31 gru 2015

Całoroczny zbiór wszystkiego i wielki reset


Ten ostatni wpis powinien godnie zamknąć nasz wspólny dział w tym roku, tak zupełnie symbolicznie i bez zbędnej egzaltacji. Te dwanaście miesięcy były dla mnie czymś szczególnie pięknym. Rozkwit bloga: 40k wyświetleń, 170 obserwatorów, wiele osób mówiących tym samym językiem, pierwsze nawiązane współprace. To jedyne pełne podsumowanie roku, zeszłe pisałam po dwóch miesiącach blogowania i tak w zasadzie, wiedziałam niewiele. Dzisiaj jest o wiele łatwiej, jest Was o wiele więcej, a książek minimalnie obyło. W 2015 roku przeczytałam 85 książek (brakło mi 4 do pobicia zeszłorocznego rekordu!), a w wyzwaniu "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu" jest to około 225 cm, biorąc pod uwagę szerokość grzbietów wszystkich książek. Dodam, że mierzę 1,65 m. :D

To tyle.
Czas na najlepsze książki roku!


Czas Żniw i Zakon Mimów, Samantha Shannon

Z pewnością nie mogłoby zabraknąć tu dwóch tomów mocnej i naprawdę dojrzałej dystopii Samanthy Shannon. Staranna konstrukcja świata imponuje zadbaniem o najmniejsze szczegóły, bywa dość skomplikowana, ale bezkonkurencyjnie złożona i piekielnie intrygująca. Oba tomy wzbudzają niepokój, stawiają na drodze kolejne mentalne pułapki, a ich poziom jest niezwykle wysoki i aż dziw, że wydała je dwudziestoparoletnia debiutantka. Szokująco dobra historia, wielkie brawa. 

Hopeless i Losing Hope, Colleen Hoover

Czyli najgłośniejsze premiery roku, których nie da się nie kochać! To seria-autodestrukcja. Niszczy po cichu i zupełnie jak papieros, kartka po kartce zabija coś wewnątrz człowieka. Uzależnia. Nie pozwala się oderwać, a gdy fabuła napiera rozpędu sypie w nas gradem bólu i zaskoczenia. Jest romansem, ale nie jakim obcesowym; ma wyczucie i nie jest konwencjonalny. "Hopeless" jest cichą wodą, która porusza sprawy i problemy poważne, jednocześnie pokazując nam miłości i ciepła, którą "Losing Hope" później destrukcyjnie odbiera, pozostawiając w stanie zupełnej, choć zapowiedzianej można powiedzieć, beznadziejności.

Więzień Labiryntu, James Dashner

Mimo, że początek mnie nieźle zmęczył, poważnie pokochałam pomysł na dystopię, jaki przedstawia nam w "Więźniu Labiryntu" James Dashner. Sam labirynt wydaje się tak prosty, tak niesamowicie oczywisty – a jednak autor wyraził jego istnienie w sposób zupełnie odmienny z przewidywaną wizją. Całość nagle staje się odmiennia od moich oczekiwań i zawsze jest o krok przed czytelnikiem. Ta książka ma pomysł, ta książka daje ogrom świeżości, "Więzień Labiryntu" przedstawia nam świetnych bohaterów, wykracza poza ramy szablonowych antyutopii po chwale "Igrzysk Śmierci", posiada subtelny, lekki jak powiew wiatru wątek romantyczny. Cudo.

Morze Spokoju, Katja Millay

Jeśli szukacie czegoś, co zmiecie Was z powierzchni Ziemi i zostawi trwały odcisk, przeczytajcie o tym. Katja Millay stworzyła bohaterów, którzy test dorosłości zdać musieli przed grubo terminem i wcale nie z własnej woli, jedynie z chęci przeżycia. Josh, Nastya, inni bohaterowie, cały świat i ich otoczenie są w tej powieści tacy realni! Autorka nie szczędzi wulgaryzmów, za każdym razem podkręcając wiarygodność sytuacji, a jednocześnie pisze tak poetycko, tak obrazowo. To historia o bólu, zabranej szansy, nieodpartej potrzebie komunikacji, miłości, życia. Jest tu trochę psychologii, jest dawka motywacji, jest też szansa, że całokształt złamie Wam serce, a takiego serca żaden kardiolog nie będzie w stanie skleić. Odrobinę lepsza nawet od Hopeless!


Jeden Dzień, David Nicholls

Za błyskotliwe dialogi, za udowodnienie siły przyjaźni, zgrabne retrospekcje, rozczulające zwroty akcji i łamiące serce zakończenie.

Maybe Someday, Coleen Hoover

Za załączenie tak odzwierciedlających książkę piosenek, za mój astygmatyzm, za genialnych bohaterów pobocznych i zamienienie czegoś schematycznego w frustrującą historię z ukrytym dnem.

Endgame i Klucz Niebios, james Frey, Nils Johnson-Shelton

Za najlepsze książki, niebędące książkami do końca: mamy serie filmów, połączenie literatury z social media i możliwość zgarnięcia sztabek złota. Za rozmach, całość biegnącą w opętańczym biegu, za bolesny odcisk na samopoczuciu, ogromny przełom w literaturze.

Zabłądziłam, Agnieszka Olejnik

Za polskość, za to, że niewinny debiut trzyma poziom amerykańskich pisarzy NA (Colleen Hoover, Rachel van Dyken), za zakończenie każdego z rozdziałów, pasma wybuchów, staranny i poetycki język, za swoją obecność, za to, że jest pewnie najbardziej wartościową rzeczą tego roku.


Love, Rosie, Cecelia Ahern  za liczne powodowanie uśmiechu, za wyjątkowość  i budujące są wzmianki o realizowaniu planów, pogoni za marzeniami.

Zaginiona Dziewczyna, Gilian Flynn  za bycie niezaprzeczalnym majstersztykiem, książką tak wyjątkowo złożoną i trudną do ogarnięcia w słowach, że nawet nie będę próbować.

Carrie, Stephen King – za przykład powieści psychologicznej (trochę też thrillerowej) bez skazy, zamkniętej w krótkiej i zwięzłej formie. Za klimat, wartkość, za to, że to debiut lepszy od większości książek Kinga. Za ponadczasowość, po prostu.

Ostatni Pociąg do Babylon, Charlee Fam – za wieczne pytania, masę zagadek, niezamkniętych rozdziałów, plagę niedopowiedzeń. Za cynizm, za zawładnięciem nad czytelnikiem, za temat śmierci, za brutalną i piekielnie zapadającą w pamięć historię.


Ponadto wyróżnić chciałam:

Krucha jak lód, Jodi Picolut 
Pułapka uczuć, Coleen Hoover
Miniaturzystka, Jessie Burton
Skazani, Alice Hill
Miasto Niebiańskiego Ognia, Cassandra Clare
Dar Julii, Tahereh Mafi

Najchętniej czytane wpisy:

Czy istnieje baśń bez księcia?


Moje postanowienie na 2016 rok? Nie lubię wyzwań, więc pewnie skupię się jedynie na "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu" i przede wszystkim, postaram się w końcu przebić setkę przeczytanych książek. :D Chciałabym też czytać nieco po angielsku, bo szaleję za językiem, a niedociągnięć na pewno trochę jest. 

Na koniec pragnę Wam podziękować, że przetrwaliście ze mną okrągłe 12 miesięcy i z góry nastawić Was na kolejne wspólne, mam nadzieję, lata.;)

Bawcie się cudownie w tę sylwestrową noc!
Czytaj dalej

27 gru 2015

To będzie o wiele więcej


Rywalki | Elita | Jedyna | Następczyni | Korona
#0,5 i #2,5 Książę i Gwardzista | #0,4 i 2,5 Królowa i Faworytka

Seria "Rywalki" budzi we mnie uczucia ambiwalentne: kocham i nienawidzę jednocześnie tworu Kiery Cass, opowiadającego historię o rodzinie królewskiej, która zorganizowała konkurs na przyszłą księżniczkę. "Rywalki" relaksują mnie świetnie, sprawiają sporo frajdy, ale i doprowadzają do granic wytrzymałości psychicznej. Po "Jedyną" sięgałam z podekscytowaniem i nadzieją, że okaże się nie tylko lepsza od poprzedniczek, ale przede wszystkim – mniej ogłupiająca i bardziej znośna. Ostatecznie okazało się, że Cass nie zawiodła na żadnej z tych płaszczyzn. 

Opis fabuły nie zmienił się od pierwszego tomu. Kandydatek rezydujących w pałacu ubywa, królowa nie może doczekać się przyszłej synowej, król dostaje epilepsji na widok ostatnich dziewczyn, a sam książkę nadal zostaje niezdecydowany, grając w kwartecie, inaczej: na cztery fronty. Bo w "Jedynej" nie ma już trzydziestu pięciu, a czwórka jedynie dziewczyn, wśród których dziwnym trafem znalazła się America Singer, dziewczyna najuboższa, która, gwoli jasności, udziału wziąć w Eliminacjach nie chciała. Sytuacja w kraju pogarsza się z dnia na dzień, ataki rebeliantów stają się coraz bardziej zaciekłe, a los ludzi spoczywać może właśnie (sic!) w rękach nikogo innego, jak Americi Singer. 

Czy dziewczyna powróci do rodziny i chłopaka, którego zostawiła w rodzinnym mieście, czy jednak zdecyduje się na Maxona i przyjmie ciężar korony, walcząc o lepszy świat dla siebie i mieszkańców Illéi? 

Zacznijmy może od wad, nie dlatego że jestem Zwyrodniałą Recenzentką, ale dlatego, że w "Jedynej" jest ich akurat znacznie mniej. Miewam dręczące spostrzeżenia, że za szybo to wszystko się dzieje. Wydarzenia ze świata i pałacu następują tak gwałtowanie, że ostatecznie nakładają się jak płyty tektoniczne, zacierając granice i miejsce na oddech. Być może Cass specjalnie zafundować nam chciała następujące po sobie żywo wydarzenia, lecz w tym wypadku nawet wątki zostały jakby świadomie poucinane. I okazuje się, że ta szybkość zatruwa inne elementy powieści, rozprzestrzenia się jak ospa i sięga w końcu wątku rebeliantów. Wątku, który przez ową szybkość traci całkowicie na przestrzenności, wiarygodności i staje się, po prostu, żałosny. Nijaki, pusty, bezsensowny. W tym akapicie nie pozostaje już nic innego, jak wspomnieć, że "Jedyna" po części nadal trzyma poziom głupawych "Rywalek" pod względem błędów autorki, jej zagubienia, niezdecydowania. Bo emocje, jakie wywołuje, to już zupełnie inna bajka. 

Oniemiałam z wrażenia. Ja się nawet wzruszyłam! Jest masa akcji, o której wspomniałam wyżej, i która napędza tę książkę, są niespodzianki, zakończenie to mindfuck, a w między czasie nawet i trup się jakiś zdarza. (Zdarza się.) Emocje! Emocje rządzą "Jedyną": to kumulacja konfliktów, strzelanina, nieodkryta tajemnica. Od razu pojawia się wybuch i na równie spektakularnym powieść się kończy, zakończenie było, według mnie, nieprzewidywalnie przewidywalne, samo w sobie takie 5/10, mocno wytrącające z równowagi, ale i budzące sprzeczne uczucia. W plusach figuruje również zaznajomienie czytelnika z rebeliantami, jak zresztą napisałam wyżej, nie był to wątek odpowiednio zilustrowany – poważnie kulejący, ale autorka ostatecznie historię i parę motywów w ich życiu przedstawiła dobrze. I bohaterowie stają się jakby bardziej znośni! Pokochałam Celeste, która była najbardziej problematyczną bohaterką w historii i w końcu przekonałam się do Ami, teraz już odważnej, zdecydowanej, walecznej. 

Jestem pewna, że młodsza część (w granicach podstawówki a gimnazjum) czytelników, a zwłaszcza czytelniczek, w serii "Rywalki" zakocha się po uszy. To zupełnie przyjemne cudo, uzależniające, wciągające, maksymalnie słodkie, serwujące czystą dawkę relaksu oraz kilka chwil odurzenia. Sam pomysł jest świetny: która z nas nie marzyła o przyjęciu w zamku wśród samego księcia?, jednakże samo wykonanie i typowa dla Kiery Cass miałkość nie daje gwarancji, że "Rywalki" rozkochają w sobie starszych czytelników.
Za powieść dziękuję wydawcy!
Czytaj dalej

23 gru 2015

7 trików, które ułatwią Tobie napisanie recenzji

Bloguję zaledwie rok i nie sądzę, żebym była odpowiednią osobą do wymądrzania się i mówienia co robić się powinno, jak pisać recenzje należy. Jednak ze świątecznych pobudek i rad dotyczących dobroci serca, wpadłam na pomysł podzieleniem się z Wami moimi sposobami, które nabyłam podczas nie tylko tego roku na Książka Uskrzydla, ale i w ogóle, w życiu, w pisaniu. To zwykłe nawyki, nie oczekujcie fajerwerków, które pomagają mi w organizacji bloga. Być może większość z Was je zna, jeśli nie – być może pomogą.

Zaznaczaj

Wszystko, nie tylko cytaty. Noś ze sobą kolorowe karteczki, a jeśli nie masz – urwij kawałek ostatniej kartki w zeszycie lub wetknij paragon. Nie pozwól zagubić się momentom, które później posłużą jako dowód na istnienie czegoś, na czym oprzeć możesz punkt docelowy: rekomendację. Mogą one posłużyć również jako przypomnienie, gdy książkę czytałeś dawno – wystarczy, że zajrzysz w zaznaczone miejsce i już masz gotowy punkt do analizy. Warto pamiętać o ołówku w pogotowiu, bo znacznie łatwiej będzie znaleźć interesujący nas fragment pośród morza zalewających kartkę liter. Ostatnio zdarzyło mi się zaznaczyć fragment przejeżdżając obok paznokciem, więc na wszystko jest sposób. :D Zaoszczędzi to domysłów, czytania dwóch stron tego samego, a zapewni mocny dowód na istnienie zaobserwowanego wcześniej elementu powieści. 

Zapisuj

Podczas czytania, po przeczytaniu i przed chwilę przed napisaniem recenzji. To podwalina dobrego tekstu – 3 perspektywy, biorące pod uwagę kolejno: aktualne podczas czytania obserwacje, całokształt po skończonej lekturze, oraz odczucia z ułożoną i przemyślaną opinią. Daje to wyjątkową możliwość porównania jak wyglądał początek książki, jak prezentowało się zakończenie, a jak całość wypadła na tle, na przykład, serii. Ponadto jeśli zanotujemy (warto mieć osobny notes) to wszystko, emocje z lektury mogą wyparować, pamięć może się zatrzeć, lecz informacje i analiza zostaną. Tak napisałam recenzję "Joyland" w wakacje, którą chciałam sobie odpuścić z powodu nadmiaru zaległych tekstów, a którą ostatecznie napisałam znacznie później i z efektem zadowalającym. Pisząc notatki nie warto skupiać się na detalach. Ja zwykle dzielę sobie kawałek przestrzeni na kartce na dwie części, opatruję na górze znakami "+" i "-" i piszę lakonicznie: "irytująca bohaterka", "słabe zakończenie", "nie można się oderwać".  

Mogłabym dorobić się grubych złotówek na moich recenzenckich notatkach. Tyle w nich artystycznego chaosu, finezji, dobrego smaku...Może ktoś się odczyta..? :D A Wy? Praktykujecie?
Posted by Książka Uskrzydla on 14 sierpnia 2015

Analizuj

Wnikliwość przesądza o wartości recenzji, a skala porównawcza jest tutaj olbrzymim atutem i wytyczną dla odbiorcy, świadczącą jednocześnie o sumienności recenzenta i umiejętności wyłapania czegoś, co przeciętny odbiorca nie zauważy. Jedną z większych atrakcji w byciu recenzentem jest możliwość badania, analizowania książek na głębokim poziomie. Często dopiero po czasie docieram do sensu i przesłania, rozmawiając i streszczając komuś fabułę dochodzę do sedna, lub sama z siebie myślami często wracam do przeczytanej książki i zastanawiam się nad jej problematyką.

Porównuj

Bo czytelnik chce wiedzieć, czego może się spodziewać, a jak napiszesz: "Świetne, ale do "Igrzysk Śmierci" trochę jej brakuje" dajesz już namiastkę informacji. Wiele razy słyszałam rozmowy: "O czym to?/Wiesz co, nie wiem – dopiero zaczynam, ale chyba coś podobnego do "Hopeless".  Czy to samo w sobie nie jest już zachętą? Oczywiście warto wiedzieć, że żadna książka nie jest równa drugiej, ale jeśli jesteś już obyty w gatunku, o którym piszesz, informacje w recenzji jak: "Mocno inspirowana Potterem", mogą być na wagę złota dla fanów fantastyki, jak i wyraźną przestrogą.



Interesuj się opinią

Nie chodzi, żebyś zmieniał swoje zdanie na podstawie tego, co napisali inni, a wyciągnął z tego pewne wnioski. Korzystaj z różnorodności osób i ich gustów. Tobie bowiem powieść mogła się nie spodobać, jednak nie zaszkodzi gdy w zakończeniu napomkniesz, że fani Jamesa Pattersona będą zachwyceni, ponieważ koleżanka, jego największa fanka, mile porównała style obojga autorów. Im więcej propozycji, tym więcej szans, że któraś z nich dotyczyć będzie potencjalnego czytelnika.

Czytaj

Bo osoba, która oczytana nie jest, nie będzie w stanie porównać i stwierdzić, że słownictwo autora jest nad wyraz bogate lub biedne i nie docenić, że bohater posługuje się np. językiem zróżnicowanym. Oraz nie będzie w stanie trafnie porównywać, jak napisałam już parę punktów wyżej.
Ale do czytania chyba nie muszę namawiać?


Zadbaj o nastrój

Ja lubię pisać wieczorami, ale zdarza mi się także usiąść przy recenzji wcześnie rano, co ma podobną zaletę – nie rozpraszają Cię wtedy odgłosy domu, telewizja, rozmowy. W pokoju oświetlonym tylko lampką biurkową jest taka moc weny, łatwo jest skupić myśli, obraz jest przytłumiony i przygaszony. Zadbaj o porządek na biurku, zrób sobie coś do picia i… włącz muzykę. Mogą być to Twoje ulubione kawałki, pobudzający szare komórki rock lub zupełnie relaksująca muzyka akustyczna. Na mnie działa magia obu playlist niżej i nie wyobrażam sobie pisania w ciszy, choć wiem, że pewnie wielu z Was to uwielbia. Podobnie jak pisanie na kartce, notowanie w zeszycie, w południe, wśród ludzi – żeby odnaleźć swój złoty środek wystarczy tylko spróbować.




Nie zapomnijcie podzielić się w komentarzach innymi propozycjami!
Czytaj dalej

19 gru 2015

Trzy minuty dla autora


Pułapka uczuć | Nieprzekraczalna granica | Ta dziewczyna

Czy bylibyście w stanie? Wyjść na scenę, zrobić show, wyrecytować, ofiarować innym kawałek siebie? Slam poetycki to swoista forma sztuki, która łączy poezję z rywalizacją, która polega na zaprezentowaniu autorskiego wiersza w przeciągu trzech minut, zainteresowaniu nim widowni, utrzymaniu jej uwagi. Bez rekwizytów, instrumentów, kostiumów. Czy bylibyście w stanie odwiedzić spotkania slamowe w swoich miastach, wiedząc, że każdego razu wyłaniania jest także "ofiara", która nie zgłosiła udziału, a która wystąpić musi? W Gdańsku, Krakowie, Olsztynie, Poznaniu, Warszawie i wielu innych miastach? Czy bylibyście w stanie pójść tam wiedząc, że w jury zasiąść może każdy z nas? W Polsce slam istnieje już dwanaście lat, w Stanach Zjednoczonych – jego miejscu narodzenia  – dwadzieścia dziewięć, a w Wielkiej Brytanii: siedemnaście. Udowadnia, że poezja kiedyś i dziś dotykała i dotykać będzie przeciętych mieszkańców, wychodząc poza kręgi literatów, filologów i krytyków.

Czytaj dalej

15 gru 2015

Czerpiąc przyjemność z nauki


Kiedy myślimy o technologii, nauce i postępie, które zapoczątkowały rewolucję przemysłową zazwyczaj przed oczami mamy silniki parowe, pierwszy balon i manufaktury. Kiedy podczas podróży modlimy się o krótki prysznic, nie wyobrażamy sobie, że dawniej ludzie woleli się poćwiartować niż wejść do balii z wodą (więc w ostateczności robili to co siedem lat). W momencie zapytania nas, jak rozwinęła się moda na stroje kąpielowe, zamiast powiedzieć że kolorowe magazyny, że Hollywood i te sprawy, powinniśmy raczej odpowiedzieć: podchloryn wapnia. I że malarię wyleczono wielkimi bryłami lodu, że fale dźwiękowe mamy dzięki prehistorycznym jaskiniom, szkło odnaleziono w postaci ditlenku krzemu na Pustyni w Libii, a pewna dziewiętnastowieczna kobieta zaczęła pisać oprogramowania, jeszcze przed wynalezieniem komputerów.

Ciągle nas coś zaskakuje. Nim upłynie chwila, na świecie pojawiają się nowe pomysły, plany, schematy, konstrukcje, wynalazki. Bardzo łatwo jest się zgubić, nie nadążyć za nadążaniem, stracić wątek wyparty przed masy, przez tony linków w Internecie. I martwi mnie trochę ta ignorancja, wszechobecne wzruszenie ramion, gdy mówimy o rzeczach, które niezaprzeczalnie zmieniły nasze teraz. Nasze życie. W tak niezwykle trafnym momencie postanowiono wydać powieść popularnonaukową "Małe Wielkie Odkrycia", do której teraz się odwołam i która – pokazując historię odkryć, niemo krzyczy na nas za egocentryzm. Przynajmniej odczułam to ja: bardzo dotkliwie.

Cóż to była za przygoda! Może nie ta sama co u Tolkiena i u Sapkowskiego, może nie czytało się jej z prędkością światła, może czasem przytłaczała i męczyła zasobem informacji, zniechęcając przy tym czytelnika na kolejne rozdziały, ale! ale  wartościowa. I nie przypuszczałabym, że w tak ciekawej formie. "Małe Wielkie Odkrycia" ma prawie trzysta stron i dzieli się na sześć części: "Szkło", "Zimno", "Dźwięk", "Czystość", "Czas", "Światło". I to, co wyróżnia ją najbardziej, to nie historia rzeczy, o których słyszeliśmy w szkole, o których wykuliśmy na wykładach, obejrzeliśmy na Discovery Channel, lecz – tych najbardziej zwykłych, z których korzystamy każdego dnia. Niewiele z nas przecież wie, skąd tak naprawdę wzięło się szkło, mimo, że styczność mamy z nim nie tylko w oknach i lustrach. Tutaj często pojawia się chronologicznie opisany schemat, który całkowicie mnie ujął czystą błyskotliwością. Na przykład, gdyby zanudzony na śmierć nastoletni Galileusz nie skupił uwagi na wahającym kadzidle podczas mszy w Katedrze w Pizie, nie odkryto by prawdopodobnie terminu "tempo", przez co nie określilibyśmy pojęcia czasu, nie skonstruowano by zegarków, które, gwoli ścisłości, całkiem nieźle napędziły usługi, i co ważniejsze – świat nie zorientowałby się, że istnieją strefy czasowe. Ta książka to seria zaskoczeń. To tysiące klapek opadających z oczy, to rzeczy, o których powiedzeniu w szkole nigdy nie ma czasu – zupełnie jakbyśmy ignorowali przeszłość i ruszali w przyszłość, nie mając pojęcia, że bez dokonań tego pierwszego, to drugie nie byłoby tak zaawansowane.

Nie mogłabym nie wspomnieć o języku, którym operuje autor. W powieściach popularnonaukowych język specjalistyczny jest nieunikniony i nieunikniony jest także tutaj, aczkolwiek w wersji bardzo skromnej, okrojonej nawet. Do zrozumienia i przyswojenia, a w wypadkach bardzo nagłych: wytłumaczony nawet przez samego Johnsona. To świetnie pokazuje brak granic wiekowych i wykształceniowych. Tutaj chemia, technika, fizyka i historia wyjaśnione są tak klarownie i pięknie (tak, pięknym językiem napisane!), że gimnazjalista spokojnie czytać "Małe Wielkie Odkrycia" może. I nie zawiedzie się. Kolejny plus za szatę graficzną, która jest przepiękna, jeszcze jeden za masę ilustracji i zdjęć w środku oraz za wyjątkowo, pod względem graficznym, rozpoczynające się rozdziały. Zwykle nie wypisuję w recenzjach hymnu dotyczącego szaty graficznej, ale pozwólcie na jeden wyjątek, tutaj SQN jak zwykle postarało się wybitnie.

Czytając tę książkę bez przerwy myślałam o mojej nauczycielce od fizyki – jej lekcje są, według mnie,  lekcjami idealnymi, tak powinny wyglądać wszystkie we wszystkich szkołach: zmuszające do myślenia, poznawania i aktywnej nauki, ale też dość zagadkowe i przybliżające teorie z innej, naukowej i intrygującej perspektywy. Mam wrażenie, ta powieść jest przedstawiona podobnie. Czytając ją nie można nie wynieść masy ogromnych doświadczeń, ciekawostek i wręcz oniemiających informacji, zyskując przy tym coś znacznie ważniejszego: zupełnie nowe spojrzenie na otaczający nas świat. I właśnie takim osobom "Małe Wielkie Odkrycia" polecam – dociekliwym, ciekawym świata i głodnym niezwykłej wiedzy dotyczącej zwykłych przedmiotów.
Za powieść dziękuję wydawnictwu SNQ! :)


Co sądzicie o powieściach popularnonaukowych? Czujecie się zaintrygowani? :D
Czytaj dalej

11 gru 2015

Odważ się sprawdzić, co kryje podświadomość socjopaty


Czy zauważyłeś, że ludzie zbyt łatwo poddają się wpływowi wcześniej narzuconych etykiet? Stereotypów? W nocy, na przykład, idąc ulicą, wyobraźnia podpowiada im niestworzone rzeczy: słyszą szepty, widzą ludzi, czują wzrok i zagrożenie. Paranoja sprawia, że najlepiej byłoby zaszyć się w domu. Powszechnie bowiem przyjęto, że wszelkiego rodzaju zło: zamachy, kradzieże, porwania i morderstwa dokonuje się właśnie wtedy – gdzieś w przeciągu tych dwunastu czarnych i otulonych mrokiem godzin. To nieprawda. Za dnia jesteśmy tak samo, a nawet bardziej odsłonięci, równie bezbronni oraz widoczni. A najlepiej mówi o tym przykład Amy i Nicka Dunne, młodego małżeństwa, których słońce i parna, czterdziestostopniowa temperatura wcale nie ochroniła. Bo przecież złe rzeczy dzieją się na okrągło i nie czekają, aż zjemy kolację. 

Czytaj dalej

6 gru 2015

Ave atque vale


– witaj (więc) i żegnaj (zarazem); stosowane jako ostatnie pozdrowienie zmarłych lub poległych, Katullus (Pieśni, 101). 

Wiesz, ostatnio niezwykle często pozwalam sobie na sentyment. Przywołuję, zachwycam się, przeżywam. Wciąż na nowo, na nowo, na nowo. I zdaję sobie sprawę, że nie jest to wyjście idealne, a przyczyna, przez którą marnujemy to, co jest tu i teraz. Życie. Ale ja wolę tamto tu i tamto teraz, w szczególności w tym jednym wypadku, bo nie lubię pożegnań, a teraz właśnie jedno się rozgrywa i nie wiem, co mogłabym powiedzieć. Więc czytam.

Choć nie zwykłam wracać do przeczytanych książek, "Miasto Kości" czytałam jakieś pięć razy (aktualnie czytam o oryginale, czyli sześć) – "Miasto Popiołów" i "Miasto Szkła" też w liczbie podobnej, a kolejne dwa tomy "Miasto Upadłych Aniołów" i "Miasto ZagubionychDusz" zostały przeczytane trzy lata temu i właśnie teraz, zupełnie niedawno. A to wszystko przez sentyment. Uwielbiam serię Cassnadry Clare z przyczyn dwóch: kiedy skończyłam HP byłam zdruzgotana i nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek trafię na coś, co podobnie mnie zahipnotyzuje, oraz – bo jest, kurde, niesamowicie dobra. Historia czasami schematyczna – warto zaznaczyć, – bo dziewczyna, główna bohaterka całkiem przypadkiem poznaje tajemnicę jej matki, dowiaduje się, że dotąd żyła w złudzeniu, pod kloszem, w mydlanej bańce i trafia tam, gdzie jej przeznaczenie – zupełnie jak bohaterowie J.K. Rowling, Ricka Riordana, – ale nadal trochę inna, bo dotyczy świata Nocnych Łowców, dumnych wojowników, których misją jest zabijanie demonów, napływających do nas z innych wymiarów. Ukazuje anioły, szklane wieże Alicante, dynamizm, walkę oraz prawdziwe rycerstwo. I tak sześć tomów serii przybliża nam historię Clary Fray: kolejne odkrycia pełne suspensu, idealnie skonstruowany (i piekielnie intrygujący!) świat mający swoje prawa, sojusze i władze oraz historię, – to Anioł Razjel stworzył pierwszego Nocnego Łowcę, mieszając własną krew z krwią ludzką – miłości, magię, uprowadzenia, rany ciężkie, a nawet… powroty zza światów.

Mrok spowija świat Nocnych Łowców, odkąd Sebastian Morgenstern powrócił i zapowiedział zemstę, w przerażającym tempie tworząc amię Mrocznych gotowych do walki. Rozdziela rodziny, zamieniając Łowców w istoty z koszmarów i wydaje się, że nic nie jest w stanie go pokonać. Władze Idrisu przerażeni atakami na Instytuty sprowadzają wszystkich do stolicy, lecz chowając się nie wygrają tej wojny. Clary i jej drużyna robi więc decydujący krok w stronę wyzwolenia i… wyprawia się do królestwa demonów, w poszukiwaniu nadziei i ratunku dla tysiąca zgubionych dusz.

Jednym z elementów, za które tak bardzo kocham serię, jest mitologia hebrajska, która spływa wręcz z kartek: już począwszy od pierwszego tomu, gdzie przybliżana nam jest postać Anioła Razjela, po trzecią część z aniołem Ithurielem, piątą z Wielkim Demonem i szóstą: w samym Edomie, piekle, do którego trafili bohaterowie. Do tego więcej aniołów, więcej czarnej magii, demonów, zaklęć obronnych oraz biblijnych odwołań. Clare imponuje łaciną i fragmentami dawnych utworów, które zdobią kolejne części powieści i stały się już cechą charakterystyczną dla jej książek, nadając im niepowtarzalnie mroczny i przygaszony klimat. "Miasto Niebiańskiego Ognia" ma właśnie więcej wszystkiego, co uwielbiam i tego, co sprawiało, że noce spędzałam na wtulaniu do siebie podniszczonego, bibliotecznego "Miasta Kości", później wciskając go pod poduszkę i wyobrażając sobie dalsze losy bohaterów. Nie zawiodłam się.

Nie zawiodłam się, ponieważ Clare w końcu udało się rozkochać we mnie czarnego bohatera, a jednocześnie zaskrobać sympatię u tych nowych. Nie jest bowiem tajemnicą, że ten tom jest początkiem i końcem nie tylko historii Jace’a i Clary a także spotkaniem bohaterów z trylogii "Diabelskie Maszyny" (Carstairsów), oraz nadchodzącej powieści Clare, "Lady Midnight" z cyklu "The Dark Artifices" (Blackthornów). Ponadto mamy to idealne rozłożenie i brak faworyzacji – para Clary i Jace nie grają już pierwszych skrzypiec i to nie wokół nich wszystko się kręci, choć mają naprawdę ogniste i buchające problemy. Jest masa innych wątków, problemów, konfliktów i potyczek. Simon bez Znaku Kaina nie pozostaje już nietykalny, Alec i Magnus przeżywają ogromny kryzys, Maię i Jordana czeka poważna akcja ratunkowa, której mogą nie przetrwać, a przedstawiciele każdej z rasy zostają w tajemniczy sposób porwani. I choć "Miasto Niebiańskiego Ognia" nie należy do najlepszej z serii, to najgorszej również się nie zalicza. W sumie, jestem z niej zadowolona.

Czy tylko ja uważam, że fanarty są lepsze od oryginału? :D

Piekielnie mocno. Nie uważam, żeby obniżyła poziom serii, jedynie sprawia, że w ogólnym zarysie jest ona bardziej wyrachowana i znacznie dojrzalsza. Cechuje ją naprawdę idealny układ: każdy ma swoją chwilę a ponadto całość jest świetnie zróżnicowana – walka przepleciona chwilą oddechu, dynamizm zgaszony tajemniczym odkryciem, liczne dopatrywania wzburzone nienawiścią i podstępem. Cassandra Clare jest niepowtarzalna, niepowtarzalne uczucia wywołuje we mnie i zmusza do niepowtarzalnego, niespotykanego podczas czytania innych książek desperackiego płaczu. Zawodzenia. Najpierw w "Mechanicznej Księżniczce", teraz tutaj. Szalone tempo, narastająca frustracja, cisnące się do oczu łzy i suspens w najczystszym wydaniu. "Miasto Niebiańskiego Ognia" to bomba tykająca, idealnie podsumowanie serii, lecz dla wielu – zupełnie nieidealne jej zwieńczenie. I właśnie na takim stanowisku stoję też ja. Szósty tom odzwierciedla mroczny klimat i wiernie oddaje potęgę serii, ostatnimi rozdziałami zmiata z powierzchni ziemi, jednak nie wywołuje takiego stanu, jak wyżej wspomniana powieść kończąca "Diabelskie Maszyny" tej autorki – nie niszczy, nie łamie serca, nie jest wymarzonym, a jedynie bardzo dobrym zakończeniem.
"– Hm, więc jakie rzeczy sprawiają, że czujesz spokój?
– Zabijanie demonów. Dobre, czyste zabójstwo jest bardzo relaksujące. Krwawe są gorsze, bo potem trzeba posprzątać..."
A mimo to i tak ją kocham, najlepsiejsza seria na całym bożym świecie.♥

Co sądzicie o serii, trafiło do Was jej zakończenie? A może dopiero macie zamiar zacząć przygodę z Clare?



Czytaj dalej

1 gru 2015

Miesiąc w pigułce! Listopad 2015 + wyniki konkursu rocznicowego


Dziwna się stała rzecz i takiego obrotu spraw nie przewidywałabym w najśmielszych marzeniach, ale: listopad jest niewiele gorszy od miesiąców wakacyjnych! 8 książek, w tym dwie lektury i 5 potężnych grubasów <400 stron. Cud? Po tak tragicznym październiku Cud nad Wisłą nawet. 

Trafiły mi się te oto:
"Oskar i pani Róża" Eric-Emmanuel Schmitt
"Miasto Zagubionych Dusz" Cassandra Clare
"Klucz Niebios" James Frey, Nils Johnson-Shelton
"Dom na Wschodniej" Sabina Jakubowska
"Skąpiec" Molier


Ponadto na mogliście poczytać:



Tymczasem przejdźmy do wyników konkursu urodzinowego, który trwał od 26 października do 26 listopada. Gotowi? :D


Wygrać mogliście jedną z powyższych książek, tj. "Klejnot" Amy Ewing oraz "Początek" Tarana Matharu, zasponsorowane przez wydawnictwo Jaguar, opisując w komentarzu/e-mailu swoje urodziny marzeń.

"Początek" zdobywa...

Martusia Kopeć,
za niesamowicie wymowny i piękny tekst o przyjaciołach, rodzinie, korzystaniu z życia oraz ludziach, którzy sprawiają, że chce się żyć. 

"Klejnot" zdobywa...

Limo Nette,
 za przede wszystkim przeuroczy filmik (587 kadrów - 2,5 minuty!) oraz jego dopełnienie w wersji pisemnej, czyli dlaczego skromne urodziny są lepsze od wielkich imprez. 
Jej odpowiedź konkursową przeczytacie tutaj a film znajduje się pod tym linkiem ;)


Dziewczyny, e-mail już do Was wysyłam, prosiłabym o szybką odpowiedź, ponieważ już jutro chciałabym paczki nadać. Ogromnie Wam gratuluję, niesamowite wrażenie wywołały na mnie Wasze prace, ale i bardzo żałuję, że nie jestem w stanie nagrodzić pozostałych uczestników :(. Ukłony należą się Do Ostatniej Strony za Jema Carstairsa i Sebastiana, którymi skradła mnie kompletnie :D, oraz dla Miryi za odpowiedź zawierającą piękną grafikę i towarzystwo Ani z Zielonego Wzgórza oraz Gerlata z Rivii jednocześnie, chciałabym być! <3


PS. Napiszcie mi w komentarzach jak Wasze podsumowania i czy jesteście zadowoleni! Zupełnie książkowego grudnia!
Czytaj dalej
Obsługiwane przez usługę Blogger.