę tylko wygląd.


Pamiętam, że w momencie, gdy na nią się natknęłam, miałam ogromnego hopla na punkcie antyutopii. Obsesję. Mój wzrok przykuły okładki trylogii Mafi – wiadoma sprawa, ponieważ oklepane nie są. Ale to dopiero opis dziewczyny więzionej, dziewczyny odrzuconej i w końcu dziewczyny, której dotyk zabija totalnie zawładnęły moim koszykiem w księgarni. W zasadzie, kogo nie skusiłoby takie coś? 

"Zostałam przeklęta. Mam niezwykły dar. 
Jestem potworem. Mam nadludzką moc. 
Jestem narzędziem zniszczenia. Będę walczyć o miłość"


Mniam. Według mnie "Gra Anioła" o niebo lepsza od znacznie bardziej rozchwytywanego "Cienia Wiatru". Co mogę powiedzieć? Historie ciekawe ale nie porywające. To język mnie porwał, tak naprawdę. Zafón pisze tak dobrze, że aż mnie momentami skręca z zazdrości – z humorem, czasami ironią, bogato, czasem budując skomplikowane zdanie, ale przede wszystkim: pięknie.


Ja nie chciałam. Ja wręcz płakałam, że w weekend biblioteka akurat była zamknięta, bo szczerze mówiąc – w tamtej chwili nawet śnieg i parę kilometrów nie były mi straszne. Cała seria, nie tylko tom pierwszy tak mnie wciągnął – z perspektywy czasu nie bardzo wiem czym się tak fascynowałam, owszem "Dary Anioła" Cassandy Clare są inne i dość nietuzinkowe, ale na razie to wszystko. Cóż, miałam trzynaście lat i właśnie dobrowolnie sięgnęłam po drugą serię książek (po Harrym Potterze, of kors), przez co byłam nie tylko świeżym czytelnikiem ale i niedoświadczonym, niewyczulonym na schematy, podobieństwa i inne takie. Ale może dzięki temu zachwycałam się tak cudownie jak nigdy potem.


Świeża sprawa, bo czytałam w zeszłym miesiącu i całość pamiętam jak wczoraj – zupełnie niewymagająca lekturka, delikatna i lekka, ale przede wszystkim niesamowicie uzależniająca i pochłaniająca człowieka tak. że zupełnie ignoruje świat i nic nie jest w stanie go rozproszyć. Oceniłam ją bardzo dobrze, choć zdarzały się wpadki, ale na jesienny wieczór przy kawie i pod kołderką idealna. (Lekkością dorównuje "Rywalkom", więc pochłonąć można w parę godzin.)


Bo nie mogę. Zupełnie odjechana, pomysłowa, wartka i... cienka! Zbyt cienka! Przez tak niewielką liczbę stron musiałam bez chwili wytchnienia przeglądać katalogi księgarni internetowych, bo tak bardzo mnie ta seria uzależniła. Nie mogłam się oderwać, nie mogłam przestać myśleć, nie mogłam przestać się uśmiechać i nie mogłam przestać ją polecać!


Nawet sobie nie wyobrażacie, co ta książka ze mną zrobiła.
"Jej problematyka, delikatność i subtelność, na zmianę mieszana z goryczą i kąśliwością uczepiła się mnie jak rzep, a teraz jak korzeń ulokowała się głęboko, z masywnymi fundamentami w moim słabym sercu, które, jak głosi okładka, (notabene obrzydliwie wampirza i odrzucająca), „złamie ci serce i sklei je na nowo.” Otóż nie skleiła, wredna niszczycielka. Złamać też nie złamała, co najwyżej pogruchotać, cal po calu, zmielić i zmiksować, o! tak bym to ujęła. Ale who cares? Takiego serca nawet najlepszy kardiolog skleić nie może."
Nadal mam ciarki.  


I tak zrobiłam. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że "Love, Rosie" to książka absolutnie dla każdego! Szyta wprost dla wrażliwych romantyków i zwolenników związków skazanych na próbę, a nawet by rozruszać serca tej części czytelników, nieobytej w romansach, nieczytającej ich i nawet za nią nie przepadającej. Ujęła mnie ogromnie, i mam nadzieję, że tak samo również podziała i na Ciebie!
Czytaj dalej

1 paź 2015

Miesiąc w pigułce! Wrzesień


Tysiące zdjęć oznaczonych hasztagiem bloodmoon, największy spam życzeniami z okazji dnia chłopaka, testy sprawdzające wiadomości z poprzedniej klasy i mamy wrzesień. A przynajmniej mieliśmy, stało się, w końcu można obudzić już Billie'ego z Green Day, rozchorować się na dobre i ogarnąć wszystkie seriale świata (a iZombie już za tydzień!♥). Mój wrzesień był... irracjonalny? Niedorzeczny? Na pewno któreś z tych, jak nie oba naraz. Ponieważ: a) Boże Przenajświętszy, przeczytałam trzy tomy (!) serii After, miało do tego nigdy nie dojść, ale cóż – ciekawości nie poskromisz i b) gdyby nie one, te grube tomiszcza, mój wynik byłby prześmiewczo ubogi, więc... uwaga przełomowa chwila... Anno Todd, dziękuję za After.
(Dla porównania, we wrześniu przeczytałam 6 książek, w sierpniu – 10, a mimo to liczba stron na dzień pozostaje identyczna!)
Przejdźmy zatem do nich. 



Z tych wyżej recenzowałam dwie (i więcej nie zamierzam), dlatego wstawię też te nadrobione z sierpnia, żeby nie wyglądało to ubogo :D
"Dopóki nie zgasną gwiazdy" Piotr Patykiewicz
"Klejnot" Amy Ewing
"Eleonora i Park" Rainbow Rowell
"Ogień" James Patterson, Jill Dembowski
"Carrie" Stephen King
"Świat bez książąt" Soman Chainani


Więc tak to wygląda! Szału nie ma, ale nie nastawiałam się na lepsze wyniki. Pomyśleć, że będzie jeszcze tylko gorzej... (bo After, kurde, nie trwa wiecznie).
Pisałam też o sobie w pewien wtorek i pisałam też o moim imieniu przedstawiając litery w postaci książek. 


I najważniejsze!

Instagram

Mam nadzieję, że się tam widzimy? :D


Ps. Czy u Was dzisiaj też była tak niepokojąco słoneczna pogoda?
Ps2. To chyba zwiastun rozpoczęcia roku akademickiego, miesiąca od 1 września i ogólnie tej zapowiadającej się dziesięciomiesięcznej sielanki. Super.
Ps3. Na szczęście jest piosenka, która zawsze poprawia mi humor. Trzymajcie się! ;)

Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.